Fot. The CW

Supernatural – jak go nie kochać? Część II

Artykuł zawiera spoilery.

W poprzedniej części rozmawialiśmy sobie o tym, że kochamy Supernatural za fabułę, za wszelkie zabawy nie tylko motywami religijnymi, ale również za to, co robi z popkulturą i jak przetwarza również życiorysy osób, bez których ona nie miałaby prawa istnieć. Wszak nawet Samuel Colt miał jakiś daleki wpływ na dzisiejsze seriale. W końcu gdyby nie Colt Walker, można zapewne założyć, że Strażnicy Teksasu jako formacja nie odniosłaby tak spektakularnego sukcesu, możliwe, że nie dotrwałaby do naszych czasów, a w rezultacie na naszych ekranach nie zawitałby Chuck Norris w swojej jednej z najbardziej rozpoznawalnych ról. Ot, to taki pierwszy z brzegu przykład.

Jednak Supernaturala uwielbiam też za to, jak bawi się sobą jako opowieścią. Jednym z najlepszych przykładów może tutaj być spektakularne notoryczne „burzenie czwartej ściany”. O co takiego mi chodzi? Otóż „czwarta ściana” to ta symboliczna granica oddzielająca w teatrze widza i aktora, jako że sama scena jest otoczona trzema (no chyba że jest to teatr eksperymentalny lub współczesny, ale to już inna bajka). Poprzez bezpośrednią aluzję czy bezpośrednie zwrócenie się do widza, w jakikolwiek sposób, autor dokonuje właśnie zabiegu „burzenia czwartej ściany” i nie da się ukryć, że Supernatural jest w tym mistrzem.

Fot. The CW

Fot. The CW

Fot. The CW

Fot. The CW

Początki tego mamy już chociażby w sezonie drugim, w odcinku Hollywood Babylon, gdy Winchesterowie zwiedzają plany rozmaitych seriali i w pewnym momencie przewodniczka zapowiada, że zaraz dotrą do miejsca, gdzie powstaje Gilmore Girls. Dean uśmiecha się szeroko, ale Sam ucieka z pojazdu na samą myśl. Oczywiście wierni fani wiedzą, że Jared Padalecki grał również w tym serialu, nomen omen, postać o imieniu Dean. Nie da się również zapomnieć urażonego spojrzenia Sama/Jareda w odcinku Fallen Idols, kiedy Dean oznajmia Paris Hilton, że nie oglądał House of Wax. Scenarzyści uwielbiają też puszczać oczka do fanów już przy nadawaniu tytułów odcinkom, wystarczy tutaj wspomnieć Jump the Shark czy Season Seven, Time for a Wedding. Myślę, że drugiego tytułu nie trzeba tutaj omawiać, natomiast „przeskoczenie rekina” to termin odnoszący się do nieoczekiwanego zwrotu akcji, po którym fabuła idzie w zupełnie innym kierunku. Nie da się ukryć, że pojawienie się trzeciego brata takim zwrotem było. Trzeci brat, notabene, nadal jest w Piekle. To tak przy okazji.

Fot. The CW via tumblr.com

Fot. The CW via tumblr.com

Odcinkiem, w którym czwarta ściana poszła się śniegiem rzucać, jest The French Mistake. Śmiem twierdzić, że jest to odcinek totalnie wyjątkowy, bo nawet jubileuszowy epizod Stargate SG1 nie zaszalał aż tak bardzo. Bracia przenoszą się do wymiaru, w którym niejacy Jared i Jensen są bohaterami średnio popularnego serialu Supernatural, nienawidzą się wzajemnie, a fabuła sięga już absurdu. Właściwie mogłabym tutaj opisać cały ten odcinek, jako że niemal każda jego minuta to kula rozbiórkowa waląca w tę naszą ścianę („So now you’re Polish?”), ale skoncentruję się może na momentach najciekawszych. Wspominaliśmy już o darciu łacha z kariery Jareda, tym razem dostało się również Jensenowi, kiedy to Winchesterowie usiłują dojść do jakiegoś ładu z tym, w jakiej sytuacji się znaleźli. W przyczepie „fałszywego Deana” Sammy googla nazwisko „Jensen Ackles” i oprócz promocyjnych zdjęć z sezonu szóstego natyka się również na zamieszczone na ichniejszym odpowiedniku YouTube fragmenty Days of our Lives, w którym to grał Jensen. Zresztą, obejrzyjmy to sobie jeszcze raz, bo mina Deana/Jensena jest absolutnie przecudna!

Cudownie bezkonkurencyjna jest scena, podczas której panowie, modląc się do Castiela, natykają się na osobnika wyglądającego dokładnie jak on, spoglądającego wyczekująco w ich kierunku. Oczywiście, nie jest to nasz Anioł Pana, a zaledwie Misha Collins, który wprawdzie najpierw próbuje im odpowiadać, pozostając w roli, potem jednak dochodzi do wniosku, że chłopaki robią sobie z niego jaja. Postanawia się dodatkowo podzielić tym z jego followerami na Twitterze i tutaj następuje numer stulecia. Oczywiście, na prawdziwego Mishę Collinsa, pragnącego się powygłupiać, zawsze można liczyć i w momencie, kiedy jego postać na ekranie wysyłała tweety do Mishamigos, prawdziwy Misha robił to samo – identyczne wiadomości mogli przeczytać jego Minioni. Po zakończeniu odcinka oznajmił dodatkowo, że telefon wpadł mu do innego wymiaru i to sprawiło, że leżałam pod biurkiem, kwicząc radośnie.

Jednak nawet The French Mistake nie jest wszystkim, na co ten serial stać. Od sezonu czwartego, od momentu, kiedy pojawia się Chuck, to opowieść w opowieści, bo wszystko, co nasi bohaterowie robią lub zrobili, ukazało się w ramach tego samego świata jako powieść. W momencie, kiedy bracia dowiadują się, że są bohaterami serii książek, a ich autor to właściwie prorok Pana, my mamy taki wielki znak zapytania nad głowami, niemalże jak bohaterowie kreskówek. Ten nieoczekiwany twist daje nie tylko olbrzymie możliwości fabularne, ale także okazję, by odnieść się do fanów serialu. Jedną z moich ulubionych pozostaje scena, kiedy to Sam informuje Deana nie tylko o istnieniu Sam!Girls i Dean!Girls, ale również takiego zjawiska jak Wincest.

Fani, siła napędowa serialu od niemalże samego początku, są tutaj sportretowani niemal jak żywi, choć najpierw z przymrużeniem oka, potem nieco karykaturalnie, by wreszcie – w niedawnym odcinku jubileuszowym, dostać niesamowicie wielkiego wirtualnego przytula. Nie ukrywajmy, gdyby nie oni, serial prawdopodobnie dawno zakończyłby żywot. Dostajemy więc przeróżnie nakreślone postaci – już od psychofanki wydawczyni, która robi chłopcom egzamin ze znajomości serii i pokazuje swój tatuaż. Potem pojawia się Becky, admin MoreThanBrothers.net, Sam!Girl i autorka slashowych fanfików, która, owszem, jest zdecydowanie przerysowana, ale czuć w tym olbrzymią sympatię. Nie ukrywam, gdyby się okazało, że moi ukochani bohaterowie naprawdę istnieją, pewnie zachowałabym się dokładnie jak ona.

Fot. The CW

Fot. The CW

No dobrze, przyznaję, nie dotykałam Marka Shepparda w sposób niewłaściwy poza przytuleniem. Jestem bardziej opanowana niż Becky! Konwent supernaturalowy, który bardziej przypomina nasze polskie konwenty niż rzeczywisty kon spnowy (na taki można by liczyć zapewne w tym innym wymiarze), to również lekka drwina z tego, co niektórzy fani są w stanie wydedukować z tego samego materiału, co wszyscy inni. Homoerotyczny kontekst Supernaturala i Przerażony mały chłopiec – wewnętrzne życie Deana Winchestera może i brzmią zabawnie, ale nie tylko takie tematy są wiecznie wałkowane czy to na indywidualnych blogach, czy to na LJ lub Tumblrze. Jednocześnie absolutnie rewelacyjnie ukazani są cosplayerzy, których w tym fandomie naprawdę nie brak (ja się za mojego Crowleya doczekałam słów uznania od samego Marka, a co, będę się chwalić! Nawet mogę zdjęcie wrzucić!) – w tym odcinku dostaliśmy multum Samów i Deanów, pojawił się nawet Azazel, gdzieś tam widać Bobby’ego, Asha czy Hookmana. Tym, co mi się tylko niespecjalnie zgadza, jest to, że na serialowym konwencie przeważają panowie… tymczasem na takim prawdziwym kolejka do damskiej toalety jest jeszcze dłuższa niż to zazwyczaj bywa.

Cathia jako Crowley. Cosplay z metką "Approved by Mark Sheppard".

Cathia jako Crowley. Cosplay z metką „Approved by Mark Sheppard”.

Niestety, w sezonie siódmym fani poczuli się, jakby dostali w zęby, a to przy okazji wspomnianego tutaj już odcinka ślubnego i Becky, która posuwa się do niemalże ostateczności, by zdobyć swojego Sama. I jakkolwiek nie zaprzeczam (niestety), że tego typu chorzy psychicznie wielbiciele (bo nie użyję w tym kontekście słowa „fani”) istnieją, wystarczy wspomnieć tylko hordy idiotek atakujących słownie na Twitterze Genevieve lub Danneel, to poczuliśmy się trochę niekomfortowo.
I tak to uczucie pozostało aż do odcinka jubileuszowego, który był wielkim prezentem i docenieniem fanów, zwłaszcza tej bardziej twórczej części, a ta w przypadku Supernaturalowej Rodziny jest naprawdę wielka.

Fot. The CW

Fot. The CW

Po raz kolejny dostaliśmy fankę świata (teoretycznie) wykreowanego przez Chucka, która jednak nie do końca jest zadowolona z kierunku, w którym seria poszła i postanawia stworzyć własną wersję opowieści. W jakim innym serialu bohaterowie zupełnie serio natknęliby się na tworzony o nich samych musical i w jakim innym serialu usłyszeliby od autorki jego scenariusza krytyczne uwagi nie tylko na temat zachowań ich samych (piękna przemowa Marie skierowana do Deana, absolutnie łamiąca serce piosenka Single Man Tear czy wreszcie wręczenie Deanowi atrapy Samuletu, za którym fani płaczą rzewnie od piątego sezonu), ale również na temat tego, co działo się po kanonicznym zakończeniu serii w tym świecie, czyli Swan Song. Ale przedstawienie tego typu twórczości to nic nowego, w końcu wszyscy pamiętamy fanfik Becky, pisany przez nią na początku Sympathy for the Devil. Tu jednak fanowska twórczość zostaje całkowicie zaakceptowana, nie tylko przez Deana, który zachęca Marie do pisania dalej, ale również przez teoretycznego autora tego świata, Chucka Shurleya, który pojawia się na końcu odcinka i ocenia całe przedstawienie jako „Całkiem niezłe”. Jak mi bogowie mili, był to najpiękniejszy ukłon serii w stronę fana, jaki zdarzyło mi się kiedykolwiek zobaczyć/przeczytać. I to jak najbardziej oficjalny!

Fot. The CW

Fot. The CW

Tekst ukazał się pierwotnie na blogu Rozdroża Cathii.

Supernatural
supernatural drama
The CW/The WB, USA, 2005–

Cathia

Mól książkowy, zwierzę konwentowe, fangirl i Sheppardolożka. Wielbicielka czarnych charakterów, na czele z pewnym Królem Piekieł o brytyjskim akcencie. Kilka lat temu dosyć niespodziewanie zapadła na chorobę o nazwie Supernatural i modli się, by nigdy nie znaleziono na to leku. Aktywny członek fandomu od co najmniej 16 lat. W wolnych chwilach zajmuje się rękodziełem, robiąc kartki o fantastycznej tematyce, ostatnio zaczęła również pisać supernaturalowego bloga.