Fot. Amazon Studios

Sex, drugs and classical music (Mozart in the Jungle, S01)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Ani tytuł, ani plakat nie wydawały mi się zachęcające, nie było też żadnej specjalnie wystawnej kampanii reklamowej, która by mnie skusiła, ale dałam szansę Mozartowi, i jak się wkrótce okazało, wchłonęłam go za jednym posiedzeniem. Skończyłam po paru godzinach, bo to rzecz raczej zwięzła, z dogłębnym wzruszeniem odkrywając jeden z najmilszych, najsłodszych seriali tego roku. Niecierpliwie czekam na kolejne sezony, mam nadzieję, że będą. Bo choć jest to serial niezobowiązujący i lekki, jest też wyjątkowy. Ma w sobie coś, o czym wcale nie wiedziałam, że tego szukam, usychając z wolna i porzucając po kilku odcinkach podsuwane mi nowości. Wciąż kolejne, rzekome hity. Z ogromnym budżetem, szumnymi zapowiedziami, trailerami zaostrzającymi apetyt. Wszystkie mnie rozczarowały. Ale nie Mozart-w-Wielkim-Mieście!

Fot. Amazon Studios

Fot. Amazon Studios

Mówimy tu o produkcji studia Amazon, opisanej jako komedia, choć to z pewnością nie sitcom, a bardziej dramedy. Wśród twórców serialu są Roman Coppola i Jason Schwartzman, ten ostatni zresztą gra niewielką rolę blogera nagrywającego podcasty. Dziesięć mniej więcej dwudziestominutowych odcinków opowiada o… muzyce, pasji i poszukiwaniu inspiracji. Właśnie tak. Muzycznych show mieliśmy w ostatnich latach kilka, lepszych i gorszych. Nashville, Glee, Smash. Tu śledzimy losy nowojorskiej orkiestry symfonicznej po tym, jak batutę przejmuje młody, kontrowersyjny dyrygent.

I tak zaczyna się cała zabawa. Dyrygenta gra bowiem Gael Garcia Bernal, którego kojarzyłam dotąd z roli Che Guevary i z jeszcze kilku wcieleń filmowych amantów i buntowników, które były całkiem w porządku, ale śmiem twierdzić, że Maestro Rodrigo jest pierwszą naprawdę odjechaną postacią, jaką gra Gael i którą mnie totalnie kupił. Szalony fan Mozarta, płynnie przechodzący od scen lirycznych do tych niepoważnych, barwny ptak, geniusz, którego nie da się okiełznać, przenikliwy wrażliwiec i egocentryczny bufon zarazem. Uzależniony od yerba mate i od swojej płomiennej żony-skrzypaczki, szukający w muzyce przede wszystkim emocji, „krwi”, kierujący się intuicją nawet jeśli prowadzi to do decyzji wielce ryzykownych. W skrócie można powiedzieć, że to gwiazda rocka! Dawno nie mieliśmy tak wyrazistej i tak ciekawej postaci w serialach.

Fot. Amazon Studios

Fot. Amazon Studios

Spoglądamy na niego oczyma młodej oboistki, która marzy o karierze w orkiestrze, ale póki co załapuje się do pracy jako asystentka Maestro. W tej roli Lola Kirke, siostra Jemimy z Girls, do której jest bardzo podobna. Gra Hailey, „zwykłą dziewczynę”, raczej grzeczną, ale wiedzioną tą samą pasją, co Maestro, od dziecka zakochaną w muzyce klasycznej. Serial wzorowany jest na pamiętnikach instrumentalistki, która próbowała swoich sił w Wielkim Mieście w latach 80. i współpracowała ze znanym, postrzelonym guru. Rodrigo jest fikcyjną wersją słynnego wenezuelskiego mistrza batuty, a akcja przeniesiona została do współczesności.

Przez pierwszy sezon oglądamy zmagania nowego dyrygenta z nieco „rozlazłą” orkiestrą, składającą się z osób czasem już podstarzałych albo chorowitych, a najczęściej po prostu grających rutynowo, traktujących wykonywanie muzyki jako sposób zarabiania na chleb. Śledzimy heroiczne próby ożywienia skostniałej formy, stawiania wyzwań, inspirowania, potrząśnięcia „posadami świata”. A wszystko przy wtórze Sibeliusa, Czajkowskiego, Mozarta… Doprawdy, można zrobić wspaniały, współczesny i przystępny serial opowiadający o muzyce sprzed wielu stuleci i wykorzystujący ją jako potężny, działający na emocje soundtrack. Klasyczna muzyka, choć walczy o przetrwanie, nie jest bynajmniej martwa!

Ale mówienie o muzyce, stawianie jej w centrum, jako tematu i tworzywa serialu, wymaga specyficznego języka narracji. I twórcy stanęli na wysokości zadania. Nie ma tu więc przyziemnego, obyczajowego melodramatu jak w Nashville czy Smash ani teen dramy jak w Glee. Dostajemy raczej realizm magiczny, etiudy, w których fabuła jest tylko symbolem, pretekstem. O muzyce najlepiej mówić właśnie w ten nieoczywisty sposób. Poprzez serię przypowieści. To działa!

Fot. Amazzon Studios

Fot. Amazzon Studios

Pod niektórymi względami Mozart przypomina mi pierwsze, czyli dobre, sezony Californication: opowiada o osobie twórcy i jego „procesie”, mówi o kreatorze różnymi środkami szukającym natchnienia, o muzach, przekraczaniu granic, o miłości i seksie, o zrywaniu pełnymi garściami zakazanych owoców i o człowieku, który przyciąga do siebie zwyczajnych szaraczków niczym ćma do ognia, bo widzi świat inaczej i umie się tym dzielić. Pod innymi względami przypomina mi prastare Ally McBeal, z onirycznymi sekwencjami, fantastycznymi wizjami i absurdalnym humorem oraz zdolnością do bezwarunkowego wzruszania. Odrobinę kojarzy się też z Pushing Daisies albo z filmem Amelia. Trudno go jednak zaszufladkować: jest swoisty, czyli oryginalny.

Nie jest też sztampowy jeśli chodzi o pełen obraz przedstawianego świata, postacie tak drugo-, jak i trzecioplanowe są wieloznaczne, bo dobrze napisane, nie doszukałam się żadnych rzucających się w oczy stereotypów czy wygodnych skrótów. Każdego z nich warto bliżej poznać. Tym bardziej, że wcielają się w nich doskonali aktorzy: Saffron Burrows, Malcolm McDowell, Bernadette Peters i Debra Monk. Tak samo świat muzyki klasycznej to niekoniecznie nudna i elegancka gromadka: to raczej subkultura składająca się z popaprańców i freaków, dilerów narkotyków, związków zawodowych walczących o swoje mocno „gwałcone” prawa i o drobne przywileje takie jak choćby większa lodówka, to świat marketingu, polityki, karierowiczów rywalizujących o stanowisko, chwytających się najpodlejszych fuch – a posad jest o wiele mniej niż chętnych – oraz ciągłego szukania sponsorów i mecenasów skłonnych „sypnąć groszem”. To, co dzieje się za kulisami „świata muzyki klasycznej”, nie przypomina wytwornego bankietu. Ale jest fascynujące.

Fot. Amazon Studios

Fot. Amazon Studios

Niektóre sceny, miniaturki, to mistrzostwo. Ciekawa jest również miejska dżungla. Serial zabiera nas do najdziwniejszych miejsc, pokazując zakątki i aspekty Nowego Jorku, jakich byśmy się nie domyślili, nawet jeżeli znamy to miasto. Bardzo łatwo jest się w Mozarta wciągnąć, jest ogromnie przystępny. I podnoszący na duchu.

Czyli na okres świąteczno-noworoczny będzie jak znalazł. Tylko ostrzegam, kończy się strasznie szybko!

Mozart in the Jungle
dramedy
Amazon Studios, 2014–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.