Rozdziobią nas kruki, wrony (Sons of Anarchy, S01–S07)

Rozdziobią nas kruki, wrony (Sons of Anarchy, S01–S07)

Artykuł zawiera spoilery do Sons of Anarchy (do ostatniego odcinka siódmego sezonu włącznie).

Jest taki dialog w jednym z ostatnich odcinków czwartego sezonu Sons of Anarchy (s04e11, Call of Duty): „Chodzi o moich synów” – stwierdza Jax, tłumacząc swojej matce, dlaczego chce porzucić klub i zacząć nowe życie z dala od Charming. „Zawsze o nich chodzi” – odpowiada Gemma, a z kontekstu wynika, że równie dobrze może mieć na myśli dwóch synów Jacksona, jak i Synów Anarchii, których Jackson próbuje opuścić. Zawsze chodzi o synów. Zawsze chodzi o Synów.

Dziś, gdy historia Jaxa Tellera i SAMCRO została definitywnie zamknięta, przywoływany cytat wydaje się być jej najlepszym podsumowaniem. To, co siedem lat temu zaczęło się jako podszyta Hamletem opowieść o pewnym klubie motocyklowym z Kalifornii, z czasem przerodziło się w historię jednego człowieka, który bezskutecznie próbuje pogodzić lojalność wobec gangu z lojalnością względem żony i synów.

Fot. FX

Fot. FX

A good father and a good outlaw can’t settle inside the same man”

Życie Jaxa nie ulega specjalnej zmianie w momencie narodzin syna (wciąż pije i strzela do ludzi, tyle że rozumniej), ale w chwili, gdy zagrożone jest dziecko, cała ekipa porzuca swoje zadania i spieszy na ratunek.

– pisał po drugim sezonie Sons Łukasz Orbitowski w tekście, za sprawą którego sięgnąłem po serial Suttera i w chwili, gdy to pisał, miał rację. W finale siódmego sezonu Jax stwierdza jednak jasno w monologu nad symbolicznym grobem JT: bandyta i dobry ojciec nie mogą współistnieć w jednym człowieku. Nie można zabić człowieka, a potem wrócić do domu i powiedzieć żonie: „Wiesz, kochanie, miałem spokojny dzień” (s05e6, Small World).

Wśród komentarzy, które pojawiły się po zakończeniu serialu, widziałem wiele głosów rozczarowania: przecież Jax mógł upozorować własną śmierć i uciec do Norco wraz z Nero i Wendy! Owszem, mógłby – ale wtedy, w miejsce konsekwentnie budowanego przez kilka ostatnich sezonów napięcia pomiędzy zobowiązaniami Jaxa względem klubu i względem bliskich, otrzymalibyśmy prostą pochwałę życia rodzinnego, które przynosi odkupienie nawet najgorszemu zakapiorowi.

Fot. FX

Fot. FX

Przywoływany powyżej tekst Orbitowskiego kilkukrotnie zaznacza, że rodzina stanowi dla bohaterów SoA szczególnie istotny punkt odniesienia – pięć sezonów później należałoby jednak zapytać: czy serial Suttera jako całość rzeczywiście stanowi wyraz tęsknoty za „tradycyjnymi wartościami”, wśród których szczególne miejsce zajmować miałoby właśnie życie rodzinne?

Myślę, że odpowiedź na to pytanie nie daje się sprowadzić do prostego „tak” lub „nie”. Powiedziałbym raczej, że Sons tyleż podkreśla rolę, jaką wśród wartości wyznawanych przez bohaterów zajmuje rodzina – co pokazuje zgubne konsekwencje pewnego modelu relacji rodzinnych. Modelu oczywistego dla pokolenia „pierwszej dziewiątki” SAMCRO, weteranów z Wietnamu, którzy po powrocie do kraju musieli znaleźć sobie „nową wojnę” – i całkowicie obcego dla pokolenia Jaxa, Tary czy Juice’a.

Fot. FX

Fot. FX

Jax odwleka wyjazd do Oregonu z Tarą, bo „nie może pozwolić na to, żeby żona go utrzymywała” (s04e11). Furda, że żona jest dziecięcym kardiochirurgiem, a on – w miarę sprawnym mechanikiem z dyplomem szkoły średniej. W kulturze założycieli SAMCRO mężczyzna ma być Żywicielem, Głową Rodziny, Panem i Władcą. Jeżeli trzeba – poświęci dla tej roli i samą rodzinę, jak Opie, który wbrew namowom Donny wraca do życia kryminalisty, byle tylko znów być tym, który przynosi do domu pokaźny plik banknotów. Mężczyzna ma być Panem i Władcą – a jeżeli napotka opór ze strony kobiety, to albo zaprowadzi porządek pięściami (jak Clay w odcinku Hands, s04e10), albo pójdzie sobie precz, jak Opie, który ucieka z drugiego małżeństwa, bo Lyla śmie brać tabletki antykoncepcyjne, podczas gdy jemu marzy się kolejne dziecko.

Fot. FX

Fot. FX

Na takim tle szczególnie wyraźnie odcinają się dwa związki wprowadzone w sezonie siódmym: Tiga i Venus oraz Brooke i Rat Boya. Gdy nieśmiały i chuderlawy Rat próbuje „wejść w buty mężczyzny”, pomiatając Brooke, zostaje skarcony przez Gemmę: „nie daj sobie wmówić, że żeby nosić kamizelkę, musisz traktować kobiety jak szmaty” (s07e09, What a piece of Work is Man). Przepraszając Brooke, chłopak przyznaje, że ma trudności z pogodzeniem przynależności do klubu oraz bycia w związku – niby nic, ale czy można sobie wyobrazić któregoś z First Niners, równie otwarcie mówiącego z partnerką o podobnym konflikcie?

To charakterystyczne, że jedyną szczęśliwą parą, jaką obserwujemy w finale siódmego sezonu są Tig i Venus: związek buzującego testosteronem bikera i transgenderowej prostytutki (fenomenalny Walton Goggins), oparty na wzajemnej akceptacji różnych „braków i mroków”, okazuje się trwalszy i zdrowszy niż wszystkie rodziny „jak z pudełka płatków śniadaniowych”.

Fot. FX

Fot. FX

Rozmontowanie zakorzenionych w mentalności white trash norm obyczajowych pod koniec siódmego sezonu dokonuje się nie tylko w sferze ról płciowych i seksualności. Jax obiecuje szefom pozostałych oddziałów SoA, że przeforsuje głosowanie, które ściągnie na niego wyrok śmierci – ale robi to pod warunkiem, że ci zgodzą się na wykreślenie pewnej zasady obowiązującej w klubie jeszcze od lat siedemdziesiątych. W ostatnim odcinku dowiadujemy się, że chodziło o wymóg czystości rasowej (ten sam, który prawie doprowadził Juice’a do samobójstwa w Fruit for the Crows, s04e07) – wraz z jego zniesieniem do SAMCRO przyjęty zostaje czarnoskóry T.O. z Grim Bastards.

Zwłoka. Jej finał: stos zwłok”

Wraz z upływem czasu rodzina stawała się tematem Sons of Anarchy w większym jeszcze stopniu, niż pisał Orbitowski – dlaczego jednak poświęcam tak dużą część tekstu podsumowującego całość serialu na, powiedziałby ktoś, „obyczajówkę”, pomijając kwestie dramaturgii, konstrukcji postaci, scenariusza? Zapewne dlatego, że znacznie trudniej byłoby mi pisać z entuzjazmem o wymienionych aspektach serialu Suttera.

Być może kilka ostatnich odcinków (ba, dwa ostatnie sezony) Sons zyskałoby na – eufemizm – nieco mniej swobodnym dysponowaniu czasem antenowym. Być może problemy serialu dają się sprowadzić do wyczerpania formuły, braku materiału, do „zadyszki”, jakiej większość produkcji telewizyjnych dostaje w okolicach czwartego-piątego sezonu. Być może. Źródło problemów z rozłażącą się w ostatnim czasie dramaturgią serialu widziałbym jednak gdzie indziej: w otępieniu.

Z biegiem lat Hamletowski szkielet Sons sprawił, że w serialu, który początkowo nie stronił od humoru (owszem, na ogół był to humor dość makabryczny), w serialu, w którym bohaterom zdarzały się oprócz dramatów także szczęśliwsze chwile – w serialu tym została wyłącznie gra na wysokim „C”. Najlepiej widać to chyba na przykładzie Juice’a, który z postaci pełniącej funkcję comic relief zmienił się w bohatera udręczonego, z ulgą przyjmującego śmierć z rąk lidera Aryan Brotherhood.

Fot. FX

Fot. FX

Nie sposób grać tragedii przez siedem kilkunastoodcinkowych sezonów. Pierwsza i druga ekranowa śmierć może i wzbudzi u widzów emocjonalną reakcję, ale śmierć dwudziesta wywoła najwyżej wzruszenie ramionami (nieprzypadkowo to nie śmierć Neda Starka z serialowej Gry o Tron, ale dopiero nieszczęsne Czerwone Gody przerobiono na scenkę z Benny Hilla) – to naturalne, że wolimy otępienie od emocjonalnego przywiązania do postaci, które może zmieść jeden kaprys scenarzysty.

Co więcej, mordowanie kolejnych bohaterów doprowadziło w Sons do sytuacji, w której na miejsce świetnych, zniuansowanych w ciągu kilku sezonów postaci, dostawaliśmy szkice, wydmuszki – bohaterów, których charakterystyka kończyła się na imieniu i jednej rozpoznawalnej cesze wyglądu. No wiecie: Quinn (ten wysoki), Montez (mały Latynos) i… cholera, jak się nazywał ten trzeci, którego zabili?

Fot. FX

Fot. FX

Z biegiem czasu serial Kurta Suttera coraz częściej zaczął sięgać po niezbyt subtelne sposoby grania na emocjach: mordowanie i okaleczanie kolejnych postaci przeplatało się z coraz dłuższymi i liczniejszymi montażami muzycznymi, których zwieńczeniem jest zamykający Papa’s Goods prawie ośmiominutowy (!) teledysk do – świetnego skądinąd – Come Join the Murder autorstwa The White Buffalo i The Forest Rangers.

Gdyby ktoś poprosił mnie o opisanie ostatnich scen siódmego sezonu jednym słowem, byłby to zapewne przymiotnik „toporny”. Toporne było CGI, przy pomocy którego wmontowano w kadr dwie nachylone nad kawałkiem chleba wrony. Topornie wyeksponowano chrystologiczne symbole chleba i wina, które pojawiły się chwilę wcześniej w scenie z bezdomną kobietą. Diablo toporne było wreszcie podkreślenie paralelizmu między losami Jaxa i JT przez wpakowanie głównego bohatera pod ciężarówkę z napisem Papa’s Goods. Wiem o tym, widzę to – a jednak nie umiem zdobyć się na należny krytycyzm.

Mimo wymienionych wad, Sons of Anarchy pozostaje bowiem jednym z moich ulubionych seriali ostatnich lat. Może za muzykę, może za Szekspirowski kościec, może za omówione powyżej wątki obyczajowe… a może właśnie ze względu na tę toporność i harleyowo-bluesową prostotę?

Sons of Anarchy
crime drama

FX, 2008–2014

Andrzej Probulski

Filolog z wykształcenia, nadto – nieuleczalny fan Batmana, “Gwiezdnych wojen” i “Sons of Anarchy”. Obejrzał dwa razy wszystkie 8 sezonów “24 godzin” i się tego nie wstydzi. Kolekcjoner sucharów i figurek w skali 15mm.