Fot. Channel 4

Ogień krzepnie, blask ciemnieje (Black Mirror Christmas Special)

Artykuł zawiera spoilery.

Co łączy filmy takie jak Truman Show, Matrix, Pamięć absolutna, eXistenZ? Nieśmiertelne pytanie o prawdziwość świata, w którym żyjemy. Motyw w popkulturze ogromnie popularny – i szczerze mówiąc, trudno mi tę popularność zrozumieć. Pewnie, kiedy pierwszy raz natykasz się na pomysł, iż rzeczywistość to tylko symulacja, możesz poczuć szok i oszołomienie. Ale wystarczy chwilę się zastanowić, by dojść do wniosku, że fakt życia w takim czy innym Matriksie tak naprawdę… niewiele zmienia. Bo co to znaczy, że świat symulowany „nie jest prawdziwy”? Światy serialowe też są nieprawdziwe, a płaczemy i śmiejemy się przy nich naprawdę. Jeśli symulacji nie możesz opuścić, to równie dobrze możesz potraktować ją poważnie, bo innej rzeczywistości i tak nie doświadczysz. Jak to ujął Dukaj w Czarnych oceanach: „Nie wiesz, czy to życie, czy gra, toteż zawsze postępuj tak, jak gdybyś wszystko robił naprawdę”.

A jednak idea wciąż ludzi przyciąga – o czym świadczy choćby fakt, że sięgnął po nią najnowszy odcinek Black Mirror. Pierwszy w (przyznajmy, niedługiej) historii serialu Christmas special, podobnie jak tegoroczna świąteczna odsłona przygód Doktora, stanowi rodzaj zagadki ontologiczno-epistemologicznej: dopiero w toku akcji, poznając kolejne wskazówki, odkrywamy, co właściwie dzieje się z bohaterami, i na ile opowiadana historia nas okłamała. A okłamuje nas wielokrotnie, od pierwszych minut, i to na wielu poziomach – ani miejsce, ani czas, ani osoby dramatu nie są tu tym, czym się wydają.

Fot. Channel 4

Fot. Channel 4

Tym, co mi w odcinku najbardziej zaimponowało, jest jego konstrukcja. Na White Christmas składają się trzy przeplatające się historie, z których każda nie tylko wprowadza kluczowe dla całości pomysły, ale też kontynuuje, rozbudowuje i pogłębia główny temat, jakim jest wykorzystywanie technologii do upraszczania życia. W pierwszej opowieści Matta Trenta (znany z Mad Men Jon Hamm) poznajemy światek „wspomagania randkowego” – a więc twórczego rozwinięcia istniejących już dziś „szkół podrywania”, które pozwalają nieudacznikom poznać techniki manipulacji, dzięki którym wreszcie zdobędą kobietę. Był to dla mnie bodaj najkrypniejszy element odcinka: futurystyczne technologie takie jak „cookie” być może nigdy nie powstaną, ale ten wynalazek jest tuż, tuż, lada moment wkroczy w nasze życie. Odrobinę pocieszający jest fakt, że w serialu „wspomaganie randkowe” jest nielegalne – ale i tak nie powstrzymuje to entuzjastów. Każdego człowieka można przecież „zhakować”; to tylko kwestia doboru odpowiednich słów, tematów, argumentów. Policyjni negocjatorzy umieją powstrzymać samobójcę przed skokiem i nakłonić przestępcę, aby złożył broń. Zwykły człowiek, zwłaszcza gdy nie spodziewa się ataku, praktycznie nie ma szans obronić się przed uzbrojonymi w informacje i techniki manipulacji specami od podrywu.

Fot. Channel 4

Fot. Channel 4

Równie niepokojąca jak sam wynalazek jest zawarta w serialu sugestia, że oferujący tę usługę „eksperci” są właściwie bezkarni. Owszem, gdy się ich już schwyta, są karani niezwykle surowo – blokadą, która właściwie wyklucza ich ze społeczeństwa. Ale wykrycie nie jest łatwe. Gdyby nie ślepy traf – śmierć jednego z klientów – Trent mógłby praktykować swój fach latami, bo i popyt był duży, i zysk zapewne solidny. Wystarczy poczytać przygnębiające statystyki obrotu nielegalną pornografią w sieci, by zdać sobie sprawę, że mimo zakazów i policyjnych akcji ludzie zainteresowani daną usługą zawsze znajdą do niej dostęp, a w dodatku podejmą daleko idące środki ostrożności. Gdyby Trent miał nieco mniej skrupułów, nawet przyłapany przez żonę zdołałby zamydlić jej oczy i bez trudu wrócić „na rynek” – narkomanów nie zniechęca przecież do kupowania u dealerów śmierć tego czy innego klienta. A usługi randkowe to towar, który już dziś chętnie byśmy zakupili. To przecież łatwe, to wygodne. Korzystamy z porad prawnych, medycznych, ekonomicznych – dlaczego by nie uczuciowych?

Druga historia buduje na fundamencie pierwszej. Beztroski stosunek Trenta do manipulowania ludzką psychiką znakomicie pasuje do jego zawodu, jakim jest strojenie urządzeń zwanych „ciasteczkami” – czipów symulujących świadomość na podstawie zapisanej aktywności neuronalnej. To bodaj najbardziej futurystyczna technologia, jaką do tej pory zaprezentowało nam Black Mirror: jesteśmy jeszcze lata świetlne od zrozumienia ludzkiego mózgu na tyle, by zapisywać i symulować jego stany (o ile w ogóle jest to możliwe). Przełomowość i dalekosiężność wynalazku zostaje tu ironicznie zderzona z jego banalnym zastosowaniem. No tak, jakiż lepszy pożytek z możliwości wiernego modelowania ludzkiej psychiki niż AI zarządzająca kalendarzem i robiąca idealne tosty. Historia Grety stawia pytanie o granicę rozsądku: skoro technologia w ogóle istnieje po to, by czynić ludzkie życie łatwiejszym i przyjemniejszym, to od kiedy można mówić o przesadzie? Myślę, że większość z nas, tak jak Joe, uznałaby stosowanie „ciasteczek” za barbarzyństwo – nawet jeśli nie są one naprawdę świadome, to sama iluzja wydaje się na tyle realna, by wzbudzić niepokój i współczucie. Tymczasem osoba taka jak Greta, wygodnicka, egocentryczna, przekonana o własnym znaczeniu, nie widzi nic złego w używaniu kopii samej siebie w charakterze zarządzającej domem niewolnicy. W końcu skoro może mieć idealny poranek każdego dnia, to nie ma powodu z niego rezygnować. Czy to już przesada? Czy jeszcze nie?

Fot. Channel 4

Fot. Channel 4

Z jednej strony trudno mi uwierzyć w tak powszechne zobojętnienie ludzi na cierpienia „ciasteczek”. Ludzie przywiązują się do rzeczy, z którymi wchodzą w interakcje, rozmawiają z ukochanymi samochodami, błagają telewizory, by zaczęły działać, odczuwają boleśnie stratę ukochanego laptopa. Technologia tak „ludzka” powinna generować raczej silną więź, empatię. Z drugiej strony – ludzie to przecież dranie i ktoś, kto potrafi traktować innych przedstawicieli gatunku homo sapiens jak śmieci, raczej nie przejmie się uczuciami komputerowej symulacji. Tortura wiecznych świąt, jakiej w finale odcinka poddany zostaje Joe, pokazuje mroczną stronę przywiązania, jakie człowiek okazuje technologii: szczerze opłakując zepsuty sprzęt, równie szczerze zniszczymy go w napadzie wściekłości lub w zemście.

Trzecia historia, wyczekiwana długo opowieść Joe’ego, stanowi logiczne domknięcie wszystkich dotychczasowych wątków. Powracają i „ciasteczka”, i blokowanie niepożądanych osób, i pytanie o granicę, po przekroczeniu której ułatwianie życia zmienia się w szaleństwo. Umożliwiona przez technologię całkowita blokada informacji – włącznie z wszystkimi elektronicznymi kanałami komunikacji i pamiątkami – to narzędzie mające w założeniu stanowić krótkotrwałą karę za wykroczenie przeciw zasadom społecznym. Okazuje się jednak, że ignorować można wiecznie, dzięki czemu wynalazek staje się świetnym sposobem na odwlekanie w nieskończoność nieprzyjemnych konfrontacji. Joe zostaje pozbawiony jakiejkolwiek możliwości rozwiązania problemu. Wymuszona bezsilność uniemożliwia mu emocjonalne pogodzenie się z sytuacją; niczym duch trzymany na ziemi przez „niedokończone sprawy” musi wciąż krążyć wokół byłej żony, bezskutecznie szukać odpowiedzi, co prowadzi w końcu do tragedii. Historia Joe’go pokazuje dwa bieguny prywatności – od tajemnicy absolutnej (blokada) po całkowity brak sekretów („ciasteczka”). Oba te ekstrema są równie przerażające. White Christmas, jak zresztą całe Black Mirror, pokazuje nam świat, w którym mimo praktycznie nieograniczonego dostępu do informacji coraz powszechniejsza jest społeczna izolacja. Przerażająca samotność, której nie potrafią zapobiec coraz wymyślniejsze technologie.

Fot. Channel 4

Fot. Channel 4

Komisariat policji, który widzimy w finale odcinka, to świat Black Mirror w pigułce: miejsce zimne, nieprzyjazne, alienujące, w którym ludzie, by osiągnąć pożądany efekt, bez trudu posuwają się do okrucieństwa. W końcu liczą się tylko wyniki. Zamiast zapobiegać przestępstwom, coraz surowiej się przestępców karze. Nim wygna się Trenta poza społeczeństwo, przedtem można go jeszcze wykorzystać. Prawo nie pozwala torturować Joe’ego, ale jego kopię – już tak. To świat socjopatów, ku któremu, zdaniem twórców serialu, nieuchronnie zmierzamy.

Białe święta to powrót w wielkim stylu. Dobitnie pokazuje, że w Black Mirror wciąż kryje się gigantyczny potencjał, który twórcy dopiero zaczęli realizować. Wygląda na to, iż w przypadku tej antologii słynna brytyjska zwięzłość okazała się zbawienna: każdy z siedmiu dotychczasowych odcinków stanowi jakość samą w sobie. Liczę na to, że trend się utrzyma, i skreślam dni w oczekiwaniu na serię trzecią. Być może przyszłość rysuje się w ciemnych barwach, ale przynajmniej będzie co oglądać.

Fot. Channel 4

Fot. Channel 4

Black Mirror
Christmas Special: White Christmas, emisja: 16.12.2014

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.