Fot. FX

Nikt nie jest bezpieczny (American Horror Story: Freak Show S04E08–10)

Artykuł zawiera spoilery.

Pisałem ostatnio wiele dobrego na temat Freak Show i bardzo chciałbym taką tendencję podtrzymać, ale niestety twórcy serwują powtórkę z rozrywki i, niczym w Coven, im bliżej finału, tym bardziej wszystko zaczyna się w serialu rozłazić, poziom się obniża, a z początku ciekawe wątki przestają przyciągać przed ekran.

Grudniowe odcinki w założeniu pewnie miały być emocjonujące, w jakimś stopniu przełomowe, bo tradycyjnie już w serialu licznik zgonów nagle podskoczył, a zamiast tego dostaliśmy dość miałkie fragmenty, gdzie zamiast współczuć bohaterom i smucić się po śmierci części z nich… właściwie nie czuję nic. Nie wiem, czy to kwestia postaci jako takich (bo nadzwyczaj trudno mi sympatyzować z jakąkolwiek), czy też scenarzystów i ich (nie)umiejętności wzbudzania pozytywnych odczuć wobec bohaterów. Dziwi mnie to zwłaszcza w przypadku Ethel, którą, szczególnie w scenach z lekarzem, wykreowano naprawdę umiejętnie, a jednak w momencie pozorowania samobójstwa kobiety z brodą nie czułem nic poza obojętnością. W dodatku rozpacz Jimmy’ego była dla mnie przesadzona, a jego późniejsze zachowanie mało logiczne i nie do końca wiem, co chciano nam przekazać. W efekcie nie przejąłem się równie mocno co Maggie, kiedy Jimmy trafił do więzienia.

Fot. FX

Fot. FX

Generalnie Freak Show cierpi na to samo, co przydarzyło się w Coven – akcja, od początku raczej chaotyczna i będąca często zlepkiem przypadkowych scen, z każdym tygodniem coraz wyraźniej traci umowne ramy spajające wszystko w jako taką całość. W grudniu widać to szczególnie w wątku bliźniaczek syjamskich. W premierze sezonu miało się wrażenie, że to one obok Elsy napędzać będą większość akcji serialu (co nawet nie dziwiło, jeśli spojrzeć na to, kto się w te postacie wciela), tymczasem szybko nadrzędną rolę Bette i Dot mocno zmarginalizowano. Co gorsza bardzo ciekawy koncept wyjściowy z dwoma całkowicie odmiennymi charakterami żyjącymi w jednym ciele dość bezceremonialnie zsentymentalizowano i wyzuto z emocji w łzawym fragmencie, gdy siostry zapewniały się o wzajemnej miłości. Szczególnie nie pasowało mi to ze względu na Sarah Paulson. Wprawdzie w Coven również miała sporo emocjonalnych scen, w tym do pewnego stopnia ckliwych, a jednak ani razu nie poczułem, że przekracza granicę śmieszności. Uważam natomiast, że jako łagodniejsza z bliźniaczek już parokrotnie przeszarżowała. Do tego ze wszystkich bohaterek, w które wcielała się Paulson, Bette i Dot charakteryzują się największą nijakością. Do tej pory mieliśmy kobiety z pazurem, charakterem, we Freak Show natomiast widzimy bezbarwne panny z prowincji marzące o karierze i miłości. Gdzieś panowie Murphy i Falchuk popełnili błąd.

Nie podoba mi się też ani trochę kierunek, w jakim nagle podążył wątek Dandy’ego. Rozumiem, że to lata 50., osoby czarnoskóre wciąż są traktowane jak obywatele drugiej kategorii, bogaci mogą więcej, a groteska i kamp to znaki rozpoznawcze AHS, ale na litość boską! Pozbycie się postaci granej przez Gabourey Sidibe wzbudziło we mnie poczucie zażenowania. Naprawdę wysoko zawieszam swoją niewiarę podczas oglądania tego serialu i nawet na zeszłoroczne rezurekcje w Coven potrafiłem przymykać oko, ale to już dla mnie za dużo. Tak, wiem, że policja w tym świecie to skorumpowana instytucja, której nie zależy na sprawiedliwości. Wiem, że większość osób, jakie się pojawiają na ekranie, powinna trafić na długotrwałą kontrolę psychiatryczną. Wiem wreszcie, że panicz Mott potrafi być niezwykle przekonujący i czarujący, aby uzyskać to, czego chce, ale to wszystko nie oznacza, że można uśmiercać bohaterów w tak beztroski i niechlujny sposób. Tym bardziej to uderza, że do tej sceny wątek Dandy’ego kontynuowano naprawdę dobrze – Finn Wittrock dalej swoją grą umiejętnie balansował pomiędzy przesadą a umiarkowaniem, a kąpiel w krwi była perfekcyjnie do charakteru postaci i jej szaleństwa dopasowana. A potem zjawił się policjant.

Fot. FX

Fot. FX

Na koniec moich żalów krótko o odcinku dziesiątym, Orphans. Mam mocno mieszane uczucia w stosunku do niego. Naprawdę solidnie napisany i zrealizowany, ale zupełnie nie pasuje mi do serialu. Już pomijam, że bardzo mocno odchodzimy w nim od tytułowego horroru, ale w żadnym stopniu nie łączy się on ze wcześniejszymi odcinkami. Tak naprawdę obejrzeć by go mogła każda osoba, która nigdy wcześniej nie słyszała o AHS… i w porządku, zasadniczo nie mam nic przeciwko takim posunięciom w serialach, ale nie w momencie, gdy sezon liczy sobie trzynaście części. Takiego zapychacza bowiem ten serial w swojej czteroletniej historii chyba jeszcze nie widział i to do tego tak blisko finału. Nawet krótka obecność Lily Rabe tego w żaden sposób nie łagodzi. I choć historia Pepper była wzruszająca, a wcielająca się w nią Naomi Grossman oraz Jessica Lange przypomniały, że kolektyw aktorski to obecnie zdecydowanie najmocniejszy punkt AHS, nie mogę pozbyć się wrażenia, że Orphans to jedynie pretekst, żeby jednoznacznie usankcjonować kontrowersyjną decyzję Murphy’ego, że wszystkie sezony serialu (a przynajmniej Asylum oraz Freak Show) toczą się w tym samym świecie. Decyzja tyleż niezrozumiała, co nie do końca racjonalna. Wystarczy choćby pomyśleć o implikacjach wynikających z istnienia Elsy Mars oraz siostry Jude, które dziwnym trafem wyglądają identycznie (a w dodatku Pepper zna je obydwie).

Żeby jednak nie być tak bardzo krytycznym, zwięźle jeszcze o tym, co dobre – szalenie podoba mi się postać Stanleya. To znaczy samego bohatera nie cierpię, ale to jedynie pokazuje pracę, jaką włożył w swoją kreację Denis O’Hare. W poprzednich sezonach AHS wcielał się w postacie niejednoznaczne, acz wzbudzające sporo sympatii i współczucia, tymczasem we Freak Show jest tak cudownie obślizgły i antypatyczny, że wywołuje we mnie spory konflikt wewnętrzny. Chciałbym, aby jak najszybciej zniknął z serialu, a jednocześnie jego zepsucie moralne i nonszalancja, z jaką się zachowuje, sprawiają, że oglądanie go na ekranie sprawia swego rodzaju perwersyjną przyjemność. Chyba po prostu obok Dandy’ego to najbardziej wyrazista postać całego sezonu i podskórnie czuję, że serial wiele by stracił, gdyby się Stanleya pozbyto. Z drugiej strony dotychczasowe losy bohaterów granych przez Denisa O’Hare nie wieszczą i temu zbyt chlubnego końca.

Fot. FX

Fot. FX

Pogorszyło się zatem we Freak Show. Serial robi się coraz bardziej chaotyczny i niepowiązany wewnętrznie, a do tego mam jeszcze większy problem z bohaterami niż w Coven. Tam przynajmniej była Misty, którą absolutnie uwielbiałem od samego początku, plus parę innych postaci, których losy śledziłem z zaciekawieniem. W tym sezonie natomiast brakuje mi kogoś, z kim tak mocno bym sympatyzował, ba, kogoś, kto nie byłby mi tak mocno obojętny jak całe grono cyrkowych freaków. Szkoda, bo American Horror Story stało się tak naprawdę marką samą w sobie i dwoma pierwszymi sezonami w pełni zasłużyło na coroczny kredyt zaufania, jakim obdarzam tytuł – i wciąż mimo rozczarowań będę wyczekiwać na piąty rozdział antologii. Odnoszę jednak wrażenie, że powoli serial zaczyna zjadać własny ogon i twórcy gdzieś w połowie Coven zatracili albo zagubili umiejętność tworzenia pełnokrwistych postaci oraz w miarę spójnej narracji. Mam jednak nadzieję, że się mylę.

American Horror Story
S04E08: Blood Bath, emisja: 3.12.2014
S04E09: Tupperware Party Massacre, emisja: 10.12.2014
S04E10: Orphans, emisja: 17.12.2014

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.