Fot. ABC

Galant w opałach (Galavant, PREMIERA: S01E01–04)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Pirjo: Jedną z niespodzianek stycznia jest musicalowy serial fantasy, oparty o śpiew, tańce i ironiczny scenariusz, pękający nie tylko od śmiechu, ale i od popkulturowych nawiązań. Pomysł na ten format jest nowatorski, więc ryzykowny, ale ryzyko się chyba opłaciło – Galavant daje radę. Serial opowiada o dzielnym rycerzu i jego giermku, którzy w towarzystwie zamorskiej księżniczki wybierają się na dwór okupowany przez „złego króla”, by odbić z jego rąk ukochaną tytułowego Galavanta, księżniczkę Madalenę. Na taką fabułę trudno byłoby patrzeć bez przymrużenia oka. Przecież to już było, i to wiele razy!

Jak dla mnie jednym z atutów serialu jest zawarta w dialogach i samym scenariuszu mnogość nawiązań, budująca meta-perspektywę, i mam tu na myśli wszystko, od klasyków gatunku fantasy po współczesne seriale. Początkowa sielanka między Madaleną i Galavantem oraz pojawienie się „złego władcy”, a także oglądana w odcinku czwartym wizyta u króla piratów, to jasne nawiązania do Princess Bride. Jest też wiele ukłonów w stronę Knight’s Tale. Z nowszych rzeczy mamy choćby Winterfell na strzałce na rozstaju dróg, pojawia się eunuch wyglądający kropka w kropkę jak Lord Varys. Rozbawiły mnie nawiązania do Firefly w odcinku o Sidneytown, a także szekspirowskie Good night, sweet prince. A jak Wam podoba się koncept Galavanta i jakie jeszcze wyłapaliście nawiązania?

Fot. ABC

Fot. ABC

Cathia: Och tak, to właśnie to nowe, kpiarskie podejście i wspomniane przez Ciebie nawiązania sprawiają, że Galavant jest wyjątkowy! Szczerze mówiąc, chciało mi się właśnie takiego serialu lekkiego, łatwego i przyjemnego, który można sobie włączyć ot tak, przy okazji, nie zastanawiając się nad zagmatwanym scenariuszem czy też skomplikowanymi postaciami. Oczywiście nie mówię, że w Galavancie wszystko jest tak proste, jak się wydaje, w końcu księżniczka Isabella nie poszukała naszego rycerza ze swej własnej woli, ale to przyjemna zabawa z konwencją. Plus piosenki! Są absolutnie świetne, wpadające w ucho i dopasowane do historii! Ale o tym później. A ze wspomnianych przez Ciebie nawiązań dorzuciłabym ten intensywny trening, który księżniczka urządza przed turniejem swojemu obrońcy – nie przypomina Wam to chociażby Mulan?

Mysza: Mnie intensywny trening przypominał przede wszystkim montaż z A Knight’s Tale – ta obrotowa kukła do walki była niemal żywcem wycięta z filmu z Heathem Ledgerem! Samoświadomość własnej niedorzeczności – komediowy musical fantasy? Trudno przebić takiego Shreka! – oraz odwaga w serwowaniu nawet najbardziej anachronicznych popkulturowych odniesień to zaledwie kilka z wielu zalet serialu. Pod względem klimatu i formy Galavant najsilniej nawiązuje do kultowego Robin Hood: faceci w rajtuzach Mela Brooksa i innych przewrotnych, kpiarskich komedii będących specjalnością tego twórcy. Niech jednak o talencie zarówno pisarzy, kompozytorów, jak i obsady świadczy, że ten serial, tchnący żartami i formułą, która sprawdziłaby się z powodzeniem w latach 90., ale niekoniecznie współcześnie, został przyjęty z tak powszechnym entuzjazmem. A skoro o popkulturowych nawiązaniach mowa: do moich faworytów dołącza piosenka błazna z czwartego odcinka, subtelnie nawiązująca do wybitnej sekwencji z Singin’ in the Rain, czyli Make’em Laugh.

Jerzy: Moim pierwszym skojarzeniem był serial Czarna Żmija. Król Ryszard wydaje mi się połączeniem postaci Edmunda z pierwszego sezonu i królowej Elżbiety z drugiego. Niby nieudacznik i fajtłapa, ale przecież głowy ścina w ilościach hurtowych. Nie zapominajmy też, że cała fabuła opiera się na „szczwanym planie”, który wykoncypował w celu schwytania głównego bohatera. Na upartego można by też dopatrzyć się fizycznego podobieństwa do księcia Jana z kreskówki Robin Hood. Nie da się ukryć – lew. Ale trochę wyliniały.

Fot. ABC

Fot. ABC

Aeth: Ja skojarzeniowo najszybciej odpłynęłam w rejony niezapomnianych Facetów w rajtuzach albo nawet w dość nieudany projekt, ale ze świetnym trailerem, czyli Your Highness. Niestety prześmiewczy, parodystyczny humor w wersji dla dorosłych w filmie okazał się wyjątkowo przesadzony i niestrawny (dlatego nigdy go nie skończyłam), ale Galavant, z tymi swoim cenzurowanymy przekleństwami, trafia znacznie bliżej celu. Aż żałuję, że nie możemy tych słów usłyszeć w dialogach – w końcu ja sama przy oglądaniu nieraz łapię się za głowę z pewnym radosnym „f” na ustach! To prawie tak, jak oglądanie bohaterów Disneya w odcinkach Robot Chicken i też nieogarnianie, co się paczy.

Pirjo: Porozmawiajmy przez chwilę o ulubionych postaciach. Świetny jest król Ryszard (znany i uwielbiany za swą rolę w Psychu Timothy Omundson), ale moje serce nieodwołalnie skradł kucharz! Od pierwszego pojawienia się na ekranie tego bohatera pisnęłam radośnie, bo tęskniłam za Darrenem Evansem, odkąd się skończył drugi sezon My Mad Fat Diary, a jego tamtejsza postać radosnego, ale nieco bezbronnego wobec rzeczywistości pacjenta zamkniętego oddziału szpitala psychiatrycznego należała do moich ulubionych. I odczuwałam już spory niedosyt jego obecności. Cudownie jest więc zobaczyć go ponownie i to w tak zabawnej, lekkiej roli. Kucharz zasługuje na własny fandom! A kto Wam się podoba najbardziej? Czy role są dobrze obsadzone?

Cathia: Nie wiem, ile płacą ludziom od castingu, ale są to najlepiej wydane pieniądze świata! Absolutnie i bezwarunkowo! Kucharz nie tylko zasługuje na własny fandom, ale już go ma! Dopisuję Darrena do listy aktorów, na których muszę zwracać uwagę! Król Ryszard jest rewelacyjny, ale Timothy jest naprawdę dobry w takich rolach, które pozornie narzucają mu granie fajtłapy. W dodatku nie spodziewałam się, że tak dobrze śpiewa! Cudowna jest również Madalena, czyli Mallory Jansen, przekonująco umie pokazać to, co naprawdę siedzi w pięknej, ale czy szlachetnej narzeczonej księcia? Bez wahania dorzucam tutaj też Garetha, zagranego przez Vinniego Jonesa, przybocznego, którego każdy tyran chciałby mieć przy sobie!

Fot. ABC

Fot. ABC

Mysza: Fani kucharza – łączmy się! :) Rzeczywiście jest to postać, która zbiera najgłośniejsze i najbardziej jednogłośnie zachwyty. To w sumie niesamowite, biorąc pod uwagę, jak niewielka jest to rólka, ale często właśnie takie skromne partie potrafią „skraść” całą produkcję. Z kolei o talencie komediowym Omundsona wiedzieliśmy od czasu Psych, ale to w Galavant może pokazać się z nieco weselszej, bardziej niepoważnej strony. W roli króla Ryszarda sprawdza się wyśmienicie! Do listy ulubionych postaci dopisałabym jeszcze błazna. Jego występy – zwłaszcza wokalne – za każdym razem sprawiają mi niesamowitą frajdę.

Jerzy: Trudno mi znaleźć postać, która by odstawała od reszty. Długość sezonu (8 odcinków) sprawiła, że twórcy nie musieli na siłę wymyślać bohaterów. Grający Galavanta Joshua Sasse strasznie przypomina mi Michaela Fassbendera – zarówno z wyglądu, jak i z niektórych gestów. Momentami podczas seansu zdejmuję okulary i myślę sobie: „To przecież Fassbender, nikt inny”. Z kolei Vinnie Jones w roli Garetha wydaje mi jakiś taki… mały. Nie zrozumcie mnie źle, to dobry aktor i bardzo fajna rola, ale we wcześniejszych filmach zawsze był postacią monumentalną, górującą nad innymi. A tutaj – ot, duży facet. Trochę mi to psuje odbiór. Ale tylko trochę.

Aeth: Kucharz! To absolutny fenomen, jak błyskawicznie ta malutka trzecioplanowa postać zyskała taką popularność – ale z drugiej strony pokaz mocnej strony serialu, który naprawdę zadbał o zasiedlenie swojej krainy barwnymi postaciami, nieważne z jakiego planu. Ja też uwielbiam Garetha i świetnie ogląda mi się błazna, ale równie mocno rozkleją mnie spuszczone miny „byłej” pary królewskiej Valencii, kiedy „żartem” odpowiadają Królowi na jego nieodpowiednie pytania. Natomiast z obsady głównej największą sympatią obdarzyłam Isabellę – pewnie dlatego, że mam słabość do bohaterów rozdartych między dwiema lojalnościami. Poza tym ten klasyczny love-hate relationship z Galavantem jest taki uroczy i mam z niego 200 procent frajdy.

Fot. ABC

Fot. ABC

Pirjo: Jednym z walorów serialu są też gościnne, epizodyczne występy. Sama nie wiem, co lepsze: Hugh Bonneville jako król piratów czy John Stamos jako (o)błędny rycerz. Co sądzicie o cameos w Galavancie?

Cathia: Cameos galavantowe to naprawdę rodzynki, bo nie tylko pokazują znajomą twarz i puszczają oczka do widza, ale przy okazji tworzą naprawdę zacne epizody! Piraci, choć przewidywalni, sprawili, że praktycznie turlałam się ze śmiechu.

Mysza: Gościnne występy są świetnie przemyślane! I tak jak podobał mi się zarówno Stamos, jak i Bonneville, osobiście najbardziej czekam na kolejnych aktorów, którzy mają się w serialu pojawić: Weird Al Yankovica, Ricky’ego Gervaisa i Rutgera Hauera. Bardzo mocno liczę na nawiązanie do kultowego filmu fantasy z lat 80., Ladyhawke (Zaklęta w sokoła), gdzie Hauer wcielił się w prawego i nieszczęśliwego zakochanego rycerza.

Jerzy: O, Lord Grantham świetnie radzi sobie w morskich (lub prawie morskich) rolach! Liczę, że pozostali również staną na wysokości zadania. Regularna obsada została dobrana naprawdę dobrze, ale zawsze fajnie zobaczyć znajome gęby. Zwłaszcza, że dawno nie widziałem Rutgera Hauera. Już nawet nie pamiętam, gdzie!

Aeth: Nie wiem, czy nie pojadę tutaj trochę za daleko, ale z takiego występu Bonneville’a miałam praktycznie rozrywkę na pozimie meta – nie przez sam fakt, że to Lord Grantham, tylko przez wrażenie, że sam Bonneville wie, że to Lord Grantham, który jest dzisiaj królem piratów. Głos, intonacja, gesty, wszystko tak bardzo przywoływało mi obraz pana na włościach Downton Abbey, że wybuchałam śmiechem niemal od samego patrzenia. Więc pod tym względem cieszę się przeogromnie, że aktorzy gościnni podchodzą do swoich ról na tak wielkim luzie. Bez wyczucia klimatu raczej nie ma mowy o wpasowaniu się i bawieniu nas tak, jak nas bawią.

Fot. ABC

Fot. ABC

Pirjo: Czas zastanowić się nad musicalową formułą tej nietypowej komedii. Czy tylko mnie się zdaje, że piosenki są w Galavant bardzo chwytliwe, mają dobre, błyskotliwe teksty, wpadają w ucho i nie chcą tego ucha opuścić? Że śpiewające je głosy są przyjemne dla ucha, a miejscami nawet wybitne, a nade wszystko, że posadowienie muzyki w serialu okazało się niezwykle sprytnym zabiegiem: w baśniowej krainie naturalną życiową czynnością jest „popadanie” od czasu do czasu w piosenkę. Wszak to bajka! Postacie zdają sobie z tego procederu sprawę i z godnością biorą udział w przytrafiających się im śpiewach i tańcach. Co Wy sądzicie o warstwie muzycznej? Jak się ma ten pomysł do innych muzycznych show i musicalowych odcinków seriali? Czy Galavant się broni jako musical?

Cathia: Zważywszy na to, że do pracy przy serialu zatrudniono m.in. Alana Menkena i Glenna Slatera, trudno, by było inaczej! Po każdym odcinku łapię się na tym, że chodzę i nucę co lepsze kawałki, a już najradośniejsza piosenka o morderstwie i planowanym ludobójstwie nie opuszczała ust mych chyba przez dwa dni, ku wielkiej rozpaczy mego męża! Podoba mi się również to, że mimo konwencji piosenki nie stanowią większości serialu, bardzo ładnie zrównoważono sceny „mówione” i „śpiewane”.

Mysza: Sądzę, że serial bardzo dobrze zdaje sobie sprawę zarówno z wad, jak i zalet formy, jaką jest musical – widać to chociażby w scenach, gdy same postacie wzdychają z frustracją, bo znów ktoś wybucha śpiewem. Chwytliwość piosenek mnie wcale nie dziwi – jak słusznie zauważyła Cathia, duet Menken i Slater (odpowiedzialni m.in. za sukces The Little Mermaid Disneya) to sprawdzony przepis na muzyczny i tekściarski hit. To, co mnie zaskakuje, ale także niezmiernie cieszy, to niesamowicie dobrze dobrane głosy obsady. W Galavant nie ma ani jednego słabego ogniwa wokalnego!

Jerzy: A mnie piosenki nie zachwycają. Napisane są świetnie, ale melodie wypadają blado. Większość wydaje mi zrobiona na jedno kopyto. To taka disnejowsko popowa stylistyka, która zupełnie mnie nie rusza – nie ma szans, żebym zanucił jakiś kawałek poza tytułowym Gaaaa-laa-vaaant. Na szczęście żarty zawarte w warstwie tekstowej są na tyle udane, że podczas partii śpiewanych bawię się dobrze. Zwłaszcza, że świetnie się komponują z resztą fabuły. Bardzo lubię musicale, jednak przez małe zróżnicowanie piosenek Galavant nie spełnia pod tym względem moich oczekiwań. Tutaj chciałbym polecić inny musicalowy serial – Mighty Boosh, stworzony przez Noela Fieldinga i Juliana Barratta (2004–2007 BBC Three). Szamani, mutanci, kosmici, demoniczne staruszki, dziwne zwierzęta, zagrożenie płynące z jazzu oraz koszmarny świat muzyki i stylu. Ostrzegam – produkcja jest dosyć kampowa i dziwna, takie też są piosenki w niej zawarte. Dla miłośników Rocky Horror Picture Show.

Fot. ABC

Fot. ABC

Aeth: Jeśli o mnie chodzi, to ile pod względem melodii nie zachwycają mnie wszystkie utwory bez wyjątku, to wielką radość sprawiają mi ich teksty. Są proste (poszczególne linijki są niekiedy łatwe do przewidzenia!), ale idealnie komponują się z tonem i muzyką. Nic dodać, nic ująć – momentu wpadnięcia przez bohaterów w śpiew zawsze oczekuję z wyraźnym dreszczykiem pt. nie mogę doczekać się, co będą śpiewać teraz!

Pirjo: Jeśli o mnie chodzi, podoba mi się też pietyzm, z jakim w tych krótkich odcinkach zwraca się uwagę na dopieszczenie detali, ledwo uchwytne drobiazgi dziejące się na drugim czy trzecim planie, w tle kadru. I rozwiązania, które są urocze i wnoszą Galavanta na nowy poziom. Przy czym zdarzyło się Wam najmocniej wybuchnąć śmiechem? Bo mi chyba przy „Previously on…” w formie piosenki na motywach tytułowego hitu, które rozpoczęło odcinek trzeci.

Cathia: Wszystkie sceny z triem zamkowym, czyli Kucharzem, królem Ryszardem i Garethem, są absolutnie kwikogenne. Ostatnio na prowadzenie wysunęła się u mnie scena, w której nowo powołany zespół muzyczny prezentuje swoje nowe hity. W tym samym odcinku Galavant śpiewa również kawałek potępiający rycerstwo w czambuł i dopiero na koniec orientuje się, co tak naprawdę przyszło mu wykonywać. Cudo! Nie da się również ukryć, że reakcja Madaleny na odsiecz jej dzielnego rycerza była niezapomniana – „Actually, I don’t know… I’ve been thinking about it a lot ever since he kidnapped me and… I’m gonna go with the fame and fortune. Seems like an easy life.”

Mysza: Zgodzę się, że Galavant przykłada dużą uwagę do detali. Każdy odcinek można obejrzeć dwukrotnie – raz dla fabuły, żartów i piosenek, a drugi raz znów dla piosenek, ale także dla wyłapania wszystkich nawiązań i smaczków w tle. W pamięć wbiła mi się zwłaszcza jedna scena z bodaj pierwszego odcinka, gdy Madalena po raz kolejny wysławia Galavanta przed swoim mężem. Wystarczy spojrzeć za jej ramię, by zauważyć, że stojący za nią strażnik wywraca oczami, bo tak jak wszyscy ma już dość jej ciągłego wychwalania rycerza. Tego typu drobne detale sprawiają, że mam z oglądania serialu nieustającą przyjemność.

Fot. ABC

Fot. ABC

Jerzy: Bardzo mi się podoba to, że humor w serialu bywa bardzo, bardzo czarny. Autorzy zręcznie wyśmiewają dosyć poważne problemy średniowiecza. Wojny, egzekucje, głód, pomiatanie ludźmi niższych stanów – czekam na żarty z wypadających zębów i śmiertelności niemowląt.

Aeth: Śpiewane „Previously on…” sprawiło, że prawie spadłam z krzesła! W kwestii detali dodam też co, co powiedziałam już o postaciach z dalszego planu: przecież nawet zespoł katów to perełka, którą zapamięta się na długo. Podoba mi się również dobre wyczucie w użyciu slapsticku – w połączeniu z dowcipnym słowem, odegraniem i kontekstem nie ma nic zabawniejszego niż wyrzucenie kogoś przez balkon.

Pirjo: Podsumujmy. Czy Galavant ma jakieś słabe strony? Czy to serial dla każdego? Czy widzicie go w długoterminowej perspektywie czasu? A może jednak żarciki i piosenki prędko nam się znudzą?

Cathia: Na pewno nie zachwyci zdecydowanych przeciwników gry konwencją i musicali, bo nasycenie jest spore. Nie sądzę jednak, by tym, którzy się wciągnęli, serial szybko się znudził, zważywszy na to, że zaplanowany jest jako mid-season filler i na razie ma tylko 8 odcinków. Mam jednak nadzieję, że ze względu na tak dobre przyjęcie przez widzów dostaniemy dalsze sezony, bo dobra rozrywka raczej nie nuży.

Mysza: Pozostaję nieco bardziej sceptyczna niż Cathia. Choć ubóstwiam musicale i zabawę konwencją, zadaję sobie pytanie, jak długo twórcy będą w stanie zachować „ostrość” dowcipów i chwytliwość piosenek. Niewielka liczba odcinków daje nadzieję, że twórcy nie wyprztykają się zbyt szybko z dobrego materiału. Pozostaje kwestia tego, czy Galavant będzie wiedział, kiedy godnie zejść z anteny Z tarczą, a nie na niej.

Jerzy: Póki co twórcom udało się uniknąć nachalności w graniu konwencją i silenia się na żarty. Nie wiem, jak będzie później – poza Oglafem ciężko mi wymienić sobie jakąś dłużej ukazującą się serię kpiącą z konwencji fantasy, która przez cały czas trzymałaby poziom. Jednak jeśli utrzyma się model 8 odcinków raz do roku, to myślę, że styczeń będzie jednym z bardziej oczekiwanych miesięcy. Może też dobrym rozwiązaniem byłaby formuła antologii? Pierwszy sezon przedstawia historię dzielnego rycerza i damy w opałach (powiedzmy), kolejne mogłyby być np. o pięknej księżniczce, sprytnym wieśniaku lub uczniu czarnoksiężnika. Bajki mają olbrzymi potencjał, autorzy nie muszą kurczowo trzymać się buca w puszce i jego świty.

Aeth: Mnie tutaj bardziej martwi warstwa fabularna – połowa sezonu, a bohaterowie są już prawie u celu. Akcja posuwa się do przodu w błyskawicznym tempie, co jest zrozumiałe z uwagi chociażby na fakt, że mamy tylko tych osiem odcinków, a w każdym trzy numery muzyczne, ale właśnie z tego względu trudno mi wyobrazić sobie chociażby zakończenie. Swoją drogą to całkiem pozytywna myśl: serial tak szalony i nieprzewidywalny, że nie sposób go rozgryźć. Tak czy inaczej póki co nie przyjmuję do wiadomości, że to cudo miałoby się zakończyć – słowem, to najbardziej odjechana premiera ostatnich lat, a to już mówi samo za siebie.

Fot. ABC

Fot. ABC

Galavant
comedy, musical
ABC 2015–

Pirjo Lehtinen
Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Jerzy Łanuszewski
Ponownie student. Mimo ukończenia prestiżowego liceum z tradycjami, nie osiągnął sukcesu w życiu. Jeszcze. Może kiedyś mu się uda. Dąży do wielkości absorbując książki, komiksy i ruchome obrazki. A czasami (bardzo czasami) prowadzi bloga: dziwne-eony.blogspot.com.

Agnieszka „Aeth” Jędrzejczyk
Geek. Gracz. Kobieta. Miesza science-fiction, fantasy i fantastykę z serialami, filmami i grami video, a do tego wiernie wielbi twórczość Jossa Whedona, Playstation i zombie. Ogląda niemal wszystkie seriale fantastyczne w ramówce (przeszłej, teraźniejszej i przyszłej) i już nawet nie pamięta, od jak dawna. Od ponad dwóch lat pisze za to z orbity na wiedzmanaorbicie.pl.

Cathia
Mól książkowy, zwierzę konwentowe, fangirl i Sheppardolożka. Wielbicielka czarnych charakterów, na czele z pewnym Królem Piekieł o brytyjskim akcencie. Kilka lat temu dosyć niespodziewanie zapadła na chorobę o nazwie Supernatural i modli się, by nigdy nie znaleziono na to leku. Aktywny członek fandomu od co najmniej 16 lat. W wolnych chwilach zajmuje się rękodziełem, robiąc kartki o fantastycznej tematyce, ostatnio zaczęła również pisać supernaturalowego bloga.

Mysza
Fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)