Fot. ITV

Nikt nie spocznie w pokoju (Broadchurch, PREMIERA: S02E01)

Artykuł zawiera spoilery.

Broadchurch to jeden z tych seriali, o których wciąż słyszę wiele dobrego, ale mimo to wcale mnie do nich nie ciągnie. Chyba dlatego, że to „czysta” obyczajówka, za którą nie przepadam – wolę, kiedy sytuacje międzyludzkie rozgrywają się w serialach przy okazji jakiegoś szerszego, ciekawego pomysłu. Po sezon pierwszy nigdy nie sięgnąłem. Ale traf chciał, że obejrzałem przypadkiem premierę sezonu drugiego – i teraz lepiej rozumiem, czym się ludzie zachwycają.

Jedną z najtrudniejszych rzeczy w scenopisarskim fachu jest, jak sądzę, napisanie historii, która zarazem satysfakcjonująco zamyka się w obrębie sezonu i otwiera eskcytujące perspektywy na sezon kolejny. Tym bardziej doceniłem więc kunszt twórców Broadchurch, gdy zobaczyłem jak gładko, za pomocą jednej sceny, burzą osiągnięty dzięki aresztowaniu mordercy spokój w miasteczku. Dwa krótkie słowa z ust przestępcy – „not guilty” – i rany zostają rozgrzebane na nowo, wyciszone już emocje znów sięgają zenitu. Jest to chyba najbardziej okrutna rzecz, jaką Joe Miller mógł uczynić współmieszkańcom: odmawiając wzięcia na siebie odpowiedzialności za zbrodnię, w pewnym sensie popełnił ją po raz drugi. Przerwał brutalnie trudny, dopiero rozpoczęty proces powrotu do normalności i podważył wiarę w sprawiedliwość. Zamykająca odcinek scena ekshumacji zmarłego chłopca dobitnie i boleśnie to podkreśla. Wygląda na to, że wyciąganie szkieletów z szaf dopiero się zacznie.

Fot. ITV

Fot. ITV

Sprawę dodatkowo komplikuje fakt, że pierwszy odcinek jasno sugeruje, iż proces Joe’ego będzie nie tyle poszukiwaniem sprawiedliwości, co okazją do prywatnych porachunków między panią prokurator a jej dawną uczennicą, która teraz podejmuje się obrony Millera. Trwające cały odcinek podchody obu stron, by nakłonić obie panie do udziału w procesie, były trochę zbędne – starcie nauczyciela i ucznia to zbyt smakowita sytuacja dramatyczna, by mogło do niej nie dojść. Serial wyraźnie sugeruje, że powinniśmy sympatyzować z (przedwcześnie emerytowaną) panią prokurator, która ma przecież rację moralną po swojej stronie i dąży do uspokojenia nastrojów w miasteczku, ale podejrzewam, że sytuacja jeszcze się skomplikuje. Wciąż zbyt dużo jest w Broadchurch tajemnic, zbyt wiele sekretnych spotkań między więźniem a pastorem (hello, Rory!), zbyt mało pewności co do prawdziwego przebiegu wydarzeń.

Wydaje się, że oko kamery będzie w tym sezonie skupiać się szczególnie na tych, których morderstwo i proces dotykają najmocniej: na rodzinie zabitego, Latimerach, z jednej strony oraz na żonie przestępcy, policjantce Ellie Miller, z drugiej. Nie oglądając pierwszego sezonu, nie wiem, na ile nienawiść Latimerów do Ellie jest uzasadniona (może faktycznie jakoś kryła męża?), ale z pewnością obu stronom współczuję. Ani oni, ani ona nie mogą wrócić do normalnego życia, nie mogą zapomnieć; tragedia wciąż wlecze się za nimi, rozjątrzając rany. Widzimy w odcinku, jak nieszczęsna Ellie zaczyna upadać pod ciężarem poczucia winy i osamotnienia. Dobrze, że Alec Hardy (hello, Doctor!) czuwa; jakież lepsze pocieszenie i wsparcie niż wyszeptane przez Davida Tennanta: „I’m sorry”? (Do którego mój mózg, rzecz jasna, dopowiedział automatycznie „I’m so sorry”).

Fot. ITV

Fot. ITV

Drugim najważniejszym wątkiem odcinka jest przeszłość detektywa Hardy’ego, która, jak to przeszłość ma w zwyczaju, powraca, aby bohatera dręczyć. Rozgrzebana na nowo sprawa zamordowanego chłopca to tylko jeden z kłopotów Aleca; znacznie groźniejsza wydaje się kwestia Sandbrook. Próbując pokazać Ellie, że wciąż ją wspiera, detektyw zdradził jej swój wielki sekret. Przybył do Broadchurch, by zastawić pułapkę na Lee Ashwortha, głównego podejrzanego w sprawie podwójnego morderstwa z Sandbrook. A że pułapką ma być Claire Ripley (hello, Gwen!), którą ów podejrzany pragnie zamordować, by nie mogła przeciw niemu zeznawać, sytuacja jest wyjątkowo niebezpieczna. Zaczynam się martwić o chore serce Hardy’ego.

Ukrywanie Claire przez detektywa to kolejny element scenariusza, który doceniłem nawet bez znajomości serii pierwszej Broadchurch. Dobrze mieć w fabule niebezpiecznego mordercę – ale jak to zrobić, skoro złoczyńca został już schwytany? Druga zbrodnia tego kalibru w małym nadmorskim miasteczku byłaby już zupełnie niewiarygodna, toteż takie rozwiązanie odpada. Sprawa Sandbrook pozwala scenarzystom zjeść ciasto i mieć ciastko. Hardy nadal musi drżeć o czyjeś życie i wciąż ma powód, by stale oglądać się przez ramię, a jednocześnie sukces, jakim było schwytanie Joe’ego Millera, nie zostaje zniweczony. Przypomina mi się drugi sezon Hannibala – tam również, mimo uwięzienia Willa Grahama i znaczącej zmiany relacji między nim a tytułowym kanibalem, dramaturgia została umiejętnie utrzymana.

Fot. ITV

Fot. ITV

Informacje prasowe donoszą, że Broadchurch pomyślane zostało przez Chrisa Chibnalla jako trylogia. Jej drugi rozdział rozpoczął się moim zdaniem znakomicie. Już po odcinku otwierającym dostrzec można nadciągającą z oddali burzę, dramatyczne zdarzenia, bolesne konfrontacje, szokujące sekrety i duże ilości smutnego brodatego Tennanta. Wciąż nie jestem przekonany, czy mam do czynienia z serialem, który chcę śledzić, ale przestałem dziwić się tym, którzy na wieść o premierze drugiego sezonu dostawali palpitacji serca. Dobry serial, bez dwóch zdań.

Broadchurch
S02E01: Episode 1, emisja: 5.01.2015

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.