Fot. Amazon

I utyje szarańcza (The Man in the High Castle, PREMIERA: S01E01)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery dla nieznających książki.

To w sumie dziwne, że Philip K. Dick jest najintensywniej ekranizowanym klasykiem fantastyki naukowej. Dziwne, bo przecież współczesne ekranowe SF to przede wszystkim sensacyjne kino akcji – a to rzeczy, których nie znajdziemy w żadnej z jego książek, wielowątkowych (choć krótkich, jak na współczesne wielosetstronicowe standardy), pełnych bohaterów zagubionych, połamanych, niepewnych swego. Dlatego poza kilkoma chlubnymi wyjątkami, którym udało się zachować dickowskiego ducha, dostawaliśmy przez lata filmy bardzo swobodnie traktujące materiał wyjściowy – czego najzabawniejszym przykładem był Next z Nicolasem Cage’em, który z oryginalnym opowiadaniem Złotoskóry miał tyle wspólnego, że przeczył każdemu jego zdaniu.

Wszystko zaś to, co twórczość Dicka czyni niestrawnym dla wysokobudżetowego kina, wydaje się wprost stworzone dla nowoczesnej telewizji.  Tej robionej dla dojrzałego widza, który z chęcią zapłaci za widowisko będące czymś innym niż przygoda w fantastycznym świecie. Musiał to wiedzieć Amazon, gdy zamówił dla swojej platformy pilotowy odcinek Człowieka z wysokiego zamku.

Wydany w 1962 Człowiek… jest jednym z największych sukcesów artystycznych Dicka. Akcja nagrodzonej nagrodą Hugo powieści toczy się w Ameryce, w dwadzieścia lat po przegranej przez nią drugiej wojnie. Wschodnie wybrzeże okupują Niemcy, Zachodnie Japończycy, a pośrodku ustanowiono buforowe Stany Gór Skalistych.  W tym strasznym świecie żyją  typowo dickowscy bohaterowie: zmęczeni, zagubieni, nieufni. Ich życie odmienia dopiero I utyje szarańcza.

I tutaj następuje najpoważniejsze na razie odstępstwo od oryginału. U Dicka Szarańcza… była zakazaną powieścią, w której to alianci wygrali. W serialu jest to zakazana taśma filmowa, zmontowana z fragmentów kronik filmowych, które nie powinny istnieć, bo pokazują lądowanie w Normandii, upadek Berlina i kapitulację Japonii.  Być może zmiana wynika tylko z faktu, że w serialu łatwiej pokazać wstrząsający obraz niż wstrząsający tekst – może też jednak oznaczać, że twórcy największą tajemnicę zamierzają ujawnić wcześniej niż w finale. Być może chcą pójść drogą sequela, którego Dick nie napisał, ale planował, a nawet zdążył zdradzić kilka związanych z nim pomysłów.  W każdym razie jedno i drugie niedwuznacznie zapowiada już czołówka (dwa kadry: niemiecka gapa wyświetlana na amerykańskim orle i konna rzeźba Julianny trzymającej flagę).

Fot. Amazon

Fot. Amazon

Mimo tego jednak każdy czytelnik od razu pozna bohaterów. Juliannę, instruktorkę aikido (w powieści: dżudo), która ruszy tropem tajemniczej taśmy filmowej. Jej chłopaka (w powieści: byłego męża) Franka, który pracuje przy wyrobie podrabianych pamiątek dla japońskich kolekcjonerów, projektuje biżuterię i ukrywa swoje żydowskie pochodzenie. Joego Blake’a (w powieści: Cinnadella), kierowcę ciężarówki przewożącego przez kraj trefny ładunek. Szweda (w powieści: Szwajcara) Baensa, który wcale nie jest tym, za kogo się podaje. I pana Tagomiego, urzędnika japońskiego ministerstwa handlu, który w chwilach zwątpienia i niepokoju – a zdarzają się coraz częściej – pyta o wskazówkę świętą księgę I-cing.

Fot. Amazon

Fot. Amazon

I-cing, czyli Księga przemian,  powstała prawdopodobnie tysiąc lat przed Chrystusem, jest kanoniczną księgą taoizmu oraz konfucjanizmu i służy do wróżenia. Philip K. Dick wielokrotnie korzystał z jej rad, szczególnie w latach 60. Trudno powiedzieć, czy te rady coś pomogły w jego pokręconym i trudnym życiu, ale z pewnością księga stała się znakomitą inspiracją. W Człowieku z wysokiego zamku korzysta zeń każdy, szukając klucza do problemów uczuciowych, decyzji w biznesie czy polityce, wreszcie do ukrytej natury świata.

Fot. Amazon

Fot. Amazon

Czytając przed laty powieść, byłem zagniewany na Dicka, że tyle narracji poświęca egzotycznym i w sumie abstrakcyjnym Japończykom, realnych do bólu Niemców ustawiając trochę z boku. Wizualna strona amazonowskiej produkcji pokazuje, ile racji stało za tą decyzją. Choć Japonia jako wróg jest poza naszą europejską wyobraźnią, okupowane przez nią San Francisco łatwo sobie wyobrazić. Po prostu wystarczy istniejące miasto zorientalizować. Upodobnić do Szanghaju i Hong Kongu, na ulice wypuścić tysiące rowerzystów, fasady domów upstrzyć szyldami i  reklamami w kanji, a w każdy możliwy kąt i suterenę wepchnąć jakiś mały zakład rzemieślniczy (do dziś, mimo zalewu elektroniką, Azja nie kojarzy się nam z wielkim przemysłem). Gorzej z rządzonym przez Niemców wschodnim wybrzeżem. Kiedy kultura japońska zachowała ciągłość przez stulecia, sztuka nazizmu trwała kilkanaście lat, skończyła się gwałtownie w 1945 i nie mamy żadnych narzędzi, by wyobrazić sobie, jak rozwinęłaby się, gdyby dano jej jeszcze ćwierć wieku więcej. Twórcy ratują się więc swastykami. W hitlerowskiej Ameryce są one wszędzie: na flagach, na naramiennych opaskach SA-mannów, w butonierkach, ramach okiennych, na Times Square i na tarczach telefonów.  Ich nadmiar, niespotykany chyba nawet na norymberskich parteitagach, męczy i grozi kiczem. Na szczęście można znaleźć wytchnienie w kontemplowaniu biedy. Ta Ameryka jest uboga, klei się od brudu, a jeśli kogoś nie stać na przedwojennego rzęcha albo mikrosamochód messerschmitta, jeździ do pracy U-bahnem.  Dla widza za Atlantykiem taka wizja spadnięcia z pierwszego świata do drugiego może być równie wstrząsająca, co popiół zasnuwający okolicę, gdy w piecu pobliskiego psychiatryka palą właśnie, jak co poniedziałek, kaleki i świrów.

Fot. Amazon

Fot. Amazon

Producentem Człowieka z wysokiego zamku jest Ridley Scott. Wprawdzie jako reżyser zdaje się mieć najlepsze lata za sobą, ale w tym wypadku, kiedy zasiada na fotelu producenta i znowu bierze się za Philipa K. Dicka (dla spostrzegawczych:  w Canon City można dostrzec sympatyczne nawiązanie do Łowcy androidów), efekt jest więcej niż zadowalający. Dick otrzymuje szansę na kolejną udaną ekranizację, Scott – na rehabilitację po Prometeuszu, platforma Amazon zaś na „swoje House of Cards”. Na razie jednak nic nie jest pewne. W ostatnim czasie premierę miało kilka pilotów i od głosów widzów zależeć będzie, która produkcja dostanie pełną serię. Liczę, że to będzie właśnie Człowiek…, recenzje są na razie przychylne.

Produkcja, głosowanie, pełen sezon – tyle czasu i pieniędzy, żeby Ameryka przegrała wojnę. My to dostaliśmy za darmo. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie.

The Man in the High Castle
S01E01: Pilot, emisja: 15.01.2014

Piotr Górski

Krakowianin, Nowohucianin. Urodził się i na tym właściwie kończą się dramatyczne momenty jego biografii. Ekspert od seriali rosyjskich. Dużo czyta. Trochę pisze.