Wyspa tajemnic (Lost)

Wyspa tajemnic (Lost)

Artykuł zawiera spoilery z serialu, który skończył się cztery lata temu.

Dziesięć lat temu – dokładnie 22 września 2004 roku – zobaczyliśmy katastrofę samolotu. Rozbitkowie znaleźli się na bezludnej wyspie, która szybko okazała się miejscem szczególnym, a z biegiem czasu postawione w pierwszym odcinku pytanie: „Guys… where are we?” stawało się coraz istotniejsze. Większość oglądających nie wiedziało pewnie jeszcze wtedy, że Zagubieni okażą się fenomenem, ale szybko się o tym przekonali. W ciągu sześciu sezonów serial przeżywał swoje wzloty i upadki, ale dla grona tych, którzy wytrwali przy nim do końca, był szczególny. A jak jest teraz, dziesięć lat po rozpoczęciu i cztery po zakończeniu? Postanowiliśmy zebrać na Serialkonie kilku fanów i zapytać ich o to, jak zapamiętali Zagubionych.

Fot. ABC

Fot. ABC

Artur: Serial okazał się dużym przebojem nie tylko w Stanach, ale również w Polsce, gdzie emitowano go w programie pierwszym Telewizji Polskiej. Dla wielu osób to właśnie od Zagubionych zaczęło się poważne, systematyczne oglądanie seriali, choć włączyli się na przykład dopiero w drugim sezonie. A zatem pytanie na początek: jak po raz pierwszy zetknęliście się z Zagubionymi?

Piotr: Ja zacząłem oglądać późno – dopiero po wyemitowaniu finału całości. Z jednej strony odcięło mnie to od zbiorowego, fanowskiego doświadczania serialu – nie mogłem na bieżąco śledzić dyskusji i hipotez, a starałem się chociaż trochę unikać spoilerów, więc nie sprawdzałem w czasie oglądania, co już napisano. Z drugiej strony – zaczynając oglądać, wiedziałem już, że prawie wszyscy byli rozczarowani finałem serialu, że nie wszystkie zagadki zostają wyjaśnione, a wielu uważa ostanie sezony za zupełnie odjechane i absurdalne. Paradoksalnie, wiedza o tym bardzo mi pomogła w odbiorze serialu – zamiast skupiać się na odpowiedziach i dążeniu do zakończenia, mogłem spokojnie obserwować, jak w Zagubionych konstruuje się fabułę, wprowadza zagadki, wywodzi widza w pole.

Przemek: Byłem jedną z osób, o których wspominasz, Arturze: od Zagubionych w TVP1 wszystko serialowe się dla mnie zaczęło. To zresztą dość zabawna historia. W dniu premiery trafiliśmy z rodzicami w telewizji na pierwszą scenę; popatrzyłem na gościa w garniturze budzącego się w dżungli, skomentowałem głośno „Pewnie jakiś tajny agent” i, niezainteresowany, poszedłem sobie. Gdybym został przed telewizorem jeszcze przez minutę, zobaczyłbym rozbity na plaży samolot i pewnie bym wsiąkł. A tak zacząłem oglądać dopiero od odcinka… dziewiętnastego, kiedy to Jack bezskutecznie usiłował ocalić życie Boone’a. Dopiero po finale, po tym OKRUTNYM cliffhangerze z otwarciem bunkra, nadrobiłem sobie całą serię pierwszą. I zostałem z Zagubionymi aż do końca.

Joanna: Ja oglądałam od pierwszego odcinka, na bieżąco. Jeszcze przed serialem wiedziałam, że będę oglądać, znałam część spoilerów (choć niewiele, ze względu na naturę serialu). Pierwszy sezon i dobra część drugiego to były wypieki na twarzy i niecierpliwe czekanie na następny odcinek, potem mój entuzjazm trochę osłabł i oglądałam trochę z doskoku, nadrabiając odcinki w sesjach binge po pół sezonu albo więcej jak tylko zaczynały się wyrzuty sumienia, że nie jestem na bieżąco.

Katon: Pamiętam, że dość długo obserwowałem fenomen Zagubionych nieco z boku. Widziałem kilka odcinków w TVP, ale trafiłem na nie raczej przypadkiem i mimo ekscytacji nie zacząłem oglądać, bo podówczas ściąganie z internetu było dla mnie czynnością abstrakcyjną, a czwartki wieczór zwykle obfitowały w morze alternatyw. No ale w końcu uznałem, że to jednak coś dla mnie, zacząłem oglądać i przepadłem. Świat trwał wtedy chyba w oczekiwaniu na czwarty sezon, więc nadrobiłem wszystko i czekałem razem ze światem.

Fot. ABC

Fot. ABC

Artur: Jednym z elementów wyróżniających serial na tle innych była ogromna wręcz liczba postaci – oraz fakt, że większość z nich otrzymała choć jeden odcinek, który skupiał się właśnie na nich. Efekt: panoramiczna perspektywa, ale i meandrująca fabuła. Kogo z bohaterów zapamiętaliście najlepiej i jak oceniacie zastosowanie tego zabiegu?

Piotr: Ja właściwie nie oglądałem tego serialu przede wszystkim dla bohaterów, ale wydaje mi się, że akurat z tym poradził sobie generalnie dobrze – postacie faktycznie są interesujące, widzimy je w różnym świetle, i nawet tak nielubiane flash-sideways (alternatywny wszechświat w obrębie fabuły) świetnie dokładają się do złożoności postaci. Były tu oczywiście problemy, jak choćby okrutnie męczący trójkąt miłosny Jack-Kate-Sawyer – ale byli też bohaterowie napisani zupełnie wybitnie. Do takich należy Benjamin Linus, czarny charakter, od oglądania którego przechodzą ciarki – ale nie dlatego, że jest w bezpośredni sposób przerażający jak antagoniści Batmana, ale dlatego, że jest racjonalnym, niemal bezbłędnym manipulatorem. A i tę postać udaje się twórcom pokomplikować – właśnie dlatego, że widzieliśmy sukces jego rozmaitych ryzykownych intryg, tak potężna jest scena, w której jeden przestrzelony blef doprowadza go do największej w życiu porażki. Zresztą cała jego relacja z Alex, przybraną/porwaną córką, w ciekawy sposób go uczłowiecza (a jednocześnie nie usprawiedliwia). Trochę może szkoda, że Ben w tak jednoznaczny sposób jest odpowiedzialny za czystkę Dharmy – może byłoby ciekawiej, gdyby ten przewrót przebiegł w bardziej złożony, mniej psychopatyczny sposób.

Przemek: Zamierzałem powiedzieć, że zaczynamy już chyba powoli zapominać, jak oryginalna, awangardowa była w swoim czasie wprowadzona przez Lost technika budowania całego odcinka wokół jednej postaci, z jej retrospekcjami. Ale przecież i dziś mało który serial jest tak konstruowany! Stawianie w centrum uwagi kolejnych postaci nie tylko zapewniało Zagubionym świeżość i różnorodność, ale też pozwoliło sprawnie żonglować tak ogromną liczbą bohaterów pierwszoplanowych. A to przecież bardzo trudna sztuka, właściwa raczej literaturze niż telewizji. Nie wiem, czy jakakolwiek inna produkcja (no, może poza Grą o tron) poradziła sobie z takim wyzwaniem. Opowiedzieć o wszystkich, nikogo nie spychając na margines – wow!

Jeśli chodzi o same postacie, to wbrew powszechnej niechęci całkiem lubiłem Jacka. Pewnie, bywał marudny i irytujący, ale też miał w sobie cechy przywódcy, szlachetność i silną potrzebę „naprawiania świata”, która zbliża go w moich oczach do (także ogarniętego prywatną obsesją) doktora House’a. Trójkąt Kate-Jack-Sawyer, rzecz jasna, nudził i męczył, jak wszystkie wydumane i rozwleczone serialowe trójkąty. Z innych bohaterów szczególnie ciepłymi uczuciami darzyłem Desmonda (Desmond is love, Desmond is life), Hurleya (za humor i ludzkie podejście), Sayida (bo umiał skręcać karki nogami i miał czułe serduszko) oraz Bena (bo to fantastycznie napisana i bosko zagrana postać). Ale tak naprawdę praktycznie wszyscy bohaterowie byli w jakiś sposób ciekawi i sympatyczni. Nawet poboczne postacie, jak Libby czy Nadia, umiały podbić serce. A przede wszystkim lubiłem oglądać rozbitków jako grupę, zacieśniającą powoli więzy, rozrywaną wciąż przez wewnętrzne spory, ale zawsze jednoczącą się w obliczu zagrożenia. W końcu nieoficjalnym mottem serialu były słowa, które wypowiedział Jack: „If we can’t live together, we’re going to die alone”.

Joanna: Ja zwykle oglądam seriale dla postaci, Lost powinien był być dla mnie idealny, ale problem był taki, że nie przepadałam za głównymi postaciami (ani nawet za postaciami, które fandom lubił najbardziej. Tak, byłam w fandomie przez pewien czas, gdzieś w czeluściach internetu są jeszcze fiki, które pisałam, a być może nawet dwa fanvidy, które zrobiłam. Nie mogę ich już teraz znaleźć i może to i dobrze). Jack-Kate-Sawyer nudzili mnie niesłychanie, a miałam tendencję do lubienia postaci, które kiepsko kończyły. Shannon, Ana Lucia… moją ulubienicą pozostała chyba Nadia, no i zawsze Sayid i Sun. Dużą zaletą Losta jednak zawsze było to, że mimo mnogości postaci udawało im się dać każdemu czas i poświęcić każdemu (albo prawie każdemu) uwagę, prawie każda postać była niejednowymiarowa i interesująca (nawet kiedy się ich nie lubiło).

Serial miał też wielki talent – albo wielkie szczęście – do aktorów. Nawet drugoplanowe i trzecioplanowe postaci, którym zawsze grozi macosze traktowanie, ratowano świetnym aktorstwem. Emerson i Mitchell byli dla mnie standoutami, ale to taki przykład MVPs w drużynie gwiazd, gdzie każdy jest po prostu dobry.

Katon: Ten serial pokazał, jak wykorzystywać format serialu do rozwoju i niuansowania postaci. I to było dla mnie objawienie. Sawyer czytał klasykę literatury, John Locke przeżywał swoje miłosne problemy, Charlie męczył się w swoich symetrycznych zmaganiach z bratem, a każda z tych rzeczy pozwalała nam inaczej spojrzeć na ich postępowanie na Wyspie. Nawet jeśli efektem była tylko iluzja wielowymiarowości, to och!, co to była za iluzja! Nie znam wielu współczesnych udanych przedstawień postaci szalonego proroka nie osuwających się w zestaw sugestywnych klisz, a przecież John Locke jest prawdziwym szalonym prorokiem z krwi i kości, którego racje są ukazane na serio i bez banalizacji. Nawet jeśli niektóre decyzje dotyczące historii bohaterów wydawały się wydumane lub naciągane, to nadal obserwowanie tej machiny w działaniu było niezwykłym doświadczeniem.

Fot. ABC

Fot. ABC

Artur: Joe Hill – powieściopisarz i scenarzysta komiksowy – napisał kiedyś, że dobry serial jest jak powieść: w każdym odcinku pojawia się fakt istotny dla fabuły i rozwoju postaci. Implikuje to w moim odczuciu istnienie jakiegoś planu, który wszystkie te ważne informacje zawczasu gromadzi. Takim planem chwalili się też wielokrotnie twórcy Zagubionych, choć z czasem stało się jasne, że nie do końca go posiadają. I trudno im się dziwić – serialowość (w odróżnieniu od powieściowości charakteryzującej się tworzeniem z góry zaplanowanej narracji) przejawia się między innymi w niepewności co do tego, jak długo potrwa serial. Jak według Was wypada w Lost zderzenie tych dwóch biegunów?

Piotr: Nie wiem, czy częste pojawianie się faktów istotnych dla fabuły (rozumianej jako intryga) jest dobrym wyznacznikiem powieściowości; wtedy na przykład Życie i myśli Tristrama Shandy, jedna z najważniejszych powieści w historii, byłoby powieścią złą, bo wszystkie „fakty” pojawiające się przez kilkaset stron można policzyć na palcach jednej ręki. A co do rozwoju postaci – z tym chyba akurat Zagubieni radzą sobie dobrze. Aż do końca dowiadywaliśmy się nowych, ciekawych rzeczy o postaciach i ich charakterze, z niewielkimi tylko porażkami (Waaalt!).

Brak spójnego planu faktycznie czasem widać, a ciekawym, ironicznym przykładem jest tu sezon czwarty – skrócenie go ze względu na strajk scenarzystów pozwoliło stworzyć jeden z najbardziej intensywnych, wartkich, pozbawionych wypełniaczy fragmentów serialu.

Przemek: Oglądanie Zagubionych było dla mnie trochę jak dorastanie w Kościele katolickim. Najpierw szczerze wierzysz w zapewnienia, że za tym wszystkim kryje się jakiś plan, potem zaczynasz wątpić, ale jeszcze odsuwasz od siebie niepokojące fakty, jeszcze je sobie na siłę tłumaczysz, aż w końcu dociera do ciebie bolesna prawda, że żadnego planu nie ma. (Albo przeciwnie, w obliczu wątpliwości umacniasz się w wierze. Są i tacy fani, którzy do dziś piszą obszerne elaboraty udowadniające, że serial był zaplanowany od początku). Ja obudziłem się na tyle wcześnie, że głód odpowiedzi zdążył mi minąć na długo przed finałem, dzięki czemu uniknąłem ogromnego rozczarowania. Myślę, że Zagubieni najlepiej sobie radzili z mnożeniem zagadek oraz odpowiadaniem na te, które rzeczywiście zostały jakoś wcześniej przemyślane (jak np. przeszłość bohaterów czy konieczność/niekonieczność wciskania przycisku w Łabędziu). Ale i z improwizacją szło twórcom dobrze aż do późnych sezonów – nie zdołali tylko na sam koniec związać zgrabnie wszystkich nitek.

Joanna: Nie wierzę w zapewnienia jakichkolwiek showrunnerów, że mają Plan przez duże P. Nie w amerykańskich realiach telewizyjnych, gdzie nigdy nie wiadomo, czy serial nie zostanie skasowany po sezonie albo po trzech odcinkach, czy może raczej będzie się ciągnął przez dziesięć lat, sztucznie podtrzymywany przy życiu, bo zarabia w syndykacji. Do tego dochodzą ratingi Nielsena, renegocjacje kontraktów aktorskich, wpływ sponsorów… planowanie dookoła tego to jak budowanie domku z kart w czasie huraganu.

Zagubieni przynajmniej dobrze udawali, że Plan istnieje, co jest zaskakujące, biorąc pod uwagę, jak bardzo ten serial był u swojego zarania niedopracowanym zlepkiem „hej, to by było fajne”.

Katon: Nie wiem czy mieli plan, ale mieli metaplan. Niezależnie od tego, jak wielki niedosyt i irytację odczuliśmy, oglądając finał, nie ulega moim zdaniem wątpliwości, że przesłanie serialu okazało się przecież bardzo spójne i harmonijnie współbrzmiące z całością. Scenarzyści pogubili się po drodze kilka razy, zupełnie jak bohaterowie, ale ostatecznie okazali się przecież wierni głównemu tematowi opowieści. Odpuśćmy im trochę.

Fot. ABC. Źródło: lostpedia

Fot. ABC. Źródło: lostpedia

Artur: Istotna dla sukcesu Zagubionych była też otoczka wokół serialu: fanowskie spekulacje w kręgu znajomych i na blogach, wypowiedzi twórców, wreszcie – narracje poboczne, na przykład alternate reality games. Jak te dodatkowe elementy wpływały na odbiór serialu?

Przemek: Dla mnie – dość mocno. Rzeczywiście, bycie fanem tego serialu sprawiało frajdę głównie dlatego, że każdy strzępek informacji można było – ba, należało! – przedyskutować z innymi, obrócić na dziesiątą stronę, zbudować na jego podstawie teorię. I w zasadzie nie było różnicy, czy wiedzę czerpie się z serialu, czy z wywiadu z twórcami. Kto unikał materiałów dodatkowych, dobrowolnie wyłączał się z części fanowskiego życia. Kiedy dziś oglądam seriale, brakuje mi właśnie tego: rozgorączkowanych esemesów pisanych do współfanów, długaśnych postów na forum, wykrzykników i emotikonek, całej tej żywiołowej reakcji. To było niepowtarzalne doświadczenie.

Osobno odniosę się do kwestii ARG, bo po pierwsze to dzięki Zagubionym po raz pierwszy zetknąłem się z tą formą rozrywki, a po drugie w jednej z tych gier sam brałem udział. Myślę, że ARG sprawdziły się szczególnie dobrze jako narzędzie promocyjne Zagubionych, bo z jednej strony pozorny „realizm” wczesnych sezonów, osadzenie akcji serialu w naszym świecie, pozwoliły na łatwą immersję w świat gry – a z drugiej strony rozgrywka oparta na rozwiązywaniu zagadek, tropieniu wskazówek i wspólnym odkrywaniu prawdy idealnie pasowała do tego serialu. Jeśli chodzi o same gry, to ominęło mnie niestety pamiętne The LOST Experience, z audycjami fikcyjnych stacji radiowych, telewizyjnymi reklamami produktów z serialu i tajemniczymi znaczkami rozklejanymi po miastach USA i Australii, które koniec końców dało nam odpowiedź na zagadkę Liczb. Odpowiedź, która nie padła w samym serialu! Pamiętam, że godzinami zaczytywałem się artykułami o tej grze na Lostpedii. Udało mi się za to w przerwie między sezonami trzecim i czwartym wziąć udział w ARG Find 815, poświęconym zagadce zaginięcia lotu Oceanic 815. Był to właściwie zbiór prostych minigier dla pojedynczego gracza przeplatanych filmikami, które ostatecznie pozwalały uczestnikowi odkryć (fałszywy) wrak samolotu na dnie oceanu. Choć większość faktów podanych w grze okazała się potem niekanoniczna, Find 815 świetnie się sprawdziło jako rozrywka i zdecydowanie „podkręciło” moje zainteresowanie serialem. Szkoda tylko, że mniej tu było elementów wymagających współpracy między fanami.

Joanna: Lost stał się fascynującym zlepkiem starego fanostwa (listy dyskusyjne rozstrząsające każdy najdrobniejszy szczegół i długie dyskusje wokół screencapów, jak za dobrych czasów Twin Peaks) i nowych strategii medialnych producentów, które teraz są prawie że na porządku dziennym (gry na komórkę i rozsiane po sieci zagadki odsłaniające nowy trailer wydają się towarzyszyć co drugiej produkcji filmowej z kręgu sci-fi i pobocznych).

Był też chyba jednym z niewielu seriali, w którego rozwiązanie byli zaangażowani absolutnie wszyscy, od maniaków telewizyjnych przez geeków sci-fi po naszych rodziców i dziadków. Podobnie jest teraz z Grą o tron, ale z wiadomych powodów spekulacje wyglądają tu trochę inaczej.

Fot. ABC

Fot. ABC

Artur: Tym, co podsycało spekulacje i dyskusje były niejednokrotnie rozmaite intertekstualne nawiązania do literatury, kultury i filozofii. Lost to w końcu serial, gdzie John Locke (później przedstawiający się jako Jeremy Bentham) dyskutował z (Desmondem) Davidem Hume’em, a po lesie biegała Rousseau. Dziesiątki – jeśli nie setki – analiz poświęcono znaczeniu imion i książek czytanych przez bohaterów dla fabuły serialu. Co myślicie o tym zabiegu? Czy była to nieodłączna część serialu, czy może pseudointelektualna wydmuszka?

Piotr: Nawiązania zwykle okazywały się raczej hasłowe i nie odkrywały nowych znaczeń w specjalnie ciekawy sposób. Odrobinę lepiej było z literaturą, chociaż tu i tak najciekawszym osiągniętym efektem były upiorne przegadywanki Sawyera i Bena. Bardziej interesujące od konkretnych nawiązań były chyba te okołofilozoficzne problemy, które przewijały się przez całość fabuły – choćby konflikt racji między „man of science” i „man of faith”, czyli między Jackiem a Johnem (gdzie – co ciekawe – częściej rację ma ten drugi). A pod koniec czwartego sezonu można na przykład znaleźć rozłożoną na parę odcinków filozoficzną wprawkę na temat: „czy determinizm wyklucza odpowiedzialność etyczną?”, w rolach głównych: Jack Shephard i bomba wodorowa.

Przemek: Muszę się zgodzić z Piotrem, cała ta filozofia przewijała się przez serial raczej w wersji pop. (Zagubieni to w ogóle jest rzecz mało głęboka – dużo poruszonych Wielkich Tematów, ale wszystkie po łebkach, emocje i relacje międzyludzkie bliższe melodramatowi niż psychologii, raczej nagłe zwroty akcji niż przemyślana struktura…) Już bardziej podobało mi się pokazywanie, jak różni bohaterowie interpretują sobie rozbicie się na Wyspie i samą Wyspę. Fakty niby te same, a każdy rozumiał je inaczej i inne przesłanie z nich wyciągał. Dotyczy to także serialu i jego fanów. Zagubieni może i zawiedli w kwestii zakończenia, ale z pewnością poradzili sobie, jeśli chodzi o jego otwartość.

Joanna: Pamiętam jak cały fandom nagle rzucił się na Wodnikowe Wzgórze, bo czytał je Sawyer i wszyscy byli pewni, że są w tej książce jakieś odpowiedzi. Mówiąc szczerze, to nie wydaje mi się, żeby Zagubieni mieli naprawdę więcej nawiązań niż jakikolwiek inny serial – książki i filmy i nazwiska są wspominane przez różne postaci na porządku dziennym – ale sama natura Zagubionych sprawiła, że wszystko było traktowane jako potencjalna wskazówka lub odpowiedź. Wiecie, w każdym odcinku The Big Bang Theory pojawia się setka nawiązań do popkultury i kultury i garść nazwisk naukowców, ale nikt nie rzuca się na interpretowanie wydarzeń w ten sposób…

Nabijam się, trochę, ale dla mnie sporo tych wszystkich nawiązań nie miało większego sensu i celu, a tak jak mówi Piotr, więcej frajdy sprawiały mi szeroko potraktowane dylematy niż rzucanie nazwiskami filozofów.

Katon: No tak. John Locke nijak ma się do Johna Locke’a. To była zabawa, ale fajna. Dla mnie ten serial to przede wszystkim, może nawet nie do końca zamierzona, rehabilitacja fideizmu, fanatyzmu nawet. Skok z zamkniętymi oczami w przepaść okazuje się postawą właściwą. Ja z tak daleko posuniętym fideizmem się nie identyfikuję, ale nie ukrywam, że na tle TYPOWEGO SERIALOWEGO PRZESŁANIA do dziś szokuje mnie osobność Zagubionych.

Fot. ABC

Fot. ABC

Artur: Lost miał przez długi czas etykietkę serialu science fiction. W ostatnim sezonie coraz większą rolę zaczęły jednak odgrywać metafizyka i – nie bójmy się tego słowa – magia, co wywołało wśród fanów spore wzburzenie. Jak oceniacie ten zwrot? Czy doszło do naruszenia fantastycznonaukowego decorum?

Piotr: Ja właściwie jestem zdziwiony zdziwieniem magią i metafizyką w Zagubionych. Czarny dym i szepty pojawiają się już w pierwszym sezonie, podobnie jak ogólny narracyjny schemat Wyspy jako „drugiego życia” dla bohaterów. Skąd zresztą takie przywiązanie do wizji „czystego” science fiction? Innym pytaniem oczywiście jest to, jak dobrze zostały zrealizowane te wątki. Tu uczucia mam – jak pewnie wszyscy – mieszane, ale podoba mi się choćby to, że metafizyka Zagubionych jest w pewnym sensie brudna – o ile Mężczyznę w Czerni jeszcze można by uznać za personifikację zła, o tyle uznanie Jacoba za jednoznaczną siłę dobra jest wysoce problematyczne. Jacob to w sumie taki mniej sympatyczny Dumbledore – podejrzana ojcowska figura, która poprzez protekcjonalne traktowanie podopiecznych i utrzymywanie ich w niewiedzy niby dla ich dobra doprowadza do serii katastrof.

Przemek: Mogę odpowiedzieć na twoje zaskoczenie, Piotrze – wizję „czystego” science fiction wywołali z lasu, niestety, sami twórcy, zarzekając się na etapie sezonu drugiego, że wszystkie zagadki serialu, nawet te dziwaczne, otrzymają „naukowe” wyjaśnienie. Dalsze sezony dobitnie pokazały, że było to zwyczajne kłamstwo, ale cóż, ludzie zdążyli podchwycić i uwierzyć. Inna sprawa, że faktycznie przez pierwszych kilka sezonów dominowały raczej wątki SF niż magiczne. Gdy już się magia pojawiła, przełknąłem ją bez trudu, może co najwyżej z lekkim żalem. Zagubieni nigdy nie przejmowali się zbytnio wewnętrzną spójnością ani decorum (bunkry z komputerami i antyczne świątynie?), choć serial usiłował sprawiać wrażenie, że jest inaczej. Myślę, że porażką było nie tyle mocne wprowadzenie metafizyki i czarów, tylko zbyt płytkie podejście do tematu. Kiedy opowiadana historia, do tej pory udająca w miarę realistyczną, ucieka ci w bardzo dosłowne starcie upersonifikowanego Światła z równie upersonifikowaną Ciemnością, to wiedz, że coś się dzieje. Jacob, Man in Black, latarnia, finałowy kościół – to już grube, walące po oczach metafory. A metafory powinny być przecież subtelne, niepostrzeżenie pogłębiające obraz.

Katon: Nie śledziłem wypowiedzi twórców, więc nigdy nie dowiedziałem się, że serial ma być czystym SF i nigdy się tego po nim nie spodziewałem. Już rozmowy o przeznaczeniu w pierwszym sezonie mogły się okazać albo rojeniami (niefajne), albo uzyskać jakieś metafizyczne znaczenie. Obstawiałem taką opcję od początku, więc zdziwiony dalszymi dziwnościami nie byłem. Jeśli coś może irytować, to widoczna pod koniec technika wyciągania cudowności z kapelusza. Nie mam nic do opowieści mistycznych i magicznych, ale słowa na M nie mogą relegować nam ze stanowiska bardzo ważnego słowa na L. Nie mogę się zgodzić, że Jacob czy MiB jakoś personifikują Dobro i Zło, a skąd. Pamiętajcie, Wyspa była bohaterem. Jacob nie był Wyspą. Nad głowami skłóconych braci była jeszcze jedna instancja. Bez tego ten serial naprawdę nie miałby już żadnego sensu!

Fot. ABC. Źródło: lostpedia

Fot. ABC. Źródło: lostpedia

Artur: Fetyszem fanów Zagubionych były bez wątpienia Odpowiedzi. Nic w tym zresztą dziwnego, serial mnożył pytania, a twórcy obiecywali, że wszystkie zagadki doczekają się rozwiązań. Ostatecznie nie wszystkie chyba nadeszły, ale poczucie satysfakcji zależy, jak sądzę, od oczekiwań względem serialu. Zatem na koniec wypada chyba zapytać właśnie o to: co było dla Was najważniejsze w Zagubionych?

Piotr: Jak już mówiłem, ja raczej nie oglądałem dla odpowiedzi, bo wiedziałem już, że są niesatysfakcjonujące. Dla mnie dużo ciekawsze było samo mnożenie pytań i wprowadzanie nowych wątków, a poza tym ciągła konieczność kontrolowania swojej wiedzy. W Zagubionych najciekawsze były dla mnie epistemologiczne aspekty fabuły: skąd wiem to, co wiem? Czy dobrze rozpoznałem kontekst tego, co zobaczyłem? Serial często bardzo umiejętnie manipulował naszą perspektywą – pamiętacie klub książkowy, który wcale nie okazał się retrospekcją? Odcinek z narodzinami dziecka Sun i z Jinem pędzącym do szpitala? Albo te odcinki, kiedy próbujemy zrozumieć, o co w ogóle chodzi z Oceanic Six? Najlepsze momenty Zagubionych to dla mnie właśnie te efektowne zabawy z wiedzą publiczności i perspektywą opowiadania.

Przemek: Czekałem na odpowiedzi, przyznaję się bez bicia, ale też wystarczająco wcześnie zrozumiałem, że nie wszystkie padną. Ostatecznie wytrwałem przy serialu dla bohaterów i dla uczestniczenia w dyskusjach, dla przyjemności bycia fanem.

Ale myślę też, że jednym z najcenniejszych elementów Zagubionych były jednak zwroty akcji i odsłanianie przeszłości bohaterów. Cała ta emocjonalna jazda kolejką górską, która wciągała jak narkotyk nawet wtedy, gdy zawodziły inne elementy. Jest wiele dzieł, które zyskują przy drugim czytaniu/oglądaniu, i w zasadzie takie dzieła wolę. Ale gdy chodzi o Lost, mówię z ręką na sercu: chciałbym móc usunąć ten serial z pamięci i obejrzeć go raz jeszcze „na świeżo”. To było niesamowite przeżycie.

Joanna: Dla mnie najciekawsze chyba było to, co działo się dookoła serialu, jak twórcy żonglowali odpowiedziami i im brakiem, jak tworzyła się swoista mitologia serialu, jak głębokie zaangażowanie w serial, które jest raczej bardzo fandomową rzeczą, nagle weszło pod strzechy. Przemek mówi o przyjemności bycia fanem i dyskusjach, ale co mnie najbardziej uderza to to, że emocjonalne zaangażowanie, roztrząsywanie każdej sceny, etc., to zachowania bardzo fanowskie, ale nagle robili to wszyscy, także ci, którzy z fandomem nigdy nie mieli nic wspólnego. Wydaje mi się, że ponownie widzimy to teraz przy Grze o tron, w trochę inny sposób.

Katon: Co było najważniejsze? Klasyczna Wielka Przygoda nowatorsko rozpisana w sposób polifoniczny zamiast homofoniczny. Wyspa Skarbów z setką Jimów.

Fot. ABC

Fot. ABC

Artur: Krótka piłka na koniec: czym była Wyspa?

Piotr: Narracyjnym laboratorium.

Przemek: Pytaniem, które każdemu z bohaterów pomogło znaleźć właściwą odpowiedź.

Joanna: Pretekstem.

Katon: Come on! Christian Shephard w garniturze jest Wyspą, Christian Shepard w łachmanach to Man in Black, NAUCZCIE SIĘ WRESZCIE!

Zagubieni
science fiction
ABC, 2004–2010

Katon
W ucieczce przed realiami własnego zawodu zajmuje się muzyką, filozofią, religią, kulturą i popkulturą. Ma niezasłużoną opinię prowokatora. Nagrywa, bloguje, spamuje, zbliża się do trzydziestki.

Joanna Kucharska
Zawodowo ogląda seriale. Jeszcze jej za to nie płacą, ale pracuje nad doktoratem na temat seriali internetowych, więc prawie prawie. W międzyczasie hate-watchuje większość seriali, które ogląda i pasywno-agresywnie udziela się na tumblerze.

Artur Nowrot
Czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na Wysznupanych. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).

Piotr Sterczewski
Fake geek guy. Mistrz zamieniania życia w akademię i na odwrót, w związku z czym pracuje nad doktoratem o grach. Pisuje o kulturze tu i ówdzie. Członek ekipy bloga o grach wideo Jawne Sny.

Przemek Zańko
Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)