Fot. FX

Grzechy przeszłości (American Horror Story: Freak Show, FINAŁ: S04E11–13)

Artykuł zawiera spoilery.

Nadszedł wreszcie ten moment, że czwarty rozdział antologii amerykańskich strachów dobiegł końca, a przede mną niestety dość łatwe zadanie: ocenienie tego, co w tym sezonie zaprezentowali nam twórcy. Niestety, bo tego, co w poprzednich odcinkach zostało popsute, już nie dało się naprawić w finale, a i mam wrażenie, że jakoś nieszczególnie próbowano to zrobić.

Przyzwyczaiłem się już, że do ostatnich minut ostatnich odcinków American Horror Story dożywa niewielu bohaterów, ale tegoroczny finał, Curtain Call, a dokładniej jego pierwsza połowa to dość niespodziewany i raczej niezamierzony pastisz tej konwencji. Na początku mamy prawdziwą rzeź w wykonaniu Dandy’ego i teoretycznie dostaliśmy tego podbudowę, masakra nie wzięła się tak całkiem znikąd, niemniej za bardzo wygląda to na lenistwo ze strony scenarzystów. „Hej, sporo zostało nam bohaterów z cyrku, parę wątków zostanie niedomkniętych. – Ee, no to ich zabijmy.” I tak zrobiono, a w efekcie nie wywołuje to żadnych emocji, co smuci, bowiem finał Coven przy wszystkich swoich wadach potrafił mimo wszystko wzbudzić nieco ciepłych uczuć do bohaterów.

Fot. FX

Fot. FX

To i tak jednak nie największa bolączka Curtain Call – zemsta, jaka została dokonana w kolejnych scenach na Dandym, to prawdziwy chaos narracyjny i montażowy. Przywykłem do szarpanej fabuły i nieliniowego prowadzenia akcji, ale to, co dzieje się w posiadłości Mottów, przyprawia o ból głowy. W jednej sekundzie mamy rozpaczającego Jimmy’ego, następnie ślub bliźniaczek z Dandym, wreszcie przyglądamy się śmierci tego ostatniego. Oglądając AHS już czwarty sezon, w pełni akceptuję wszechobecną groteskę i kampowość, ale naprawdę w finale zostały one posunięte za daleko.

A szkoda, bo odcinki jedenasty i dwunasty wprowadziły nieco świeżości do serialu obecnością Neila Patricka Harrisa jako iluzjonisty i brzuchomówcy oraz Jamie Brewer jako jego świadomej i żywej lalki. Wprawdzie mam wątpliwości, czy Harris w pełni sprawdził się w roli typowo dramatycznej, ponieważ momentami widać było w nim manierę Barneya z How I Met Your Mother – tak jakby w paru scenach przesadził z egzaltacją – co nie do końca pasowało do klimatu AHS, ale generalnie jako postać zdecydowanie na plus. Gorzej z wykorzystaniem jej potencjału. Trudno oczywiście oczekiwać, by na dwa odcinki przed finałem wprowadzać długi, skomplikowany wątek, ale jak wiele rzeczy w tym sezonie, fragmenty z Chesterem sprawiają wrażenie skonstruowanych naprędce i bez głębszej refleksji. A koncept samoświadomości lalki i jej relacji z brzuchomówcą to naprawdę szalenie ciekawy motyw, który można było wprowadzić wcześniej po to, by nie pozbywać się go już po dwóch odcinkach.

Fot. FX

Fot. FX

Ogólnie zatem trudno o wiele pozytywów po emisji finału Freak Show. Podobnie jak w przypadku Coven sezon startował z naprawdę dużym potencjałem i ciekawą historią, co przez kilka pierwszych odcinków udawało się podtrzymywać, niestety w połowie wszystko zaczęło się mocno sypać. Szczególnie wyraźnie przypomniał to koniec Curtain Call, kiedy to na ekran powrócili na chwilę między innymi Edward Mordrake oraz Twisty. Dziś, na początku lutego, już wiadomo, że to przede wszystkim im początkowe odcinki zawdzięczają tak dobry poziom. W finale natomiast już nie mieli jak tego sezonu ratować. Nawet piosenka Heroes w wykonaniu Jessiki Lange nie miała już takiego wydźwięku jak elementy muzyczne w październiku (swoją drogą ciekawe, jak wygląda status Davida Bowiego w tym uniwersum, skoro jego piosenki są śpiewane w latach 50. i 60.).

To zresztą też chyba generalny problem z Freak Show – od początku sezon szukał swojej tożsamości. A to anachroniczne wstawki muzyczne (acz bardzo udane), a to oniryzm, a to moralitet na temat odmienności i naszej tolerancji, by w końcu rzucić to wszystko w diabły i zająć się pokazywaniem kolejnych scen, które nie zawsze dało się ze sobą powiązać pomimo starań scenarzystów, by było inaczej. W finale nagle do tego powrócono, ale jednak widzowi trudno zaangażować się na nowo i przejąć po paru tygodniach posuchy. Do tego dochodzi kwestia końca Elsy Mars – owszem, wycierpiała sporo, owszem, prezentowała się jako postać mocno niejednoznaczna, ale czy faktycznie zasłużyła na aż tak sielankowy koniec? Wydaje się, że zbyt wiele grzechów miała na sumieniu, by mogła tak po prostu wrócić do robienia tego, co kochała, bo nie kupuję wyjaśnienia, że podejmując decyzję o wystąpieniu w Halloween w jakikolwiek sposób odkupiła swoje winy.

Fot. FX

Fot. FX

We Freak Show mam też problem z tym, co serial mniej lub bardziej jednoznacznie obiecywał i na co ja sam liczyłem (choć to już całkowicie subiektywna kwestia, z czego doskonale zdaję sobie sprawę). Mowa o zapewnieniach twórców, że czwarty sezon pod wieloma aspektami przebija Asylum, o czym możemy już zapomnieć – rozumiem, że wszystkie swoje dzieci kocha się tak samo, ale Murphy i Falchuk wydają się nie zauważać wad swoich dzieł. Z drugiej strony skoro każdy kolejny sezon zyskuje coraz większą widownię, to może myślą, że nie muszą zwracać uwagi na te niedoskonałości?

Bardzo żałuję również, że Freak Show w najmniejszym stopniu (poza umiejscowieniem akcji oraz generalnym typem postaci) nie przypominał wybornego Carnivale. Wiem, że to absurdalne, żeby mieć pretensje do twórców, że nie spełnili moich wyobrażeń i w jakimś tam stopniu marzeń, ale zachwycony Carnivale liczyłem na podobne odczucia po seansie Freak Show. Oczywiście chwali się Murphy’emu i Falchukowi, że wybrali własną drogę i nie powielali ani nie odwoływali się w sposób wyraźny do serialu HBO, ale jednak odczuwam spory niedosyt. Tym bardziej, że Carnivale to przecież tytuł utrzymany w podobnym bądź co bądź klimacie co AHS – mniej w nim krwi, a więcej ciężkiej metafizyki, ale nie mam najmniejszego problemu z uwierzeniem, że obydwie produkcje mogłyby dziać się w tym samym świecie.

Jak zatem ostatecznie podsumować wszystko, co wydarzyło się w American Horror Story przez ostatnie cztery miesiące? Niestety, należy powtórzyć refleksję, jaką miałem po zakończeniu Coven – niewykorzystany potencjał. Tyle dobrego dostaliśmy na początku – morderczy klaun, czarujący psychopata i wyborna kreacja Finna Wittrocka, klimatyczne wstawki muzyczne, Sarah Paulson odgrywająca dwa odmienne charaktery, wreszcie zawsze aktualny problem definicji normalności.

Fot. FX

Fot. FX

Co z tego przetrwało do stycznia? Właściwie tylko Finn Wittrock, który do końca bawił się swoją postacią, stanowiąc najjaśniejszy obok Denisa O’Hare punkt obsady. Nie oznacza to oczywiście, że reszta bohaterów została zagrana gorzej. Wręcz przeciwnie – kolektyw aktorski to nadal jeden z najmocniejszych aspektów serialu, choć poczułem już lekkie znużenie typem postaci, w jakie wciela się Jessica Lange, a i Sarah Paulson, jak już zauważyłem w której z poprzednich notek, grała nie do końca to, co faktycznie by mogła. Ale też przy tak rozpisanych postaciach trudno aktorom wykrzesać z siebie coś więcej – Bette i Dot bowiem to chyba dla mnie największe rozczarowanie Freak Show. Na początku wykreowane jako postacie centralne i naprawdę interesujące, szybko straciły jakąkolwiek głębię oraz unikatowość.

Szkoda pisać drugi rok z rzędu to samo, ale coś się popsuło w serialu. Chaos, nieprzemyślane decyzje fabularne, obiecywanie widzom ekscytujących wątków, a następnie zarzynanie ich po dwóch odcinkach to grzechy główne ostatnich dwóch sezonów. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że twórcy zdają się problemu w ogóle nie zauważać. Naprawdę chciałbym, żeby się opamiętali i ogarnęli i jesienią powrócili z sezonem, który znów nas powali na kolana, bo mimo wszystko wciąż czekam na piąty rozdział antologii. A może nie powinienem?

 

American Horror Story
S04E11: Magical Thinking, emisja: 7.01.2015
S04E12: Show Stoppers, emisja: 14.01.2015
S04E13: Curtain Call, emisja: 21.01.2015

Piotr "Ramzes" Mrowiec

Kiedyś marzył o byciu astronomem, dzisiaj już nie marzy, tylko jest filologiem. Humanista z wyboru, umysł ścisły w sercu. Zawsze z milionem pomysłów do napisania czegoś i zbyt rozwiniętym leniem, by faktycznie to zrobić. Na oglądaniu seriali spędza zdecydowanie zbyt dużo czasu, ale już nauczył się z tym żyć i przyznawać do tego. Ideałem dla niego byłyby podróże po świecie i opisywanie swoich doświadczeń.