Fot. Fox

Kolos na glinianych nogach (Empire, PREMIERA: S01E01–04)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

O Empire już się mówi, że to hit, na który stacja Fox czekała na przez kilka ostatnich lat, przebój, który podniesie podupadłe ratingi. I rzeczywiście, pierwsze odcinki miały oglądalność wyższą niż cokolwiek w ostatnich sezonach. To największy sukces stacji od trzech lat. I słusznie.

Bo historia, choć nie grzeszy zbytnią oryginalnością, wymyślona została wybornie. Dawna gwiazda hip-hopu, Lucius Lyon (Terence Howard), obecnie szef wielkiej wytwórni płytowej, dowiaduje się, że zostało mu tylko kilka lat życia. Król-lew, a może raczej Król Lear, jest śmiertelnie chory, ale póki co nie mówi o tym nikomu. Wytwórnia Empire Enterprises jest jego największym dziełem, dzieckiem i oczkiem w głowie, dlatego najważniejszym zadaniem okazuje się podjęcie decyzji – który z trzech synów przejmie władzę po nieuchronnej śmierci ojca? Zawiązanie fabuły niczym w bajce albo u Szekspira – trzech królewiczów walczyć bowiem będzie o rodzinne imperium.

Fot. Fox

Fot. Fox

Wybór jest trudny. Najmłodszy, choć to „synek tatusia”, jest leniwym i rozpuszczonym bachorem. Średni, mimo że utalentowany muzycznie, nie znajduje się w łaskach papy, albowiem jest gejem, a zdaniem seniora „sexuality is a choice”. Najstarszy, najbardziej poukładany, ambitny i rozsądny, ma jedną podstawową wadę – brak zdolności muzycznych, które ojciec ceni najwyżej. Przy każdej okazji nestor rodu lubi powtarzać legendy o tym, jak to muzyka uratowała mu życie i zabrała wprost z ulicy, gdzie handlował narkotykami, by mieć co jeść. Ale łzawe historyjki to tylko część prawdy. Szybko okazuje się, że Empire jest kolosem na glinianych nogach – inwestycja powstała na bazie gangsterskiej kasy, a za początkowe przekręty poszła siedzieć do więzienia i spędziła tam długich siedemnaście lat matka chłopców, Cookie (Taraji P. Henson).

Temperamentna i szczera do bólu diva właśnie wychodzi na wolność, słusznie wściekła na cały świat. Była „kozłem ofiarnym”, dzieci o niej zapomniały, mąż rozwiódł się z nią w międzyczasie, poświęcenie niewiele dało. Ale matka chłopców to zdecydowanie tough cookie i od pierwszego odcinka wiemy, że mocno namiesza, by odzyskać to, co jej się należy. Cookie jest „duchem przeszłości”, który zjawia się w bajecznie bogatej rezydencji, by zburzyć, wstrząsnąć w posadach sztuczny, lakierowany świat, konstrukt wzniesiony w międzyczasie przez jej byłego męża. Wróciła, żeby zrobić porządek. Pokazać, jak pozorny i obłudny jest ten światek, i że autentyczność, cecha, która wprowadziła Luciusa na szczyt, kluczowa dla hip-hopowej narracji, a może dla muzyki w ogóle – dawno się już zatraciła. Szef Empire dogorywa, jego firmę też toczy od środka choroba. Czy Cookie będzie lekarstwem? Paskudnym w smaku, lecz skutecznym? Prawdziwości jej wszak nie brakuje… A może szokowa terapia, raptowne obnażenie i szczerość – zabiją pacjenta? Cóż, czas pokaże.

Fot. Fox

Fot. Fox

Serial opiera się na podobnej dynamice co lubiane przeze mnie Nashville – biznes, duże pieniądze, strategie i układy to jedno, a po drugiej stronie znajduje się efemeryczny i trudny do uchwycenia talent, pasja, element irracjonalny, jakim jest muzyka. Zarabianie pieniędzy na muzyce – inwestowanie w nią – to każdorazowo akt wiary, dlatego obydwa seriale dotykające tego tematu, tej gry przeciwieństw, niezwykle mnie fascynują. Obydwa opowiadają też o konkretnym gatunku muzyki – w tym wypadku są to rap, hip-hop, r’n’b.

W Nashville muzykę piszą najlepsi eksperci od country, w Empire za piosenki odpowiada nie kto inny, a Timbaland. I są to naprawdę niezłe, przekonujące i wpadające w ucho numery, stanowią integralną część odcinków. Rodzina Lyon’ów żyje z muzyki, ale także żyje muzyką. To muzyka liczy się najbardziej. To ona wyraża emocje, jak w każdym porządnym muzycznym show, stanowiąc wentyl dla skrywanych uczuć.

Oprócz rodzinnej dramy mamy w serialu kulisy działania wytwórni płytowej, mamy innych artystów, branżowe imprezy, premiery albumów, rozdania nagród, skandale, w które wikłają się zakontraktowani wykonawcy, chętnie podchwytywane przez media. Podobnie jak w Nashville, w tle, zwiększając wiarygodność przedstawianego świata, pojawiają się prawdziwe gwiazdy – w epizodycznych rolach. Trzecioplanowe role grają Naomi Campbell, Cuba Gording Jr, Judd Nelson i Gabourey Sidibe, a na horyzoncie czekają odcinki z udziałem Courtney Love, Jennifer Hudson, Rity Ory czy Macy Gray.

Fot. Fox

Fot. Fox

Sądząc po pierwszych kilku epizodach, mamy do czynienia z całkiem przyzwoitym serialem obyczajowym. Aktorzy nie są może wybitni, sposób filmowania nie zaskakuje, ale muzyka jest świetna, a sama historia ma logikę i sens.

W sercu serialu wybrzmiewa skomplikowana relacja między byłymi małżonkami – Luciusem i Cookie, pokazywana poprzez serie przeciągłych spojrzeń i ukradkowych uśmiechów. Ta para wiele razem przeszła i odkrywają siebie na nowo. Ona jest jego lustrem, światem, o którym zapomniał, który skrzywdził, za którym tęskni. Są siebie warci, przy czym on, wielki i straszny gangster, ma do swojej eks zdecydowaną słabość. I to chyba wystarczy, by zagwarantować stacji Fox nowy, kasowy przebój. A nam – godziwą rozrywkę.

Empire
musical, drama
Fox, 2015–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.