Fot. via richardwho.com

Gdy życie pisze scenariusze, czyli udręki serialowych twórców

Artykuł nie zawiera spoilerów.

„Przemyślne plany i myszy, i ludzi / W gruzy się walą” – lamentował Robert Burns, wyrażając skargę, która bliska jest chyba wszystkim twórcom. Nawet najwięksi perfekcjoniści muszą liczyć się z tym, że życie lubi drwić sobie z planów i chętnie dopisuje do historii własny rozdział. Wpływ nieprzewidzianych czynników jest szczególnie widoczny w tych dziełach, które wymagają współpracy wielu osób, by w ogóle zaistnieć. Podczas gdy autorzy powieści mogą czuć się stosunkowo bezpiecznie, twórcy seriali – scenarzyści, showrunnerzy – żyją w nieustannym lęku, co noc budzeni przez koszmary o łamiących nogę odtwórcach głównych ról, cięciach budżetowych czy nagłym zakończeniu emisji.

Nie ma chyba w telewizyjnej ramówce tytułu, który od początku do końca zostałby zrealizowany zgodnie z autorskim zamysłem. Czasem w pieczołowicie przygotowany scenariusz ingerują producenci, wypaczając pierwotny zamysł i wprowadzając obce, nieprzemyślane elementy. Innym razem w drogę wchodzi przypadek, mnożąc problemy i uniemożliwiając realizację pomysłu. Niektórzy twórcy przez znaczną część kariery borykali się z ciągłymi ingerencjami świata zewnętrznego w swoje historie – dość wspomnieć przedwcześnie zakończone seriale Dollhouse, Firefly czy Anioł Ciemności Jossa Whedona. Inni włożyli wiele wysiłku w unikanie pułapek losu: twórca Babilonu 5, J. Michael Straczynski, znany jest z tego, że nim produkcja w ogóle ruszyła, rozplanował dokładnie wszystkie sezony serialu i – na wypadek odejścia któregoś z aktorów – znalazł sposób na usunięcie każdej z głównych postaci bez szkody dla fabuły. Nie sposób przewidzieć wszystkich problemów, jakie spotkać mogą serial, toteż pisanie scenariuszy oraz praca reżyserska często wymagają sporego talentu do improwizacji.

Fot. PTEN/TNT

Fot. PTEN/TNT

Najwięcej kłopotów sprawiają oczywiście ludzkie ciała. Fizyczność aktora, podatna na obrażenia i upływ czasu, pozostaje zawsze poza kontrolą twórców, a zarazem odgrywa w serialu kluczową rolę, toteż wypadki czy niespodziewane ciąże potrafią wykoleić nawet najstaranniej rozplanowane historie. Zazwyczaj konieczne jest tymczasowe odsunięcie postaci na dalszy plan, co wymusza zmiany w scenariuszu. Czasem stosunkowo niewielkie – w Jak poznałem waszą matkę ciążę Alyson Hannigan zatuszowano, każąc Lily Aldrin przez kilka tygodni unikać przyjaciół po usłyszeniu wyjątkowo obraźliwego dowcipu. Innym razem jednak zmiany są ogromne – jak w Zagubionych, kiedy to dziecięcy aktor Malcolm David Kelley dojrzał znacznie szybciej niż grany przezeń Walt, wskutek czego postać zupełnie znikła z serialu, a związane z nią tajemnice pozostały na zawsze nierozwikłane. Nie zawsze jednak zmiany w fizyczności aktora oznaczają katastrofę. Czasem kontuzję udaje się zręcznie wpleść w fabułę – tak stało się choćby w pełnym akcji Nie z tego świata, gdzie uraz nadgarstka doznany przez Jareda Padaleckiego powtórzono po prostu u granego przezeń bohatera. Zdarza się wręcz, że zmiana fizyczna aktora staje się kluczowym elementem opowieści. Przykładem może być Doktor Who – kiedy odtwórca głównej roli w sezonach 5–7, Matt Smith, zgolił włosy na potrzeby innej produkcji, jego bohater „z nudów” zrobił to samo, zaś w noszonej dla niepoznaki peruce ukrył pewien ważny klucz, który później ocalił mu życie.

Prawdziwy problem pojawia się jednak, gdy aktor umiera. Śmierć członka głównej obsady, choć zdarza się w stosunkowo rzadko, zawsze wywiera ogromny wpływ na całą produkcję. W przypadku brytyjskich Przygód Sarah Jane zgon wcielającej się w postać tytułową Elisabeth Sladen spowodował zakończenie serialu. Podobny los niemal spotkał amerykańskiego Spartakusa wskutek choroby nowotworowej Andy’ego Whitfielda – twórcy najpierw zmuszeni byli uczynić sezon drugi prequelem, by słynny wojownik nie musiał się w nim pojawiać, a gdy aktor zmarł, podjęli trudną decyzję o zastąpieniu go Liamem McIntyre’em. W mniej drastycznych fabularnie przypadkach najczęściej pozwala się postaci umrzeć wraz z aktorem, oddając hołd zmarłemu za pomocą odcinka wspomnieniowego. Tak stało się chociażby w Glee, gdy odszedł Cory Monteith – uczestnicząc w ekranowym pogrzebie Finna Hudsona, członkowie obsady żegnali się zarazem z przyjacielem.

Fot. Fox

Fot. Fox

Już krótki rzut oka na to, jak scenarzyści radzą sobie z problemami na planie, pokazuje, że niekoniecznie muszą one zwiastować wyłącznie kłopoty. W końcu zdarzenia losowe nie zawsze są złe. Potraktowane jak wyzwania, ograniczenia i przeszkody mogą się wręcz okazać dla historii zbawienne, pobudzając kreatywność i zachęcając do szukania niesztampowych rozwiązań. Kiedy Patrick McGoohan, wcielający się w bezimiennego protagonistę serialu Uwięziony, musiał na pewien czas opuścić plan zdjęciowy, efektem był psychodeliczny odcinek z zamianą ciał – co produkcji zgłębiającej orwellowski temat władzy nad umysłami wyszło tylko na dobre. Wydaje się, że ingerencja czynników zewnętrznych w proces twórczy naprawdę szkodzi tylko tym produkcjom, które zbyt uparcie starają się trzymać pierwotnych założeń. Wielce wymowny jest los Community, którego twórca, Dan Harmon, tak zażarcie spierał się z producentami o swoją artystyczną wizję, że serial już kilkakrotnie zdjęto z anteny, a każdy kolejny sezon, wskutek ograniczeń budżetowych i kurczącej się obsady, coraz mniej przypomina pierwowzór. Podobnie ucierpiało na jakości zaplanowane na pięć sezonów Nie z tego świata, gdy twórcy musieli niespodziewanie dopisać serię szóstą. W przypadku telewizji najwyraźniej sprawdza się reguła ze świata RPG, dobrze znana Mistrzom Gry: zbyt sztywny scenariusz może się łatwo wykoleić, dlatego dobrze jest umieć pójść na kompromis.

Zdarza się też, że na kształt serialowej historii wpływają fani. Zdarza się to najczęściej wtedy, gdy twórcy pod wpływem reakcji publiczności rozbudowują rolę przedtem pobocznej postaci lub przeciwnie, usuwają w cień bohaterów nielubianych. Wyrazisty przykład znaleźć można w Zagubionych: kiedy zaproszony do serialu na kilka odcinków Michael Emmerson spotkał się z dużym uznaniem widzów, jego bohatera przekształcono z tajemniczego, ale pozbawionego większego znaczenia rozbitka w jednego z głównych antagonistów serialu. Podobnie stało się w serialu Battlestar Galactica z granym przez Tahmoha Peniketta pilotem Helo, który okazał się tak lubiany, że awansował na członka głównej obsady. Wpływ reakcji fanów na kształt fabuły to rzadki rodzaj ingerencji w zamysł autorski, która jest powszechnie traktowana jako pozytywna – odbiorcy zyskują poczucie wpływu na ukochane dzieło, zaś producenci i twórcy mogą lepiej dopasować swój produkt do oczekiwań publiczności. Nie znaczy to, oczywiście, że reagowanie na głosy fanów zawsze czyni scenariusz lepszym. Na początku sezonu trzeciego Zagubionych, w odpowiedzi na częste pytania, co w trakcie przygód głównych bohaterów robią pozostali rozbitkowie, wprowadzono reprezentujące tę grupę postacie Nikki i Paulo. Ponieważ jednak zabrakło ciekawego pomysłu na ich wątek, para spotkała się z tak silną niechęcią widzów, że oboje uśmiercono zaledwie kilka odcinków później.

Fot. ABC

Fot. ABC

Na ogół jednak zarówno twórcy, jak i widzowie postrzegają ingerencję czynników zewnętrznych jako rzecz jednoznacznie złą. Pokazuje to już sam fakt maskowania ciąż czy zwichniętych barków – nie chcemy tych obcych elementów, bo żądamy od fikcji, aby była uporządkowana i wewnętrznie spójna. Dla wielu odbiorców popularnym hobby jest wyszukiwanie błędów w filmach; równie liczni są ci, którzy godzinami budują piętrowe teorie mające wyjaśnić wszystkie pomyłki i niezgodności, bo wierzą, że owe „błędy” to po prostu fabularne zagadki domagające się rozwiązania. Perfekcjonizm jest w cenie. Gdy przyjrzeć się utworom, którym przykleja się powszechnie etykietkę „arcydzieł”, można stwierdzić, że wiele z nich imponuje m.in. dokładnie przemyślaną, złożoną strukturą, zaplanowaniem aż po najdrobniejsze detale – tak jest choćby ze wspomnianym Babilonem 5 czy Detektywem. Chęć stworzenia dzieła doskonałego często przemienia twórców w prawdziwych despotów, dążących do całkowitej kontroli nawet za cenę terroryzowania obsady, co widać szczególnie często w świecie filmu – takie pogłoski krążą m.in. o Stanleyu Kubricku, Jamesie Cameronie, Davidzie Fincherze i wielu, wielu innych.

Skąd ten kult perfekcjonizmu? Wydaje się, że pobrzmiewają w nim echa bardzo starej wizji twórcy jako postaci wybitnej, wyjątkowej, wieszcza zdolnego objąć umysłem więcej niż inni, arcymistrza w swoim fachu, który czaruje słowem i obrazem. Gdy komplementujemy jakiś serial, pomijamy milczeniem zbiorowy wysiłek setek bezimiennych, chwaląc najczęściej głośne nazwisko Twórcy przez wielkie „T”, wybitnej jednostki, która rzekomo w pojedynkę powołała do istnienia arcydzieło. Lamentując nad wypaczonymi przez wpływy zewnętrzne serialami Firefly i Dollhouse, fani Jossa Whedona wyrażają tym samym wiarę, że wizja samotnego geniusza jest zawsze lepsza niż faktyczny serial powstały w wyniku kompromisu ze światem. Trudno nie przypomnieć sobie pisarza Granda z Dżumy Alberta Camusa, latami szlifującego pierwsze (i jedyne) zdanie swej wielkiej powieści. On także zdawał się wierzyć, że najlepsze są książki nienapisane.

Z takiego postrzegania autorów seriali wynika również stosunek widowni do producentów. Okazuje się, że prędzej wybaczymy wypaczający fabułę wypadek aktora czy niedostatki budżetu niż ingerencję innych ludzi w dzieło Twórcy. W telewizyjnym świecie krążą liczne czarne legendy o ograniczonych, złośliwych, pazernych producentach, których decyzje jeszcze nigdy żadnemu serialowi nie wyszły na dobre. Prym bez wątpienia wiedzie tu Michael Grade, zarządca stacji BBC w latach 80., którego otwarta niechęć do Doktora Who zaowocowała nie tylko cięciami w budżecie, wstrzymaniem produkcji części odcinków, skróceniem sezonu i zwolnieniem odtwórcy głównej roli, ale też doprowadziła w dalszej perspektywie do uśmiercenia serialu na szesnaście lat. Ale przykładów jest znacznie więcej. Amerykańska stacja Fox od dawna słynie z tego, że skutecznie uśmierca zbyt ambitne produkcje, domagając się od twórców wprowadzania erotyki i scen akcji, narzucając sztampowy format „potwora tygodnia”, emitując odcinki w niewłaściwej kolejności i wreszcie bezceremonialnie anulując wszystkie seriale, które nie osiągnęły szybko odpowiednio wysokiej oglądalności. Pusty śmiech budzą z kolei sytuacje takie jak decyzja The WB, by zakończyć znajdujący się u szczytu popularności serial Anioł Ciemności w wyniku sporu między producentami a Jossem Whedonem, czy absurdalne polecenie stacji ABC, by bohaterowie Zagubionych, zamiast opisanej w scenariuszu tajemniczej kamiennej stopy o sześciu palcach, znaleźli w dżungli stopę czteropalczastą. Na plus wyróżnia się chyba jedynie HBO, które nie tylko unika zbędnych ingerencji w proces twórczy, ale też skomentowało ponoć zarys scenariusza Sześciu stóp pod ziemią, pytając entuzjastycznie: „A czy możemy uczynić te postacie jeszcze bardziej pokręconymi?”. Jednak nawet przy maksimum dobrej woli trudno oprzeć się wrażeniu, że niemal wszyscy producenci telewizyjni to ludzie zachowawczy i skrajnie niekompetentni – i że rację mają widzowie uprawiający kult Twórcy.

Fot. via moviepilot.com

Fot. via moviepilot.com

Autorowi bez wątpienia pomaga fakt, że jego osobie przeciwstawiona jest stacja telewizyjna, która jawi się odbiorcom jako coś nieokreślonego, nieludzkiego i pozbawionego twarzy. Sprawia to, że w oczach wielu fanów samotna walka Twórcy z „tymi ludźmi” przypomina pojedynek szlachetnego herosa z bezimiennym złem. Dan Harmon, którego stacja NBC pozbawiła kontroli nad czwartą serią Community, to niewinna ofiara głupich urzędasów; Joss Whedon, którego seriale jeszcze do niedawna rzadko dożywały drugiego sezonu, to wyprzedzający swą epokę, niedoceniany wizjoner. Nawet jeśli w wielu wypadkach racja rzeczywiście była po stronie autora, wciąż uderza, jak jednomyślnie widzowie opowiadają się za „swoim człowiekiem” w konfrontacji z traktowaną niczym bezduszna machina stacją.

Ale postrzeganie autora jako kogoś wyjątkowego to miecz obosieczny. Skoro twórcy przypisuje się boski wręcz poziom władzy nad dziełem, drobiazgowo rozlicza się go z każdego niedociągnięcia. Widzowie, których rozdrażniło czy zawiodło cokolwiek w nowym Doktorze Who, nie mają wątpliwości: winny jest główny scenarzysta Steven Moffat, nawet jeśli rozczarowujący odcinek napisał akurat ktoś inny. Biada temu, kto nie sprosta zakorzenionym w zbiorowej (nie)świadomości oczekiwaniom i nie zaplanuje z wyprzedzeniem swego dzieła! Seriale takie jak Zagubieni, Battlestar Galactica czy Z Archiwum X ostro krytykowano, gdy w miarę rozwoju akcji wyszło na jaw, że nie stoi za nimi żadna wizja artystyczna, a scenarzyści po prostu wymyślają fabułę i mitologię na bieżąco. Dla fanów, którzy przyjmowali, że za uważne oglądanie i wielogodzinne dyskusje nad każdym detalem zostaną wynagrodzeni satysfakcjonującą odpowiedzią, była to zdrada. Świat realny może się okazać bezsensowny, ale świat fikcyjny sens mieć musi!

Fot. Fox

Fot. Fox

Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że obecny w serialowym świecie kult jednostki to punkt widzenia nie tylko przebrzmiały, ale też mocno wypaczający odbiór. Oczekiwanie od scenarzystów doskonałości prowadzi do zawyżonych oczekiwań i nieuniknionych rozczarowań; postrzeganie producentów jako pazernych szkodników sprawia, że świat telewizji traci odcienie i staje się czarno-białym polem bitwy między „dobrem” a „złem”. Tymczasem konflikt między wizją autora a resztą świata, choć rzeczywiście obecny, przypomina raczej biznesowe negocjacje niż starcie Dawida z Goliatem. W tekście Linia oporu Jacek Dukaj przedstawia całą kulturę jako proces nieustannego nadawania sensów i wyznaczania granic tego, co w danym miejscu i czasie dopuszczalne – i ta perspektywa patrzenia na seriale wydaje się znacznie ciekawsza. Twórca próbuje wprowadzić w obieg nowe, nieraz śmiałe i trudne idee; konserwatywna z natury stacja telewizyjna usiłuje je złagodzić i wtłoczyć w formę już przyjętą. A przypadek, jak zawsze bezstronny, wkracza do gry, kiedy zechce, piętrząc przeszkody i zmuszając do szukania rozwiązań. Gdy spojrzeć na trwający właśnie złoty wiek serialu, można chyba uznać, że wynik tych negocjacji jest całkiem zadowalający.

Ale czy nie lepiej by było, gdyby twórcy-geniusze mogli tworzyć swobodnie, nieskrępowani idiotycznymi ograniczeniami? Nie, raczej nie. Brak ograniczeń rozleniwia – dopiero problem zmusza do myślenia. Bez ciągłego ścierania się pierwiastka kreatywnego z zachowawczym większość seriali, które uwielbiamy, w ogóle by w obecnej formie nie zaistniała. Pozostałyby luźnymi, bezkształtnymi pomysłami w głowach twórców lub skonałyby prędko w rękach producentów jako sztampowe do bólu ramotki. I co byśmy wtedy oglądali?

Tekst ukazał się pierwotnie w numerze dziesiątym magazynu internetowego „FUSS”.

Przemek Zańko

Czło­wiek! Ży­je w wie­lu miej­scach, z cze­go Tu i Te­raz sto­sun­ko­wo naj­rza­dziej. Pi­sze, że­by mu gło­wa nie pęk­ła, co przy jej o­bec­nych roz­mia­rach wy­da­je się cał­kiem moż­li­we. We wszy­stkich świa­tach rów­no­leg­łych jest fi­zy­kiem, w tym – nie wie­dzieć cze­mu – po­lo­ni­stą. Je­go hob­by to pi­sa­nie wstę­pów do BN-ek do włas­nych, jesz­cze nie­na­pi­sa­nych po­wieś­ci, a cza­sem, od nie­chce­nia, pu­bli­ko­wa­nie o­po­wia­dań. Fan GTA i Su­per­ma­na. Król hip­ster­ów. Fu­tu­ro­nau­ta.