Fot. VH1

Hipnotyzująca moc nostalgii (Hindsight, S01E03–06)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Hindsight, nowy serial VH1, o którym już tu pisałyśmy, gładko płynie na fali sentymentów, wkraczając bezboleśnie w szósty tydzień emisji. Mieliśmy odcinki lepsze i gorsze, ale także wiele cudownych momentów. Scena z Pulp Fiction – to znaczy z przebraniami na Halloween – i wyprawa na koncert R.E.M. należą do moich ulubionych momentów. Oczywiście mamy też typowe motywy z opery mydlanej, wypadek samochodowy czy spotkanie chłopaka z dawnych lat. Ale emocją, która przeważa, przynajmniej u mnie, jest dojmująca nostalgia. Muzyka, ubrania, gadżety, ożywione artefakty lat 90., w Polsce obecne z pewnym opóźnieniem, także po roku 2000. Wypożyczalnie kaset wideo. Discmany. Pierścionki, których oczko zmienia kolor pod wpływem nastroju. Gumki do włosów typu scrunchie, wracające ostatnio do mody. W ogóle styl tamtych czasów jest teraz niesamowicie popularny. Macie jakieś ulubione sceny i odcinki? Dlaczego lubicie ten serial? Co odróżnia go od innych?

Fot. VH1

Fot. VH1

Karolina: Serial stara się robić to, co paręnaście lat temu robiło That 70s Show, tyle że nie w formie tradycyjnego sitcomu, tylko raczej komediodramatu chwilami niebezpiecznie zbliżającego się do opery mydlanej, mianowicie przyciągnąć docelowego odbiorcę nawałem nostalgii do czasów jej/jego młodości. Nie jest to może coś niezwykle oryginalnego (zwłaszcza przy coraz bardziej widocznej w popkulturze modzie na lata dziewięćdziesiąte, o której wspominałyśmy, komentując początek serialu), ale twórcom Hindsightu to się (na razie!) udaje – przede wszystkim za sprawą wspaniale dobranej muzyki. Dlatego też najbardziej podobał mi się wspomniany przez Ciebie odcinek kręcący się wokół koncertu R.E.M.: w końcu ich Out of time to była pierwsza „dorosła” płyta w mojej kolekcji (zasłuchana prawie na śmierć w discmanie)! Pytanie tylko: jak długo można „jechać” na nostalgii widza? Obawiam się, że po pewnym czasie to może się znudzić, odwołania mogą się wyczerpać, a wtedy jest duża możliwość „przeskoczenia rekina”, zwłaszcza biorąc pod uwagę nadmiar zawirowań ostatniego odcinka.

Fot. VH1

Fot. VH1

Mysza: That 70’s Show… a po drodze mieliśmy jeszcze skasowane Surviving Jack i The Carrie Diaries oraz The Goldbergs, które dzieją się w latach 80… widać, że jako widownia wręcz ubóstwiamy tarzać się w nostalgii. I w sumie bardzo mnie cieszy, że teraz przyszła pora na lata 90. Ten okres wspominam z ogromną sympatią, nie tylko w kontekście własnego życia, ale także telewizji. Dawson’s Creek, przygody czarownicy Sabriny czy Buffy, pogromczyni wampirów… Hindsight uderza w bardzo podobne, jeśli nie wręcz te same nuty – przede wszystkim muzyką (bycie serialem stacji VH1 zobowiązuje), ale także gatunkiem i klimatem. W sumie to ciekawe, co zauważyła Pirjo, bo podczas seansu sama zastanawiałam się, ile z noszonych przez bohaterów ciuchów widzi się obecnie na ulicach, czy to u studenckiej młodzieży, czy hipsterskich fashionistek. Intryguje mnie jednak, że choć stroje w Hindsight wyglądają bardzo znajomo, właściwie bezbłędnie przywołują feel i look lat 90. To fascynujące, że wystarczy odpowiednia oprawa i kontekst, a ten sam strój może się przekształcić z na wskroś współczesnej aranżacji w totalnie oldschoolową katastrofę ubraniową. Bo umówmy się – moda lat 90. nie była zbyt wyględna ;)

Fot. VH1

Fot. VH1

Pirjo: No to teraz może wskoczmy na głęboką wodę i porozmawiajmy o największym atucie serialu. John Patrick Amedori. Niektórzy mogą go kojarzyć choćby z Butterfly Effect, gdzie grał „młodego Ashtona Kutschera”, ale moim zdaniem uroda i talent tego aktora rozkwitają dopiero teraz, w stylistyce lat 90. Półdługie włosy, kraciaste koszule, militarne kurtki typu parka, nonszalancja chłopaka z sąsiedztwa, który niekoniecznie jest grzecznym chłopcem, ale ma wielkie serce i odczuwa rozliczne emocje. Kiedy mówi o Loli „She is my unicorn”, to się kompletnie rozpływam.

A kiedy zaczyna zbyt dużo pić i imprezować, czuję niepokój i chciałabym jakoś mu pomóc. Jordan Catalano nie mógł sobie wymarzyć lepszego następcy. Serialowy Jamie ma po swojej stronie wszystko: urok, nostalgię, dobrze napisany scenariusz. Samo jego pojawienie się na ekranie przypomina o „zaginionych chłopcach” z nastoletnich lat, Jamie zawiera bowiem w sobie esencję ich wszystkich i budzi natychmiastową tęsknotę. To się dzieje odruchowo i cała ta młodzieńcza drama pokazana jest bardzo wiarygodnie. Właściwy aktor na właściwym miejscu. Przez wzgląd na niego mam nadzieję, że Hindsight stanie się naprawdę popularny. I myślę też, że bez takiego „ciasteczka” serial byłby dla mnie nieznośny. Chłopak zasługuje na karierę! Mam rację?

Karolina: Masz. Gdyby Jamiego grał ktoś inny, od razu chciałabym go udusić… Mi się podoba pokazanie różnych przyjaźni różnych bohaterek – od relacji „starych” przyjaciółek po to, czego nie było w „pierwszym” życiu Becki: niezręcznej sytuacji z dziewczyną jej „przyszłego narzeczonego”, szans na poprawę relacji z kuzynką czy wreszcie zupełnie nowej, niezawartej w „pierwszej wersji wydarzeń”, znajomości obu głównych bohaterek (i Australijczyka!) z Paige.

Fot. VH1

Fot. VH1

Mysza: Osobiście mniej lub bardziej uważnie śledzę Amedori od lat (podobnie jak inne „młode wcielenie Ashtona” z tego samego filmu, czyli Logana Lermana, który obecnie robi oszałamiającą karierę filmową) i jego występ w serialu był pierwszą rzeczą, która mnie do produkcji przyciągnęła. Drugą był Craig Horner, znany z Legend of the Seeker, choć tu muszę ze smutkiem przyznać, że nie jestem fanką długowłosej fryzury, jaką prezentuje w Hingsight. Abstrahując jednak od tego typu płytkich kryteriów, muszę przyklasnąć występowi obu panów. Ze względu na schemat serialu, który w dużej mierze opiera się na perypetiach miłosnych, i to z gruntu tych burzliwych, młodzieńczych, bardzo łatwo byłoby napisać postacie, które są denerwujące. Mam natomiast wrażenie, że w dużej mierze dzięki talentowi i urokowi Hornera oraz Amedori męska część obsady dzielnie dotrzymuje kroku paniom, których relacje, jak słusznie zauważyła Karolina, wypadają w serialu bardzo ciekawie. Zresztą równie fajnie wypada zupełnie mi nieznany aktor, Nick Clifford w roli Andy’ego. Co prawda postać ta dość długo pozostawała wciśnięta w ramy stereotypowego „dobrego chłopaczka”, ale powoli się z tych ram wyłamuje.

Ze swojej strony muszę też wspomnieć o Stevie Talley’u, który gra Kevina, „przyjaciela z młodości” Loli, objawionego w odcinku z koncertem R.E.M. Coś czuję, że postać ta jeszcze się nieraz w Hindsight pojawi i bardzo na to czekam. Nie jest to może aktor znany, ale obdarzony ogromnym urokiem i cieszy mnie, że będzie się mógł zaprezentować szerszej widowni.

Fot. VH1

Fot. VH1

Pirjo: Podoba mi się też, jak ładnie wybrzmiewa w serialu motyw podróży w czasie: rozpacz Becki po wypadku samochodowym Andy’ego zrazu wydaje się nam niewspółmierna, przesadzona, bo myślimy, że są tylko przyjaciółmi z dzieciństwa, utrzymującymi zdawkowe kontakty. Ale jeśli przypomnimy sobie, że w alternatywnej rzeczywistości, za dwadzieścia lat, mieli właśnie brać ślub poprzedzony długim związkiem… zaczynamy rozumieć bohaterkę. No właśnie, podróż w czasie, której powodu nie znamy i nie zna go bohaterka, to dla mnie źródło nie tylko przyjemnych rozwiązań fabularnych, lecz także stresu i niepokoju.

Fot. VH1

Fot. VH1

Czy to wszystko jest snem, z którego Becca się obudzi, gdy już rozegra wszelkie alternatywne scenariusze swojego życia? Czy modlitwy dziewczyny naprawdę mają sens, są wysłuchiwane? Czy tajemniczy ciemnoskóry mężczyzna jest aniołem? The end depends on a begining? Czy istnieje przeznaczenie, los, czy też może życiem bohaterki rządzi jednak przypadek? Czy rzeczywiście związek z Andym sprowadziłby na chłopaka śmiertelne niebezpieczeństwo? Czy jej tajemniczy powrót wstecz i decyzje zmieniające ustalony bieg wydarzeń będą miały ponure konsekwencje? I dlaczego Jamie uczy się do egzaminu z rachunku prawdopodobieństwa? Co jakiś czas z przyjemnego, usypiającego czujność ciepełka, z tej kolorowej nostalgii wybudza nas pytanie o sens podróży w przeszłość. I czujemy lekką grozę. A przynajmniej ja odczuwam lęk. A Wy?

Karolina: Ja jestem pewna, że prędzej czy później ktoś zginie… Ale najbardziej boję się przeładowania komplikacji: w ostatnim odcinku było tyle zawirowań i dylematów (jej wina? Nie jej wina? Czego ona chce? Czego on chce? Kto z kim? Dlaczego! Kto to? Po co? Dlaczego? A jednak…), że aż zaczęło mnie to … nudzić. Był to w sumie najbardziej „tradycyjny” odcinek: „odcinek w szpitalu”, jaki ma chyba każdy serial. Po poprzednim odcinku naprawdę się bałam o bohaterów, teraz powoli przestaje mi na bohaterach zależeć, bo zachowują się jak postacie z każdego innego serialu. Czy Wy macie podobne odczucia, czy jak zwykle się za bardzo czepiam?

Fot. VH1

Fot. VH1

Mysza: Jak bardzo wszelkie zawirowania z podróżami w czasie mnie interesują – czy istnieje coś takiego jak przeznaczenie? Czy zmiany wprowadzone teraz spowodują zmiany w przyszłości? Czy wszystko jest predestynowane? Czy Hindsight poruszy w ogóle temat „paradoksu dziadka” i innych kwestii związanych z podróżą w czasie?, etc. – o tyle o wiele ciekawsze jest dla mnie pytanie, DLACZEGO przytrafiło się to naszej bohaterce. Czy jest w tym jakiś cel? Jeśli tak, to jaki? Dlaczego padło akurat na Beccę? Czy tajemniczy czarnoskóry mężczyzna jest aniołem? A jeśli nie, to jaką rolę odgrywa? Może znów przemawia przeze mnie nostalgia za latami 90., ale wyczuwam tu nieco „realizmu magicznego”, na którym opierały się takie seriale jak Dotyk anioła czy moje ukochane Zdarzyło się jutro (pamiętacie serial o facecie z kotem, który dostawał jutrzejszą gazetę? W sensie facet dostawał. Nie kot.).

Natomiast zgadzam się z Karoliną, że pewne zagrania fabularne bywają w Hindsight bardzo schematyczne. Niemniej nie kręcę na to nosem zbyt mocno, bo zwykle przestaje mi to przeszkadzać w momencie, gdy zaczyna mi emocjonalnie zależeć na bohaterach. A wraz z szóstym odcinkiem oficjalnie polubiłam całą główną paczkę (jako ostatni doszedł Andy).

Fot. VH1

Fot. VH1

Pirjo: Na koniec: nie zapominajmy, że na obrzeżach serialu lokuje się jeszcze webseries w formie krótkich rozmów (talk show) szefa wypożyczalni kaset wideo z zaproszonymi gośćmi. Planet Sebastian to przyjemne uzupełnienie przedstawionego świata i szansa na poznanie bohaterów z innej strony, a także dodatkowy wgląd w realia i popkulturę lat 90. Czy dzisiejsze seriale potrzebują takich uzupełnień, zatarcia granicy między widzem a materią opowieści? Interaktywności i multimedialności? Jak to się sprawdza w przypadku Hindsight?

Karolina: Może nie potrzebują, ale takie transmedialne dodatki (o których w przypadku seriali internetowych pisała Joanna Kucharska, a i ja wspomniałam poserialkonowo) nie przeszkadzają! W przypadku Hindsight jest to przyjemny lekki przerywnik. Najbardziej podoba mi się celowo pogorszona jakość obrazu!

Mysza: Osobiście nie jestem fanką wmuszania widza w tzw. „syndrom osiołka” (pt. „O mój boże, mam za dużo opcji, nie wiem, co obejrzeć”), ale bardzo lubię, gdy wykreowany świat zostaje przez twórców rozszerzony. Poza tym co jak co, ale wypożyczalnie wideo to miejsca absolutnie klimatycznie i kultowe, których przy obecnych trendach konsumenckich (Netflix, Hulu, etc.) raczej nigdy nie odzyskamy. Myślę więc, że Planet Sebastian, w kontekście Hindsight i nostalgii, którą promuje, jest tym fajniejszym dodatkiem. Ja w każdym razie z pewnością będę go oglądać.

Pirjo: Zatem – oglądajmy razem!

Fot. VH1

Fot. VH1

Pirjo Lehtinen
Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Karolina Rybicka
Jako Rybka tworzy pół duetu odpowiedzialnego za bzdury na http://dobryfilmzlyfilm.wordpress.com/. Trochę tłumaczy, chociażby co to jest to dziwne coś, co właściwie studiuje. Uwielbia seriale BBC (zwłaszcza kostiumowe) i literaturę dziecięcą. Fascynują ją modernizacje klasyki literatury. Zajadle gra w Scrabble, lubi wracać do kochanych książek i filmów oraz bazgrać po sprzętach złotym pisakiem.

Mysza
Fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.