Fot. History Channel

Awantura o niepodległość (Sons of Liberty)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery z historii powstania Stanów Zjednoczonych USA.

Pirjo: Odnoszę wrażenie, że moment założenia Stanów Zjednoczonych jest u nas w Polsce znany tylko hasłowo. O wiele czytelniejsza – i kojarzona z licznych fabuł – wydaje się wojna Północ-Południe, a także czasy Ojców Pielgrzymów i pierwszych pionierów, czyli rozwój Dzikiego Zachodu. Natomiast o walce o niepodległość prowadzącej do rewolucji i odcięcia się Jankesów od statusu „zamorskiej kolonii angielskiej” wiemy niewiele, to znaczy niewiele znamy na ten temat fabularyzowanych narracji. W popkulturze od prezydenta Waszyngtona modniejszy jest choćby Lincoln, a Deklaracja Niepodległości znana jest z tego, że „była”. Ojcowie Założyciele to twarze z banknotów i płaskorzeźby z Mount Rushmore. Od razu powiem, że w trakcie oglądania nowego miniserialu History Channel niejednokrotnie przerywałam seans, żeby sprawdzić sobie w źródłach, kim jest postać na ekranie, jak rysuje się tło prezentowanych wydarzeń, co będzie później, no i o co właściwie chodziło z tą Bostońską Herbatką? Seans miał więc dla mnie walor edukacyjny – ożywił martwe i suche do tej pory fakty. A jak Wam się podoba ekranizacja tego akurat wycinka historii USA? Uważacie, że to oryginalny wybór tematu? A może istnieją klasyczne pozycje podejmujące ten kawałek historii, o których nie wiem lub których nie pamiętam?

Piotr: Hmmm, to trochę skomplikowana sprawa. Dzięki amerykańskiej dominacji w popkulturze historię USA widzimy na ekranach częściej niż jakiegokolwiek innego państwa, wliczając nasze. Z drugiej strony rzeczywiście wojna o niepodległość i poprzedzające ją wydarzenia wydają się pomijane. Właściwie kojarzę wyłącznie Johna Adamsa od HBO, Patriotę z Gibsonem oraz trzecie Assasin’s Creed. W takiej sytuacji Sons of Liberty dotykają historii prawie że nieznanej. Dziwię się, że ten trzydniowy „event” (swoją drogą te miniserialowe „eventy” to fenomen warty zastanowienia) miał premierę w styczniu, a nie w okolicach czwartego lipca.

Fot. History Channel

Fot. History Channel

Joanna: Nie jestem osobą, która powinna odpowiadać na to pytanie, bo mam za sobą nie tylko kursy historii Stanów Zjednoczonych i egzaminy z ich polityki, ale i kilka (-naście) pochłoniętych książek o tym okresie, więc jest mi tak samo znany jak każdy inny. Ale faktycznie kiedy starałam się sobie przypomnieć popkulturowe przedstawienia, do głowy obok wymienionych przyszedł mi tylko Sleepy Hollow i jeszcze serial, który być może mi się przyśnił, ale opowiadał o młodych jankesach i ich przygodach i był tam chyba młody Ben Franklin?

Dobra, zgooglowałam i był tam fan Franklina, który się na niego stylizował. A całość produkował Aaron Spelling i nazywało się to Young Rebels. Nie wiem jak wy, ale ja wiem, co oglądam w ten weekend. Trochę mi się zawsze wydawało, że niejaka niechęć do ekranizacji tego okresu wychodzi z faktu, że nieważne, jak całą sprawę ubierać w okrzyki o Wolności, Równości i Braterstwie, to jednak trudno zamieść pod dywan pragmatykę i podatki.

Fot. History Channel

Fot. History Channel

Pirjo: Serial zaczyna się dość spokojnie, zarysowuje akcję i przedstawia nam spore grono bohaterów. W tle ładnie sobie plumka podniosła, a kiedy indziej pełna werwy muzyka od Hansa Zimmera. Czołówka robi wrażenie. Jest dużo rozmawiania, ściera się wiele odmiennych stanowisk, więc widzimy, że sprawa jest poważna. A jednak, mimo poważnego tonu, w Sons of Liberty można się wciągnąć i czerpać przyjemność z oglądania, dostajemy też parę typowych wątków action adventure, pojawia się temat miłości, kilka vendett – bo przecież, gdy relacje między wrogami stają się osobiste, łatwiej nam zidentyfikować się z motywacjami postaci. Serial w żadnych momencie nie robi się, moim zdaniem, „zbyt lekki”. To nie jest historia w wersji pop, tylko zdynamizowana na potrzeby współczesnego odbiorcy lekcja. A co Wy sądzicie o tej miniserii? Czy spełnia swoje zadanie i jakie to właściwie jest zadanie? Czy jest dobrym i dobrze wymyślonym filmem?

Piotr: Jeśli to nie jest pop, to nie wiem, co jest. Zwiastuny ilustrowały gitarowe riffy i Paint it Black Stonesów. W czołówce świszczą kule. Dziesięć lat dojrzewania bohaterów (i trzynastu kolonii) do buntu streszczono do trzech półtoragodzinnych odcinków. Zniknęły wszystkie wahania i kombinacje, dylematy właściwe mężom stanu, ostała się czysta akcja. Już w pierwszych minutach widzimy, jak Sam Adams – oryginalnie pięćdziesięcioletni przedsiębiorca – skacze po dachach, jakby to była ekranizacja Assassin’s Creed. Jestem prawie pewien, że twórcy zrobili to świadomie, że specjalnie przepisali wydarzenie historyczne pod widzów wychowanych na grach i nowoczesnych serialach. Szybkie guglanie tylko potwierdziło skalę przeróbek. Zostały nazwiska i kluczowe wydarzenia, reszta to swobodna wariacja na temat. Co dziwne, bardzo mi się to podobało. Jak zazwyczaj narzekam, że poważne seriale są w odwrocie, a wraca beztroska głupota rodem z lat 90., tym razem dałem się kupić.

Fot. History Channel

Fot. History Channel

Joanna: Skojarzenia z Assassin’s Creed wydają mi się najbliższe nastrojowi serii: wydarzenia historyczne są bardziej tłem i pretekstem niż przedmiotem poważnej analizy. Powagi nie brakowało Johnowi Adamsowi ze stajni HBO, Sons of Liberty to czysty pulp. Ben Barnes z rozwianym włosem, strategicznie atrakcyjnym zarostem, w kamizelkach i z arsenałem broni bliższy jest Aragornowi niż Ojcom Założycielom. Obok sytuacji politycznej i dyskusji pomiędzy reprezentantami stanów dostajemy slow-mo, rozbłyski muszkietów i niemal komiksowe rozbryzgi krwi. Nie jestem pewna walorów edukacyjnych, ale może kogoś zachęci do zapoznania się bliżej z historią? A jeśli i nie, to czy to wada? (Ja mam ochotę teraz pograć w AC bardziej niż wracać do swoich starych notatek.)

Pirjo: Ciekawie prezentuje się, moim zdaniem, obsada serialu. Główną gwiazdą, zdobiącą plakaty i przyciągającą przed ekrany młodych odbiorców, pozostaje niewątpliwie Ben Barnes, czyli książę Kaspian z Narni, Dorian Gray czy – ostatnio – Siódmy Syn. Tu gra, dość przewrotnie, buntownika i charyzmatycznego człowieka akcji, Samuela Adamsa, który nie waha się skoczyć w sam środek zawieruchy, rączo biega po dachach, podejmuje ryzykowne decyzje, a swoimi przemówieniami umie przypieczętować ważne układy. To jego o wiele poważniejszy kuzyn, John, zostanie za jakiś czas wiceprezydentem, a później stanie na czele świeżo uformowanego narodu. I choć Ben gra dobrze – to postać żywa, barwna i cieszę się, że nie wrzucono mu na siłę żadnych wątków romantycznych – to jak dla mnie serial kradnie Rafe Spall w roli Johna Hancocka. To ten bohater zmienia się najbardziej w toku serii, jego zblazowany, ugrzeczniony głosik, pewna powściągliwość w osądach, filozoficzne podejście do świata, umiłowanie sztuki pozwalają mu na granie kontrastem. To postać, która wydaje się słaba, wręcz kobieca – zaczyna od peruk, pudru i atłasowych surdutów, jako jedyny z bohaterów chodzi w różowych strojach – ale paradoksalnie dzięki giętkości i konformizmowi koniec końców okazuje się postacią silną i staje po właściwej stronie. Wydaje mi się, że to John pod koniec serialu najbardziej i najszczerzej cieszy się z osiągniętego porozumienia. To bohater zmysłowy, emocjonalny, inny niż przykurzeni twardziele, stanowiący wyraźne, kontrastowe do niego tło.

Pozostałe role, choć jednoznacznie męskie, obsadzone zostały całkiem trafnie. Są to twarze może nierzucające się jakoś szalenie w oczy, bo oprócz Bena Barnesa nie ma tu ani jednego typowego przystojniaka, ale po pewnym czasie nie sposób pomylić ze sobą dowódców, kongresmanów, gubernatorów czy bojowników o wolność. Marton Csokas jest odpowiednio wyniosły (wiadomo, Lord Celeborn), a Dean Norris stosownie nonszalancki jako Benjamin Franklin. Każdy z nich ma swoje zdanie, swój temperament, styl. A charakterystyczna obsada to w produkcji historycznej wymóg konieczny. Dzięki niej mamy do czynienia z opowieścią aktualną i żywą, a nie z przykurzoną ramotką, sztuczną i drętwą. A co Wy sądzicie o postaciach, o castingu? Czy ktoś się wyróżniał?

Fot. History Channel

Fot. History Channel

Piotr: Szczęśliwie nie mam pamięci do twarzy, więc nie musiałem przejmować się poprzednimi dokonaniami aktorów. Spall jako Hancock rzeczywiście się wyróżnił, gdyż jego postać jako jedyna jest dynamiczna – od ułożonego modnisia, który chce tylko robić interesy, do męża stanu. Reszta obsady trzyma się wypracowanych w popkulturze schematów: charyzmatyczny lider Sam Adams, rozsądny do przesady John Adams, bystry, ale i rozrywkowy Franklin, oddany sprawie doktor Warren, zły do szpiku kości łajdak Gage. Nic oryginalnego, ale dobrzy aktorzy potrafili pociągnąć te role i tchnąć w nie życie.

In minus odstaje niestety grający Waszyngtona O’Mara. Chociaż to może nie jego wina, ale tego, jak napisano jego postać. Gdy pojawia się w kadrze, milkną głosy, gasną światła, wszystko zamiera. Gdy bohaterowie mają problem, przyszły prezydent rzuca jedno zdanie, którym wyjaśnia wszystko. Jest przy tym nadludzko genialny i nieludzko uśmiechnięty, jak Stalin w filmach Ozierowa. Nie udał się ten Waszyngton.

Joanna: Mało kto wygląda rozpoznawalnie na pierwszy rzut oka, ratują ich tylko atrybuty. Może Ben Franklin. O Barnesie jako Adamsie już nic nie mówię nawet. Czy mi to przeszkadza? W żadnym razie. (Ale spis postaci w napisach początkowych był wyjątkowo konieczny.)

Spall zdecydowanie ucieka z serialem pod pachą – jego Hancock jest najbardziej interesującą postacią w serialu, po pierwsze przez kontrast, po drugie przez rozwój i dynamikę. Spall ma też niesamowity timing komiczny, idealnie sprzedając sceny, w których wbrew sobie Hancock grzęźnie w konflikcie coraz bardziej. Eggold bardzo mi się podobał, ale mam też spory sentyment do Josepha Warrena. Wspominałaś o radości z niedodawania Adamsowi wątków romansowych – ja trochę się zastanawiam, czy romans Warrena z Margaret Gage jest dla mnie za bardzo na siłę, czy nie (tak naprawdę to nie wiemy, czy Gage była w ogóle źródłem informacji Warrena, czy nie, historycy nie są zgodni), ale cóż, lubię Warrena na tyle, żeby kupić ten romans, mówi się trudno. Zwłaszcza że Eggold gra mieszanką pragmatyzmu i łagodności i jakoś nawet przesłania mi Bena Barnesa.

O’Mara gra Waszyngtona, jakby w scenariuszu kazano mu rzucić mikrofon po każdej scenie – nie jestem pewna, jaki to ma cel, ale jest interesujące. Jeszcze zanotuję moją radosną niespodziankę – Hadley Fraser jako Dickinson! Hadley Fraser w czymkolwiek zawsze mnie cieszy.

Fot. History Channel

Fot. History Channel

Pirjo: Podczas oglądania miniserii w oczy rzuciła mi się też inna rzecz, nietypowa dla współczesnych, politycznie poprawnych produkcji telewizyjnych – Sons of Liberty to serial prawie wyłącznie o mężczyznach i historii tworzonej przez nich. W obsadzie w zasadzie nie ma kobiet – postać żony gubernatora Gage’a, Margaret, jest urocza, ale marginalna i nie ma wielkiego wpływu na przebieg zdarzeń. Nie mamy też w związku z tym zbyt wielu wątków obyczajowych, rodzinnych czy romantycznych. Śledzenie fabuły koncentrującej się wyłącznie na świecie męskim to doświadczenie w dzisiejszej telewizji raczej „oldskulowe”, a z pewnych perspektyw – bardzo odważne.

Owszem, nie da się zaprzeczyć, że „tak było”, ale dziś serialowe światy budujemy kompleksowo, zwracając pieczołowitą uwagę na „reprezentację” wszelkich grup, mniejszości i płci. Dziś nawet mówiąc o męskiej historii, obficie wspominamy o żonach, matkach, córkach i dzieciach, choćby i na siłę oraz wbrew zasadom prawdopodobieństwa dorzucając do fabuły postaci niepełnosprawne, czarnoskóre lub homoseksualne. A tymczasem w produkcji History Channel dostajemy prawie pięć godzin radosnej narracji o białych, heteroseksualnych mężczyznach. Czy warto się czepiać?

Fot. History Channel

Fot. History Channel

Piotr: Margaret nie ma wpływu? Gdyby nie przekazała buntownikom informacji o wymarszu wojsk na Concord, nie byłoby rajdu Paula Revere’a, a rewolucja zostałaby zdławiona w zarodku. Podobnie rzecz ma się z czarnoskórymi – pierwszym zabitym w masakrze bostońskiej jest murzyński niewolnik Crispus Attucks, a pod Bunker Hill dzielnie walczy wyzwoleniec Peter Salem. Twórcy naprawdę starali się, jak mogli, żeby zaznaczyć uczestnictwo tej trójki w narodzinach USA.

Rozumiem, że jak na współczesne standardy to niewiele. Chyba jednak nie dało się zrobić niczego więcej, kolonie w Ameryce zakładali purytanie. Na szczęście History Channel nie musi się bać oskarżeń, bo ma przecież Wikingów z Lagerthą, chyba najlepszym współczesnym wzorem mocnej postaci kobiecej.

Joanna: Niestety, to nie działa tak, że jedna dobra postać kobieca pokazująca się na kanale telewizyjnym daje stacji dyspensę na następne pięć lat. Jedna Lagertha wiosny nie czyni, a Sons of Liberty zawodzi dosyć mocno i boleśnie. „Historyczność” seriali daje producentom bardzo często łatwą wymówkę – bo przecież wszyscy wiedzą, że tak do lat 20. XX wieku żadna kobieta nigdy nic ciekawego nie zrobiła. Ech. Abigail Adams pojawia się na chwilę, żeby ulec rozczulającemu urokowi Bena Barnesa (nie żebym Cię winiła, Abigail) – trochę mało jak na zaufaną doradczynię Adamsa i zagorzałą zwolenniczkę zrównania statusu kobiet i mężczyzn. Gdzie jest Mercy Otis Warren, „sumienie” Rewolucji? Gdzie jest Hannah Winthrop? Martha Washington? Paul Revere znany jest wszystkim, ale mało kto pamięta o Sybil Ludington.

(Gotowy pomysł na serial, moi drodzy: przyjaźń i korespondencja Abigail Adams i Mercy Warren, z rewolucją w tle. John Adams pojawia się okazjonalnie jako para butów albo głos z offu, na wzór matek i żon z sitcomów. Tytuł roboczy: Martia&Portia. Call me, Hollywood.)

Fot. History Channel

Fot. History Channel

Pirjo: Och, brzmi ciekawie. Oglądałabym! Z zapartym tchem! Ale póki co podsumujmy nasze rozważania: choć w serialu pojawia się kilka brutalniejszych scen – przelewu krwi czy tortur – to jednak ilość makabry nie jest zbyt wielka, a walor edukacyjny produkcji tak duży, że poleciłabym ten serial odbiorcy „familijnemu”. Bywa nudnawo, ale nigdy nie robi się nieznośnie nudno. Z przyjemnością mogą go obejrzeć osoby w różnym wieku, i nic nie powinno w nich wzbudzić dyskomfortu, a tematyka jest uniwersalna i aktualna. Ja się bawiłam dobrze i nawet nieco się wzruszyłam. Polecam nie tylko fankom Bena :D

Piotr: „Familijny” widz wydaje mi się wręcz docelowym odbiorcą Sons of Liberty. Nie mamy do czynienia z poważnym dramatem historycznym, ale raczej kostiumowym serialem przygodowym, w którym jednak daty, wydarzenia oraz postaci na tyle trzymają się faktów, że rzeczywiście może się nadać na powtórkę przed sprawdzianem z historii. History Channel chyba w to właśnie celował.

Mnie jednak nie czeka klasówka, więc mogłem się skupić na czym innym. W Sons of Liberty najbardziej podobało mi się, że ściągając tamte wydarzenia z cokołu i odzierając je z wielkich słów, serial ukazał rzeczy, które zwykle mi umykały. Na przykład: czy ja nie oglądnąłem właśnie serialu o gangsterach? Bo kim są bohaterowie: oszust podatkowy, przemytnik alkoholu, kuty na cztery nogi papuga oraz zabijaka. Stosunek mieszkańców Bostonu do czerwonych kurtek przypomina sceny z jakiegoś emigranckiego getta, którego mieszkańcy krzywym okiem patrzą na białych policjantów, a Sam Adams i ferajna to tacy wprawdzie bandyci, ale swoi, więc lepsi od obcych stróżów prawa. Cały pierwszy epizod, gdyby spojrzeć od strony brytyjskiej, opowiada o w sumie porządnym gubernatorze, który dysponując szczupłymi siłami, próbuje utrzymać resztki porządku w mieście bezprawia – a scena profanacji portretu króla Jerzego III niebezpiecznie kojarzy się ze sceną profanacji wizerunków Jerzego V w Peaky Blinders. Właściwie dopiero działania Gage’a zaczynają uzasadniać opór kolonistów. Zaczynam rozumieć, dlaczego amerykańską popkulturę tak bardzo interesuje zorganizowana przestępczość: próbują przepracować fakt, że tacy ludzie są ojcami ich narodu. Pamiętając, że drugim ulubionym tematem Amerykanów są psychopatyczni mordercy, czekam, aż jakiś Żiżek znajdzie przyczynę na kartach historii.

Równie interesujące było dla mnie oglądanie Sons of Liberty z perspektywy polskiej. Widząc minutemanów bez wyszkolenia, ale za to z chęciami, z bronią, ale bez prochu i kul, widząc, jak z tą zgrają (oraz jedną armatą) Adams chce przegonić Brytyjczyków, od razu przypomniało mi się „szlachta na koń wsiędzie/ ja z synowcem na czele i jakoś to będzie”. Dlaczego im ta amatorszczyzna się udała, a nam nie? Choćby dla tej refleksji warto Sons of Liberty obejrzeć.

Fot. History Channel

Fot. History Channel

Joanna: Do bandytów i gangsterów należy dodać prawników i mamy mniej więcej gotowy obraz zalążków Stanów Zjednoczonych. (Psychopatyczni mordercy i amerykański ekscepcjonalizm to sprawa na inny wielogłos, ale trop znakomity.) Sons of Liberty jako całość jest bardzo przyjemna, lekka i łatwa do połknięcia na jednym posiedzeniu, z prawdziwie cudownymi momentami (spotkanie z Franklinem, większość scen Spalla). Żałuję, że nie było jej parę lat temu, bo łatwiej by mi się zapamiętywało sygnatariuszy Deklaracji Niepodległości!

Pirjo: I tym optymistycznym akcentem…

 

Sons of Liberty
historical drama
History Channel, 2015

Pirjo Lehtinen
Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Joanna Kucharska
Zawodowo ogląda seriale. Jeszcze jej za to nie płacą, ale pracuje nad doktoratem na temat seriali internetowych, więc prawie prawie. W międzyczasie hate-watchuje większość seriali, które ogląda i pasywno-agresywnie udziela się na tumblerze.

Piotr Górski
Krakowianin, Nowohucianin. Urodził się i na tym właściwie kończą się dramatyczne momenty jego biografii. Dużo czyta. Ma eklektyczne gusta. Puścili mu opowiadanie w Nowej Fantastyce.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)