Fot. NBC

Kiedy fan Supernaturala ogląda Constantine’a

Artykuł zawiera spoilery.

Oglądając Constantine’a, nie sposób nie porównywać go z jego starszym telewizyjnym bratem, Supernaturalem. Oczywiście mam pełną świadomość tego, że to egzorcysta w trenczu pojawił się w popkulturze pierwszy za sprawą komiksu Hellblazer i to z niego radośnie czerpali inspirację twórcy SPNa, co widać chociażby po wyglądzie Castiela. Nie miałam jednak jeszcze okazji zapoznać się z całością papierowych przygód mistrza sztuk tajemnych, jeszcze trochę wody w Wiśle upłynie, jest tego trochę za dużo, w związku z tym siłą rzeczy odnoszę się do tego, co znam doskonale, czyli do przygód braci Winchesterów. Jest to jednak odnoszenie się zupełnie niewartościujące i nie zamierzam tutaj ustalać, kto od kogo, bo jakby nie patrzeć – SPN stoi tutaj na nieco straconej pozycji. Nie, moim zamierzeniem jest – z punktu widzenia serialomaniaka – porównać sobie światy obu tych seriali, wspomnieć o podobieństwach, pokazać pewne ciekawe różnice. Jasne, zdaję sobie sprawę z tego, że większość światów tworzonych w konwencji urban fantasy takie podobieństwa będzie wykazywało, ale cóż – Constantine sam nas do tego prowokuje, choćby swoimi zdjęciami promocyjnymi.

Fot. NBC

Fot. NBC

Tłem przygód Johna jest Nadciągająca Ciemność, przez którą nasz egzorcysta ma ręce pełne roboty – siły nieczyste, które zawsze można podejrzewać o chęć namieszania w życiu ludzi, dostają dodatkowe możliwości i zaczynają manifestować się na Ziemi w sposób częstszy i bardziej krwawy. Oczywiście prawdziwy świat, o którym zresztą Constantine wspomina w pilocie Liv, to świat zupełnie inny, przepełniony zagubionymi duszami, próbującymi znaleźć dla siebie wybawienie, magią i odbiciami nie tylko ludzi, ale i przedmiotów, które dawno temu odesłano na złom, a które były bardzo silnie związane z danym terytorium, jak chociażby pociągi poruszające się po dawno już nieistniejących torach. Jednak przebijanie się nadnaturalnego z tego prawdziwego świata do świata codziennego zwyczajnych ludzi nie zdarzało się dotychczas zbyt często czy zbyt potężnie. Ale teraz… Trochę przypomina mi to wydarzenia 3 sezonu Supernaturala, kiedy to na skutek otwarcia Bram Piekielnych przez Jake’a Talleya, jednego z dzieci Azazela, hordy demonów zalały świat (a przynajmniej Stany Zjednoczone, co, jak wiemy, w przypadku tego serialu jest raczej tożsame, choć macham w tym miejscu do Białorusi w My Heart Will Go On czy Everybody Hates Hitler). Jednak normalny świat SPNowy jest światem naszym, potwory, duchy czy demony są w jakiś sposób jego częścią, jest on jedną z wielu płaszczyzn, na równi z Piekłem, Niebem czy Czyśćcem. Oczywiście można mówić o tym, że ten świat jest ukryty przed oczyma zwykłych zjadaczy chleba, którzy na ogół nie wiedzą o całokształcie występowania istot magicznych, ale…

Fot. NBC

Fot. NBC

Weźmy choćby pod uwagę ludzi obdarzonych nadnaturalnym darem, Zed Martin, Liv Aberdine czy Pamelę Barnes. Zed obdarzona jest unikalnym darem wyczuwania tego, co dzieje się z danym człowiekiem, czy to na podstawie przedmiotu z nim powiązanego, czy bezpośredniego dotyku. Może być to wizja przyszłości, może być to jakakolwiek wskazówka związana z zagadką (jak chociażby zapach), może być to przebłysk i ogólne wrażenie. Liv widzi inny świat, widzi stwory je zamieszkujące. W porównaniu z nimi Pamela czy Missouri wydają się mieć uzdolnienia nieco bardziej ograniczone – są w stanie wyczuć potężne duchy czy istoty, opanowały również całe mnóstwo zaklęć, które pomagają im w codziennej pracy, prowadzącej może czasem do wygnania istot, jednak nie jest to nic tak potężnego jak chociażby w przypadku Zed. Umiejętności podobne nadaje już wyższy stopień wtajemniczenia – ot, choćby bycie jednym z wybrańców demona. Weźmy też chociażby zdecydowanie niecodzienną postać, jaką jest Chas Chandler – w świecie SPNowym jego umiejętności nie mogłyby być efektem „zaledwie” zaklęć, potrzeba było potężnej złości i klątwy rzuconej przez jednego z olimpijskich bogów, by Prometeusz umierał każdego wieczora i następnie wracał do życia.

W efekcie oczywistym staje się wniosek, że świat Constantine’a jest zdecydowanie bardziej niesamowity. Nie dość, że mamy to drugie dno świata, to jeszcze specjalne talenty wydają się rodzić nieco częściej niż w przypadku SPNowym. Zwróćmy też uwagę na to, że choć czasem brutalna siła rozwiązuje wiele problemów, tak jak chociażby w przypadku Felixa Fausta, Constantine nie mógłby jednak zdziałać zbyt wiele bez znajomości magii. To ona jest jego siłą i to ona stanowi o jego wyjątkowości. Raz czy drugi można byłoby liczyć na łut szczęścia, ale bez nieustannego posiłkowania się siłami tajemnymi jego wysiłki byłyby daremne. Zresztą w świecie Johna jedną z istotnych jego właściwości są linie ley, magiczna autostrada i źródło mocy dla istot magicznych.

Fot. The WB

Fot. The WB

Zresztą tutaj tkwi zasadnicza różnica, bo podczas gdy w Supernaturalu mamy łowców, posługujących się magią jako czystym narzędziem, ot, wykują lub przeczytają zaklęcie, które zostanie przez kogoś znalezione, podstawowe środki załatwienia sprawy pozostaną zawsze raczej siłowe, tak w Constantine to magia jest tą podstawową bronią. Czemu zresztą nie należy się dziwić, jako że głównym bohaterem jest egzorcysta i mistrz sztuk tajemnych. Jednak magia świata Constantine’a jest magią zdecydowanie bardziej wymagającą niż magia u Winchesterów. Wszyscy pamiętamy, w jakich okolicznościach przyrody John uczył się nowego zaklęcia – już samo opanowanie go wymagało od bohatera chociażby wysmarowania się krwią i rytualnej nagości. Ta magia zawsze ma swoją cenę, jak choćby w przypadku zaklęcia sprawiającego, że Ręka Glorii zaczyna działać – daje kilka sekund czy minut życia umarłemu, ale zabiera parę dni z twojego. Jest to jedna z najstarszych zasad, jednak w świecie supernaturalowym wydaje się nieobecna. Zresztą tam niewiele tych prawdziwych użytkowników magii dotychczas bywało, a ci, którzy się pojawili, albo byli samoukami, albo czerpali swą siłę od demonów (więc cena była zupełnie inna), albo byli wiccanami, których twórcy usiłują oddzielić grubą kreską od czarownic i czarowników, czyniąc białomagicznymi szerzycielami dobra i magicznych dekoktów dla twego dobra. Przed sezonem 10, który zaczyna nam tę mitologię nieco poszerzać, mieliśmy chyba raptem jedną magiczną parę, która była niegłupia i dysponowała niecodzienną, nawet jak na świat supernaturalowy, mocą – Maggie i Don Starkowie. Nie wiemy jednak, z czego czerpali wiedzę i moc. Obecnie na tapecie mamy Rowenę i Wielki Kowen (tudzież Sabat, jak kto woli), nadal jednak nie wiemy zbyt wiele oprócz tego, że zaklęcia raczej nie wydają się mieć specjalnej ceny, a magia zastępuje Kamień Filozoficzny tudzież kremy przeciwzmarszczkowe (Rowena, Starkowie czy Baba Jaga). Liczę na kontynuację tego tematu, bo jest ciekawy.

Silnie zaznaczona jest w Constantine obecność voodoo, co dzieje się oczywiście za sprawą wybitnie udanej i charyzmatycznej postaci, Papy Midnite’a. Midnite, władający niesamowitą potęgą, jest w stanie przywoływać duchy zmarłych, a także tworzyć zombie lub sprawić, by zwierzę (chowaniec?) było przedłużeniem jego zmysłów. Zupełnie brakuje tego motywu w Supernaturalu, tam mamy tylko hoodoo, w dodatku wykorzystywane czysto użytkowo, czego szczerze żałuję, jednak jest to kolejne podkreślenie różnicy w traktowaniu magii w obu światach.

Fot. NBC

Fot. NBC

Siłą rzeczy, skoro magia jest potężna w świecie Constantine’a, częściej będziemy tu spotykać niezwykłe gadżety czy składniki zaklęć. Podczas gdy w bagażniku winchesterowej Impali króluje broń mniej lub bardziej konwencjonalna plus spore ilości wody święconej, boraksu, soli i ewentualnych podstawowych składników zaklęć choćby przywołujących (jak choćby pył cmentarny, kości czarnego kota czy ten nieszczęsny krwawnik), a od dwóch sezonów kilka par kajdanek przeznaczonych na demony, Constantine dysponuje rzeczami zdecydowanie unikalnymi. Pewnie, ma zawsze w swojej torbie policyjny skaner (tak!), wodę święconą, pył cmentarny, taśmę izolacyjną, ale oprócz tego niemal zawsze znajdą się tam rzeczy niezbędne każdemu egzorcyście (jak choćby mirt, pomocny w przywołaniu aniołów, czy korzeń madragory, niezbędny do ujawnienia obecności demona) oraz niecodzienne gadżety. I jakkolwiek pewnie znaleźlibyśmy mirt czy różne inne magiczne korzenie w domach osób takich jak Bobby Singer, po gryfie pióro musielibyśmy wybrać się do specjalnego sklepu dla łowców, a pewnych rzeczy albo nigdy nie uświadczymy, albo znajdują się głęboko schowane w Bunkrze Ludzi Pisma, niebiańskim arsenale albo tam, gdzie zachomikował je na polecenie Castiela Baltazar. Przywołajmy tu chociażby constantinowe gwoździe z trumny patrona dusz zagubionych czy zaklętą kartę, która podobnie jak znana nam z Doktora Who wizytówka przybiera postać uprawnień lub identyfikatora wymaganego w danej chwili przez rozmówcę. John jest również w posiadaniu artefaktu znanego jako Pierścień Salomona, definitywnie niezbędnego, kiedy chcemy stworzyć pułapkę do uwięzienia demonów, a to dopiero wierzchołek góry lodowej. Jestem dziwnie przekonana, że jeśli serial zostanie przedłużony, w domu Jaspera znajdzie się jeszcze bardzo wiele innych, raczej niezbędnych rzeczy.

Wspomnieliśmy już tutaj o Nadchodzącej Ciemności jako jednej z rzeczy, która popycha naszego bohatera do działania. Pośrednio za jej sprawą w posiadaniu Johna znajduje się również magiczna mapa, sygnalizująca miejsca, w których można spodziewać się kłopotów. Wielokrotnie na podstawie samej tylko mapy, ewentualnie wspartej wizjami Zed lub informacjami z netu, nasz egzorcysta i spółka wyruszają do akcji. Dosyć szybko pcha mi się do głowy nawiązanie do dziennika Johna Winchestera i jego notatek, smsów i enigmatycznych wiadomości, które w pierwszym sezonie Superanturala również dawały Winchesterom pretekst do działania. Do mapy Constantine’a czasami dołącza anioł Manny, który również przypomina swoistego questodawcę, jakim w sezonie czwartym był Castiel. Oczywiście motywacje Manny’ego są co najmniej dwuznaczne i niejasne, jak wiemy z finału pierwszego sezonu i to też przypomina nam działania anielskie w sezonie czwartym i piątym SPNa, co miało doprowadzić do rozstrzygnięcia Apokalipsy. Zważywszy na przepowiednię, iż za Ciemnością stoi ktoś z przyjaciół egzorcysty, rozwiązanie zagadki wydaje się krzyczeć wielkim głosem.

Fot. NBC

Fot. NBC

A jak jest z polem działania naszych panów? Właściwie wygląda to dość podobnie – i Constantine, i Winchesterowie bez przerwy natykają się na anioły, demony, przeklęte przedmioty, duchy i bohaterów legend, mitów i opowieści. W Constantine nie natkniemy się jednak na swoistą „gradację” spraw, która była dosyć widoczna w pierwszych sezonach Supernaturala, a którą ilustruje choćby kultowy już tekst Deana z The Phantom Traveller: „I don’t know, man. This isn’t our normal gig. I mean, demons (…). This is big.” Zawsze potem oczyma duszy mojej widzę Króla Piekieł spętanego jak baranek w lochu tudzież strzelanie do Lucyfera. Nic dziwnego, punkt wyjścia jest zupełnie inny – John to już doświadczony w swoim fachu egzorcysta i okultysta, swoje przeżył i wygnał tudzież skazał niewinne dusze na Piekło, Winchesterowie uczą się wszystkiego od zera. Niby mają pewne doświadczenie, jednak tak naprawdę dowiadują się nowych rzeczy wraz z widzem. Constantine w tym celu dostał pomocników, którym nierzadko musi wyjaśniać najprostsze sprawy.

A wyjaśniać zdecydowanie jest co! Weźmy już sam początek serialu i sprawę, która wyciąga Johna z psychiatryka. Demony polują na córkę jednego z jego przyjaciół. Demony zresztą, nie bez powodu, będą przewijać się po serialu w dosyć dużej ilości, nic dziwnego, zważywszy na to, że to z nimi John ma sporo do czynienia, ponieważ jest żądny zemsty za klęskę w Newcastle. Podobnie jak w Supernaturalu, tak i tutaj demoniczne opętanie skutkuje nagłą zmianą koloru oczu delikwenta, również często migają światła i wysiada elektryczność. Demony wydają się tutaj jednak nieco większymi indywidualnościami niż ich odpowiedniki prześladujące Winchesterów – pierwszy, którego poznajemy, jest związany z elektrycznością, po drodze spotkamy też demona głodu. W Supernaturalu wyspecjalizowany dotychczas był jedynie wspomniany już demon lubujący się w rozbijaniu samolotów, oddzielną klasę stanowią również Demony Rozdroży, zawierające pakty. Takiej specjalności nie spotkamy w Constantine, tutaj pakty są zawierane przez ludzi i handlarzy dusz, polujących na zdesperowanych ludzi przede wszystkim w szpitalach. Przeciętny kontrakt, w przeciwieństwie do supernaturalowego, opiewa na 20 lat, a ofiara zachowuje swój egzemplarz umowy. To dodatkowa tortura: kiedy zniknie ostatnia litera na pergaminie, oznacza to, że czas się kończy i delikwent umiera. Nie ma tutaj ogarów piekielnych, śmierć jest w miarę spokojna. To, co po niej następuje, już nie bardzo, ponieważ dusza trafia we władanie Pierwszego z Upadłych, Szatana. Kontraktu nie da się renegocjować, można go jednak unieważnić w sposób dosyć nietypowy – poprzez zjedzenie pergaminu. No cóż, pocałunek w świecie Supernaturala tudzież pstryknięcie palcami wydają się zdecydowanie bardziej „magiczne”, mimo naszych wcześniejszych konkluzji.

Fot. NBC

Fot. NBC

W przeciwieństwie do SPNa, tu dawne bóstwa są zaliczane w poczet stworzeń o zdecydowanie demonicznej prowiniencji, choć to oczywiście nie jest regułą w świecie Winchesterów – doskonałym przykładem jest chociażby Lilith, awansowana w tej opowieści do roli pierwszego demona stworzonego przez Lucyfera. Mezopotamscy Lamasztu czy Pazuzu, na których natyka się Constantine, to definitywnie demony, w dodatku ich zachowanie jest takie jak ich mitologicznych odpowiedników – Lamasztu rzeczywiście żeruje na niemowlętach, a Pazuzu jest w stanie ją powstrzymać. Nie jest on jednak bytem godnym zaufania czy dobrym, opętanie przez niego jest identyczne w skutkach do opętania przez każdego innego demona i wymaga egzorcyzmu. Właśnie, kwestia opętania. Szaleńczo podoba mi się, jak w Constantine nawiązuje się do nieco bardziej klasycznego pojmowania opętania, którego nie uświadczymy w Supernaturalu. Najczęściej spotyka się w literaturze opętanie trzystopniowe – pierwszy etap to swoiste „obwąchiwanie” ofiary przez demona, drugi: opętanie płytsze, próba sił między demonem a opętanym, trzeci to już pełna symbioza. Przy dwóch pierwszych etapach egzorcyzm jest stosunkowo nieskomplikowany – wymaga chociażby modlitwy, nie specjalnego rytuału, trzeci to już wyższa szkoła jazdy i to widzimy właśnie w Constantine, w odcinku The Saint of Last Resorts. Opętanie w wersji supernaturalowej jest natychmiastowe, to trzeci etap, jednak egzorcyzmy zazwyczaj wymagają jedynie odczytania krótkiej formułki. Bracia zazwyczaj korzystają z tej samej, choć w pewnych okolicznościach przyrody pojawiają się wersje dłuższe – jak zdarzyło się choćby w The Phantom Traveller czy Devil’s Trap.

Forma demonów w Supernaturalu jest generalnie rzecz biorąc identyczna – czarny dym, z ewentualną wariacją kolorystyczną w jednym znanym przypadku Crowleya, potem demony manifestują się tylko pod postacią osoby opętanej, animując ewentualnie jej martwe już fizycznie ciało. Jeśli chodzi o świat Constantine’a, tu już mamy pełną dowolność. Zresztą czarny dym też się pojawił, ale jedynie w przypadku ataku czarnej magii. Demony mają różne kształty – mogą mieć postać krwiożerczych insektów, wchodzą do ciała człowieka praktycznie bez przybrania kształtu wcześniejszego, pojawiają się jako węże (choć to akurat ciężar gatunkowy demona, którym był Wąż z Edenu), dają się również zakląć w pieczęci i wtedy, po przyłożeniu takowej do ciała człowieka, przeskakują pierwszy etap opętania, przechodząc od razu do drugiego.

Fot. NBC

Fot. NBC

Kim właściwie są demony? U braci Winchesterów demony to kreacje Lucyfera, stworzone przez niego po wygnaniu z Niebios. Znamy kilka takich nieprzeciętnych, pierwszych demonów, które zresztą zawsze podejrzewa się o bycie „kimś innym”, jak choćby Lilith czy Azazel. Niecodziennym demonem, władającym potęgą zdolną zniszczyć anioły, jest też Kain, przemieniony w demona po tym, jak zabił swojego brata, by uratować go przez Szatanem. Znakomita większość pozostałych to ludzkie dusze, przemienione w czyste zło poprzez niekończące się tortury w Piekle. Oczywiście tortury różnego rodzaju, jako że w pewnym momencie Piekło zamieniło się w koszmar każdego człowieka (zwłaszcza pamiętającego, nawet schyłkowy w gruncie rzeczy, PRL) – kolejki. Niewiele dotychczas wiemy o pochodzeniu demonów constantinowych, jako że wspomniane jest głównie to, iż są one stworzone w Piekle, prawdopodobnie przez Lucyfera, natomiast nie wiemy tak naprawdę, co dzieje się z duszami zabranymi do Piekła po zawarciu paktu. Oczywiście demon głodu nie do końca wyglądał na takowego, a o ile dobrze pamiętam (kilka zeszytów już przeczytałam), w komiksie był pochodzenia afrykańskiego, więc podejrzewam nieśmiało, że w ramach rozwoju mitologii, o ile serial dostanie kolejny sezon, dowiemy się znacznie więcej.

Właśnie, doszliśmy tutaj do Lucyfera, zajmijmy się zatem tym dżentelmenem. W obu przypadkach jest to upadły anioł, w Constantine dodatkowo określany Pierwszym z Upadłych, jako że w ślad za nim podążyli inni jego bracia, choć zasadniczo z innych pobudek. W Supernaturalu Lucyfer został ukarany przez Boga za odmowę złożenia pokłonu ludziom, za odmowę uznania ich za stworzenia względem niego lepsze. Jak to określił Gabriel, „Dad loved you best. More than Michael, more than me. Then he brought the new baby home and you couldn’t handle it. So this is all just one big temper tantrum.” Nie znamy do końca powodu wygnania Pierwszego z Upadłych, wiadomo jednak, że chęć odbierania ludziom duszy – tego przejawu miłości Boga, najczystszej formy istnienia na tym świecie – wynika właśnie z chęci wywarcia zemsty na Najwyższym. Ciekawe tutaj jest to, że mimo istnienia handlarzy dusz zasugerowano, że czasami Szatan zawiera pakty z ludźmi również samodzielnie – wszak z The Devil’s Vynil wiemy, że przyszedł sam po duszę Willy’ego Cole’a, w rezultacie uwieczniając swój głos na nagraniu (co swoją ścieżką jest pięknie motywowane legendą Roberta Johnsona, który w Supernaturalu również się pojawił). Głos ten dało się zresztą przegnać egzorcyzmem, w rezultacie pozostawiając wielki lej prowadzący do Piekieł.

Fot. The WB

Fot. The WB

Zupełnie inaczej potraktowane są w obu seriach anioły, choć widać pewne podobieństwa, jak choćby zapatrzenie w siebie i nadmierna pycha. Ukazujący się jednak Johnowi i Zed Manny nie potrzebuje „opętać” konkretnego ciała, by wejść na śmiertelną płaszczyznę, on z niego na chwilę korzysta, choć może zostać w tym ciele uwięziony za sprawą odpowiednich pieczęci, a nawet gdy nie pozostaje do końca „materialny”, można go obezwładnić odpowiednim przedmiotem, np. odrobiną powietrza z Hadesu. Anioł „wcielający” się na chwilę w daną osobę nie korzysta raczej z jej zmysłów, wszyscy pamiętamy scenę w Angels and Ministers of Grace, kiedy to Manny po raz pierwszy poczuł zapach brutalnej i nagłej śmierci i wiemy, czym się to skończyło. Jednak tak naprawdę Manny nie potrzebuje ludzi, by ukazać się danej osobie, niejednokrotnie pokazuje się Johnowi bez wcielania się w cudze ciało, więc tak naprawdę nie wiadomo, dlaczego to robi. Często jego ujawnieniu się towarzyszy zatrzymanie czasu, ot, istnieje pomiędzy jednym a drugim mrugnięciem. Nie wiemy dokładnie, jakie jest zadanie aniołów oprócz zasugerowanego stania na straży ludzkości oraz zabierania dusz do Niebios. Zresztą nie tylko do Niebios. W odcinku Blessed are the Damned spotykamy bowiem upadłą anielicę, Imogen, której zadaniem jest odstawianie grzeszników do Piekła. Jej pojawienie się dostarcza nam trochę informacji odnośnie aniołów w serii i tak dowiadujemy się również tego, że jakiekolwiek uszkodzenie skrzydeł anioła powoduje jego natychmiastowe przejście w stan widzialny w świecie śmiertelników i jeśli uszkodzenie nie zostanie naprawione, anioł po prostu przestaje istnieć. Jako że, w przeciwieństwie do ludzi, duszy nie posiada, po śmierci nie czeka go nic. Jest to zapewne jeden z powodów, dla którego anioły zazdroszczą ludziom, czasami wręcz ich nienawidząc, ponieważ ludzie mają duszę, a co ważniejsze – wolną wolę i piękny świat oddany do dyspozycji. Anioł ma jedynie wykonywać swoje polecenia. Jednak jeśli się sprzeciwi lub wystąpi przeciwko doskonałemu Bożemu stworzeniu – człowiekowi – zostanie wygnany, zostanie jednym z Upadłych. To właśnie przydarzyło się Imogen, która zabiła człowieka. Przy okazji starcia z anielicą zostajemy też zapoznani z jedną z metod na zakończenie egzystencji skrzydlatego – wyrwaniem mu serca. Dodatkowymi informacjami wyciągniętymi z tego odcinka jest klasyczna mowa aniołów – porozumiewają się po enochiańsku – oraz dosyć przerażająca wizja, co dzieje się, jeśli magią anielską włada osoba niegodna: osoby podlegające jej wpływowi przemieniają się w ghoule, co jest jednak odwracalne, jeśli stan rzeczy wróci do naturalnego porządku.

Fot. NBC

Fot. NBC

Anioły supernaturalowe nie mają takiego szczęścia, jeśli chodzi o manifestowanie się na Ziemi. Owszem, mogą przemówić do śmiertelników swym głosem czy nawet się im ukazać w swojej naturalnej formie, jednak kończy się to dosyć nieciekawie. Tylko specjalne jednostki mogą tę mowę i wizję wytrzymać, a nawet zrozumieć – są to ich naczynia (ang. vessels), predestynowane rodzinnie do zostania nosicielem anioła. Poza tym istotna jest zgoda takiego delikwenta, bez niej nie można nawet marzyć o potencjalnym wcieleniu się. W ciele ludzkim dysponują jego zmysłami, jednak nie przejawiają (zazwyczaj!) normalnych potrzeb fizjologicznych. Podróżują, przenosząc się z miejsca na miejsce, a także w czasie, do tego jednak potrzebne są im skrzydła i dlatego od finału sezonu 8 widujemy anioły w limuzynach, a Castiela w Pimpmobilu. Aniołowie w świecie Winchesterów również porozumiewają się po enochiańsku, co słyszymy jednak głównie podczas rzucania zaklęć, wspomina o tym również Ash w Dark Side of the Moon. Są wojownikami, wiernymi wypełniaczami woli Boskiej czy też raczej rozkazów, bo w pewnym momencie przekonujemy się, że w Niebie rządzi głównie wola archanielska, niekoniecznie nieskażona pychą, nudą czy wręcz tęsknotą za Stworzycielem. Prawie zawsze zresztą nieobecnym; ciekawa jestem, jak będzie z tym w Constantine. Przejawy samodzielnego myślenia i działania są w Niebie zdecydowanie ukrócane, wręcz karane więzieniem i torturami (jak w przypadku Anny czy Casa w finale czwartego sezonu). Jak by na to nie patrzeć, wybitnie patologiczna to rodzina, w dodatku nienauczona myśleć i bez dowódcy bezradna jak Tygrysek we mgle, nic zatem dziwnego że archanioł Gabriel dał nogę na Ziemię i w przebraniu pogańskiego bóstwa funkcjonował przez dobre kilkaset lat.

Fot. The WB

Fot. The WB

Regularnie w obu światach zdarzają się nawiedzenia, rozwiązaniem zazwyczaj jest „Posól i spal. Bohaterowie obu seriali natykają się dosyć często na postaci z legend miejskich czy podań ludowych. Oczywiście nie będziemy tutaj wymieniać wszystkiego, z czym w ciągu 10 lat spotkali się Sam i Dean, ponieważ w ich przypadku to niemal chleb codzienny – czy to strzyga, czy to wróżki, lamie, leprechauny, Krwawa Mary, Hookman, bracia zawsze znajdą na bestię sposób i to sprawia, że człowiek pożąda ich obecności w kiepskich horrorach klasy Z. Constantine to zaledwie 13 odcinków, ale dostaliśmy już chociażby Znikającego Autostopowicza czy swoistą wersję Kuchisake-onna, zjawy rodem z Japonii, której charakterystyczną cechą jest rozorana w okolicach ust twarz, maseczka chroniąca przez zarazkami i pytanie „Am I pretty?” Jednym z lepszych odcinków był ten z Coblynau, przypominającymi legendarnych pukaczy stworzeniami, stukaniem w ściany ostrzegającymi górników przed niebezpieczeństwem.

Fot. NBC

Fot. NBC

Oczywiście, mamy całe mnóstwo nawiązań nieco bardziej bezpośrednich do constantinowego starszego brata. Są to sceny, zdania czy elementy wywołujące uśmiech na twarzy każdego fana obu serii i choć niektóre podyktowane są oczywiście wspólnym pochodzeniem kulturowym i miejscowieniem w literaturze – jak chociaż Pieczęć Salomona, tak część aż zachęca do zastanawiania się, co będzie dalej, jeśli Constantine zostanie przedłużony. Rage of Caliban przywołuje wspomnienie SPNowego Pilota i Mary Winchester na suficie w sypialni młodszego syna, choć dla odmiany tutaj to ojciec został przez demoniczne moce niemalże przyszpilony do sufitu. W tym samym odcinku finałowa rozgrywka ma miejsce w Domu Strachów, a wędrówka Johna od jednego sztucznego upiora do następnego przypomina szalony taniec braci Winchesterów w Everybody Loves a Clown. Niewidzialny magazyn, będący własnością Felixa Fausta, nieodmiennie kojarzy się z posiadłością Cuthberta Sinclaira. Nie bez przyczyny zapewne również Papa Midnite pojawia się w pewnym momencie ze strzelbą Winchestera w dłoni i oznajmia „It’s a Winchester. Never misses. Forged by the old mystic in the West”, a na wspomnianym już zdjęciu promocyjnym ostatniego odcinka pierwszego sezonu John Constantine zamierza walczyć z wrażymi piekielnymi siłami przy pomocy podobnej broni palnej. I, jakkolwiek to już oczywiście nie jest nawiązanie, a zaledwie podkreślenie pochodzenia danej postaci, u mnie – zdeklarowanej fanki niejakiego Crowleya – każdorazowe użycie przez egzorcystę soczystego „Bollocks” przywołuje na twarz wielki uśmiech.

Oba seriale są już klasyką, choć z odrobinę innych względów. Constantine to rewelacyjna adaptacja naprawdę znakomitego komiksu, Supernatural doczekał się już 10 sezonów, 11 w drodze i jest jednym ze zdecydowanych „must see” dla osób lubiących tego typu opowieści o nietuzinkowych bohaterach, broniących ludzkości przed nadnaturalnymi zagrożeniami. Oba seriale są wyjątkowo miodne, dobrze napisane i choć pewne rzeczy traktują inaczej, zakorzenione są w tej samej odwiecznej potrzebie człowieka: by ochronić się przed tym, co czyha na nas w mroku. A są to nie tylko siły Ciemności i bardzo podoba mi się, że taka tendencja pojawia się coraz częściej w urban fantasy.

Cathia

Mól książkowy, zwierzę konwentowe, fangirl i Sheppardolożka. Wielbicielka czarnych charakterów, na czele z pewnym Królem Piekieł o brytyjskim akcencie. Kilka lat temu dosyć niespodziewanie zapadła na chorobę o nazwie Supernatural i modli się, by nigdy nie znaleziono na to leku. Aktywny członek fandomu od co najmniej 16 lat. W wolnych chwilach zajmuje się rękodziełem, robiąc kartki o fantastycznej tematyce, ostatnio zaczęła również pisać supernaturalowego bloga.