Fot. CBS

Oszukać przeznaczenie (Scorpion, PREMIERA: S01)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Pirjo: Pod bardzo wieloma względami ten serial wydaje się banalny. Grupa supergeniuszy zostaje zatrudniona przez rząd USA, by rozwiązywać najtrudniejsze zagadki kryminalne i łagodzić bieżące kryzysy, a na ich czele staje geniusz aspołeczny, by nie powiedzieć, że socjopata. Walter, następne wcielenie Sherlocka, ma ewidentne problemy z komunikacją z zewnętrznym światem, ba, ma na to nawet papiery. Ale przecież odczuwa emocje i jego narastające, ciepłe uczucia w stronę „zwykłej dziewczyny” są naturalną konsekwencją spędzania czasu razem. Tak, pod wieloma względami ten serial mógłby być sztampowy i banalny. A przecież nie jest! Wzruszenia, jak przy odcinku świątecznym czy przy walentynkowym, są szczere i gwałtowne. Sprawy rozwiązywane przez ekipę – ciekawe, pisane z sensem, trzymają w napięciu, czasem potrafią zaskoczyć. Sama drużyna jest sympatyczna, a do postaci przywiązujemy się prędko i trwale. Dynamika wspomnianego wyżej love story też nie zawodzi i dajemy się wkręcić. Nie wiem, może Ty mi wyjaśnisz, jak to się dzieje, że coś, co powinno być kiepskie, oszukało swoje przeznaczenie i jest świetne, a niedawno zasłużenie dostało zamówienie na drugi sezon?

Fot. CBS

Fot. CBS

Mysza: Sama się nad tym zastanawiam. Tym bardziej, że akurat mnie „sprawy tygodnia” zawsze wydawały się właśnie sztampowe i naciągane. Chociażby pilotażowy odcinek, w którym bohaterowie – niczym w Szybcy i wściekli – ścigają rozpędzony samolot. Tego typu wielkich kryzysów i nieprawdopodobnych sytuacji jest zresztą w serialu od groma. Pod wieloma względami mam wrażenie, że Scorpion nawiązuje duchem do seriali z lat 80. i 90. w stylu Drużyny A czy MacGuyvera. To, co jednak rzeczywiście w serialu działa, to relacje między postaciami – choć początkowo postacie wydają się papierowe, wycięte od znanej nam sztancy, z czasem przekonujemy się, że pod powierzchnią drzemią niuanse i zaskakująco poruszające emocje.

Kluczową postacią jest tutaj Walter, który z jednej strony jest typ typowym klonem Sherlocka – nieczułym, aspołecznym, antypatycznym geniuszem – a z drugiej bez problemu widać, że jego emocjonalne wycofanie jest tylko fasadą. Powoli rozkwitająca relacja Paige, ojcowska miłość wobec jej syna, Ralpha, trudna, na poły synowsko-ojcowska relacja z agentem Gallo… to wszystko, wraz z zaangażowaniem w zdrowie siostry, sprawia, że z każdym odcinkiem widzimy w Walterze coraz więcej fasetek. Zresztą dotyczy to całej serialowej drużyny. Tu z kolei dopatruję się niemal Whedonowskiego talentu w sklecaniu ekipy z pozornie nieprzystających charakterologicznie postaci. W gruncie rzeczy myślę, że to właśnie dla postaci z taką przyjemnością pochłaniamy kolejne odcinki Scorpion. No dobra, i może też dla tych kompletnie od czapy sytuacji kryzysowych.

Fot. CBS

Fot. CBS

Pirjo: Scorpion jest pełen kontrastów. Przygody wydają się nieprawdopodobne, bohaterowie błyskawicznie przemieszczają się z jednego krańca świata na drugi, używając technologii, jakiej nie powstydziłby się James Bond, zawsze działają pod presją czasu. No i wszystko nieuchronnie kończy się dobrze. A przecież wiemy, bo czołówka serialu nie daje nam zapomnieć, że seria oparta jest o prawdziwe zdarzenia i pracę rzeczywiście istniejącej grupy. Nawet jeśli wziąć pod uwagę podkoloryzowanie dla potrzeb telewizji, to w internecie można sporo poczytać o wyczynach prawdziwego Waltera O’Briena i są one imponujące. Ekipa niedostosowanych społecznie geniuszy dzielnie sobie poczyna, rozwiązując zagadki, ale na serial można spojrzeć też z zupełnie innej perspektywy, którą już tu delikatnie zasugerowałaś, pisząc o „talencie Whedonowskim”, a która być może jest źródłem sukcesu Scorpion: bohaterowie są rodziną. Nie, nie taką genetyczną, nie łączą ich więzy krwi, ale w toku sezonu zżywają się ze sobą coraz mocniej i ich wzajemne więzi umacniają się, mimo przeciwieństw.

Relacja między agentem Gallo a Walterem parę razy wzruszyła mnie do łez. Czułość, z jaką wszyscy traktują małego Ralpha, też potrafi rozłożyć na łopatki. Sceny toczące się w magazynie, będącym dla nich wszystkich domem, poruszają najmocniej. Wydaje mi się, że pokazywanie grupy bohaterów jako rodziny to w ogóle skuteczny patent na dobry serial. Patrz: The Librarians albo Agents of S.H.I.E.L.D.

Fot. CBS

Fot. CBS

Mysza: Mamy tu pełną zgodę. W gruncie rzeczy wiele seriali – jeśli nie wszystkie – opierają się w jakimś stopniu na dynamice grupowej, ale są produkcje, które uczyniły z tego znak rozpoznawczy. Myślę, że skojarzenia z Marvelowskimi Agentami są niebezpodstawne – mało kto, tak jak Whedon i Spółka, radzi sobie z rozkochiwaniem widzów w zbieraninie przypadkowych, ale urokliwych postaci. Agenci, Buffy the Vampire Slayer, Firefly…. W każdym z tych seriali mocno zżywamy się z bohaterami. I choć nie zawsze następuje to od razu, także i tu dopatruję się podobieństw Scorpion do Whedonowskiego modelu. Mnie osobiście emocjonalne zaangażowanie się w losy Buffy czy ekipy Serenity zajęło dobre kilkanaście odcinków (co w przypadku Firefly było bolesne, bo przygoda z nimi zakończyła się dla mnie jeszcze szybciej niż dla innych widzów). Podobnie było w przypadku Scorpion. Chyba dopiero odcinek bożonarodzeniowy sprawił, że naprawdę zaczęłam kibicować nie tylko postaciom, ale samemu serialowi. Zresztą bądźmy szczerzy – był to jeden z lepszych serialowych odcinków, jakie pamiętam z ostatniego roku. Pełen rzeczywistych emocji, świetnie stopniowanego napięcia… przypominał mi najlepsze czasy takich produkcji jak Ostry dyżur.

Co ciekawe, myślę, że duży wpływ na tę emocjonalną barierę, którą musiałam przełamać, miało wspomniane przez ciebie intro. Rozumiem zabieg twórców, by co odcinek przypominać nam (i ewentualnym nowym widzom), że to, co oglądamy, zostało oparte o prawdziwe działania rzeczywistej grupy geniuszy. Niemniej kontrast tej domniemanej „realności” z serialowymi scenariuszami, które z pewnością są mocno podkoloryzowane, zawsze ogromnie mnie drażnił. Już samo przypominanie nam, jak wysokie IQ ma Walter, bierze mnie pod włos, zwłaszcza gdy spojrzymy na to, jak czasem głupio się zachowuje. Na tym niestety polega największy problem tworzenia klonów Sherlocka – w pewnym momencie orientujemy się, że nawet najgenialniejszy scenarzysta jest głupszy niż bohater, którego próbuje pisać. Fakt, że scenarzyści opierają się na przeżyciach żyjącej osoby, tylko ten dysonans podkreśla. Stąd najistotniejszym elementem serialu jest jego ekipa i rozgrywające się między nimi emocje i relacje. Te, w przeciwieństwie do niektórych wydumanych scenariuszy, wydają mi się, jako widzowi, rzeczywiście prawdziwe.

Fot. CBS

Fot. CBS

Pirjo: Na koniec pomówmy jeszcze może o miłości. Wydawało mi się, że ze starego, dobrego will they, won’t they nie da się już wiele nowego wyciągnąć. A przecież siedzę na szpilkach, gdy Paige i Walter grają w tej samej scenie, gdy rozmawiają. Śledzę z zapartym tchem każde ukradkowe spojrzenie Waltera, każdy uśmiech Paige. Związek jest typowy dla seriali, ale jednak jakoś tam wyjątkowy, bo uczestniczy w nim jeszcze mały chłopiec. Tak jakby para zaczynała od wspólnego dziecka, a potem dopiero budowała relację między sobą. Wszystko się toczy od końca do początku. Jak Ci się podoba napięcie między tą parą?

Mysza: Jestem jego wielką fanką i to wbrew mojej nieuzasadnionej antypatii do Katherine McPhee, która wciela się w Paige. Mimo moich problemów z tą aktorką, idealnie nadaje się do roli ciepłej, ale nieco zadziornej Paige, która nie tylko wychowuje ekipę nieprzystosowanych społecznie geniuszy, ale także samotnie sprawuje opiekę nad uzdolnionym synem (chociaż im dalej w serial, tym mniej jest samotna w tym przedsięwzięciu – wszak Scorpion idealnie obrazuje stare porzekadło „It takes a village to raise a child”). Myślę, że warto też pochwalić Elyesa Gabela, który dla mnie osobiście jest przemiłym aktorskim zaskoczeniem. Mignął mi w Grze o tron, gdzie zyskał trochę mojej sympatii, ale dopiero jako Walter zdołał mnie ująć za serce.

Zresztą na jego barkach spoczywa nader trudne zadanie – musi jednocześnie wiarygodnie „sprzedać” geniusz Waltera i jego momentami antypatyczny charakter, a z drugiej wzbudzić nie tylko ciepłe uczucia w Paige, ale także w widzach. Wszak gdyby nie nasze zaangażowanie w relację Walter/Paige, cały ten romantyczny wątek nie miałby sensu. Will they, won’t they działa tylko w przypadku, gdy to widownia kibicuje zejściu się pary, a serialowi twórcy droczą się z nimi, wciąż rzucając bohaterom kłody pod nogi. W przypadku Scorpion mamy oczywiście postać Drew, czyli ojca Ralpha, ale najciekawszym elementem tego uczuciowego tańca są sami Walter i Paige – ich wzajemny pociąg, złożone, niejednoznaczne uczucia… Fakt, że syn Paige jest w tę sytuację nieodwołalnie wplątany, nie tylko komplikuje sprawy z fabularno-scenariuszowego punktu widzenia, ale wprowadza do w sumie dość sztampowej serialowej relacji dodatkowy, ciekawy ładunek emocjonalny. A jak już wspominałyśmy, to właśnie dla emocji warto Scorpion oglądać.

Fot. CBS

Fot. CBS

Pirjo: Czas na podsumowania. Komu poleciłabyś serial i dlaczego warto dać mu szansę? Bo ja na przykład myślę, że Scorpion poprawia humor, w gruncie rzeczy jest ciepły, wartki i zabawny. Taka szpiegowska baśń z przymrużeniem oka. Czy o czymś zapomniałam?

Mysza: … o emocjach? Ale to już mówiłam :) Myślę, że jeśli ktoś tęskni za lekkim, niezobowiązującym serialem, w klimatach nieco starszych produkcji z lat 90., Scorpion może się okazać idealnym rozwiązaniem na wieczorny relaks. Ja w każdym razie właśnie zasiadam do najnowszego odcinka. Zachęcam, byście też dali mu szansę.

Fot. CBS

Fot. CBS

Scorpion
drama
CBS, 2014–

Pirjo Lehtinen
Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Mysza
Fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)