Bohaterka, której potrzebowaliśmy (Agent Carter, S01)

Bohaterka, której potrzebowaliśmy (Agent Carter, S01)

Artykuł zawiera spoilery.

Artur: Mam skomplikowaną relację z Marvelem. To partner, z którym można się świetnie bawić, ale który wie, że nigdy nie odejdę (bo do kogo, do DC? Pfff!), więc pozostaje głuchy na wszystkie prośby: nie odłoży butów do szafki, nie pomaluje salonu, nie nakręci filmu o Black Widow. Robi, co chce, w jednej chwili zmieniając plany, by zmieścić w grafiku jeszcze jeden film o białym, męskim superbohaterze (możemy się tylko modlić, by w głównej roli nie obsadzono blondyna o imieniu Chris). Tylko czasem pozwala sobie na gesty takie jak Agent Carter – ośmioodcinkowa miniseria o powojennych przygodach agentki znanej z pierwszego Kapitana Ameryki – wiedząc doskonale, że się na nie złapię. Przyznać też trzeba, że jest to serial dopracowany, a przy tym po brytyjsku zwięzły, pozbawiony wypełniaczy, który szybko stał się moją ulubioną produkcją około-superbohaterską. I za to najbardziej nienawidzę Marvela.

A jak Twoje życie emocjonalne po Agentce Carter?

Joanna: W ruinie.

Na Agentkę Carter czekałam z zapartym tchem od pierwszych pogłosek o możliwości powstania serialu. Nie tylko dlatego, że od dawna Marvel Cinematic Universe był nam winny jakąś bohaterkę, ale także ze względu na wszystkie inne elementy tej wybuchowej mieszanki: lata 40-te, screwball comedy przemieszana z kinem szpiegowskim, początki historii S.H.I.E.L.D. i, co najważniejsze, Hayley Atwell, której wyczucie postaci i emocjonalna wiarygodność wznoszą ten serial na wyżyny, nie wspominając już o jej umiejętności sprowadzania mężczyzn na kolana za pomocą dobrze wymierzonego prawego sierpowego albo przywalenia zszywaczem.

Fot. Marvel/ABC. Źródło: realitycheckbounced.tumblr.com

Fot. Marvel/ABC. Źródło: realitycheckbounced.tumblr.com

Zwykle z produkcji, na które mocno czekam, wychodzę rozczarowana w mniejszym lub większym stopniu. Agentka Carter jednak, mimo drobnych potknięć, była dokładnie tym, czego potrzebowałam. Pozostaje mi teraz agonia czekania na nowiny o odnowieniu bądź kancelacji. Jak żyć bez Peggy Carter? Pytanie dość bliskie serii, której główny emocjonalny bagaż stanowiły tęsknota i żal za Stevem Rogersem.

Artur: Rzeczywiście po finale widać, że Steve Rogers był osią serialu: na początku jako rzadki przykład mężczyzny w lodówce (in more than one way), w ostatnim odcinku jako wyraz survivor’s guilt Howarda Starka – a tu i tam przewijała się jego krew jako symbol niewinności utraconej w czasie wojny, ale też dziedzictwa Kapitana Ameryki, wartości, o które bohaterowie walczyli i o które próbują walczyć nadal. No i wreszcie przyjemnie zaskakujący moment (bo spodziewałem się, że krew stanie się kolejnym McGuffinem), w którym Peggy lets Steve go na Moście Brooklyńskim.

Agent Carter Howard Stark

Fot. Marvel/ABC. Źródło: realitycheckbounced.tumblr.com

Fot. Marvel/ABC. Źródło: realitycheckbounced.tumblr.com

Godne pochwały jest to, że scenarzyści nie okładali nas tęsknotą po głowie, wystarczyło, że pojawiła się na początku i na końcu jako klamra kompozycyjna – nawet spotkanie z dawnymi towarzyszami broni nie uderzało w moim odczuciu w tony nadmiernie sentymentalne. Serial świetnie pokazał, że życie toczy się dalej, a Peggy miała na głowie mnóstwo problemów, tak osobistych, jak zawodowych. Zacznijmy może od tych drugich: co myślisz o Leviathanie i o tym, jak się toczyła i rozwiązała ta cała intryga?

Joanna: Tematycznie, Peggy jednocześnie zajęła miejsce Kapitana Ameryki w narracji (podkreślano to nie tylko kolorem ubrań na wzór flagi amerykańskiej, ale też zręcznym przeplataniem scen dramy radiowej) oraz przeszła emocjonalną ścieżkę z pogodzeniem się z jego śmiercią i znalezieniem własnego miejsca.

Związanie wątku Peggy ściśle ze Stevem jest wyborem banalnie prostym, ale też znakomitym na kilku poziomach. Po pierwsze pozwala na połączenie serialu z szerszym uniwersum Marvela i na jasną kontynuację historii z Pierwszego Starcia. Po drugie sprawia, że Pierwsze Starcie i zalodówkowany Steve stają się origin story naszej bohaterki. W ten wątek świetnie wpisuje się Leviathan.

Jako superbohaterka Peggy dostaje swoich własnych personalnych wrogów (poza głównym wrogiem w postaci szklanego sufitu i mizoginii, oczywiście). Lata 40. to oczywiście Hydra, ale oni przypisani są już do Steve’a, a poza tym w MCU na tym etapie powoli kładziono podwaliny pod ciemną stronę S.H.I.E.L.D. Leviathan nie tylko wpisuje się w tę erę i bardzo już bliską Zimną Wojnę, ale także pozwala na wprowadzenie wątku Red Roomu, nawiązując do korzeni Natashy Romanoff i dając Peggy godną przeciwniczkę w postaci Dottie Underwood.

Fot. Marvel/ABC. Źródło: realitycheckbounced.tumblr.com

Fot. Marvel/ABC. Źródło: realitycheckbounced.tumblr.com

Jeśli cokolwiek drażniło mnie w Leviathanie, to zbyt dużo uwagi i czasu antenowego poświęconego Ivchenko kosztem Dottie. Jakkolwiek jego vendetta przeciwko Starkowi wydobyła na światło dzienne poczucie winy Howarda i pozwoliła na fenomenalną scenę z finału, z rozmową Howarda i Peggy przez radio, i jakkolwiek wcześniej Ivchenko pomógł lepiej nam się przyjrzeć Dooley’owi, tak sama jego postać nudziła mnie niezmiernie. Po części zapewne dlatego, że trzymano go z daleka od Peggy, w odróżnienu od Dottie, która służyła nam za ciemne odbicie Carter.

Artur: Szczerze mówiąc jestem zawiedziony, że nie dostaliśmy sceny, w której Ivchenko próbuje wykorzystać swoje sztuczki przeciw Peggy. Doceniam, że uniknęliśmy w ten sposób kliszy, w której zostaje uratowana przez swoich kolegów (żadnej z ofiar hipnotyzera nie udało się samodzielnie wyrwać z transu), ale nie mogę przestać sobie wyobrażać, jak by to mogło wyglądać, co byśmy zobaczyli w głowie agentki Carter. Cała ta sytuacja pasuje jednak do motywu przewodniego mężczyzn niedoceniających Peggy.

Również Dottie wydała mi się trochę niewykorzystana. Jako widzowie widzieliśmy paralele i kontrasty między obiema bohaterkami, ale miałem nadzieję, że zostaną one dostrzeżone również na poziomie wewnątrzserialowym, na przykład jako refleksja kolegów Peggy, ewentualnie że między samą Peggy a Dottie wydarzy się coś poza bójkami – jakiś zalążek pojawił się w ich ostatnim starciu, kiedy Dottie wyznaje, że chciała być taka jak Peggy, ale nie zostało to rozwinięte. W tym kontekście ogromnie się cieszę, że Dottie uciekła, i domagam się drugiego sezonu – chcę czegoś więcej między nimi, scen na poziomie przesłuchania w siódmym odcinku, na które w pełnej akcji końcówce sezonu zabrakło miejsca. Nie wiem, Ty też masz takie poczucie niedosytu, czy to tylko ja?

Joanna: Dosyć mocne, i to w zasadzie w prawie każdym aspekcie serii. Dottie zdecydowanie, Angie Martinelli, życie prywatne Peggy, bardziej kompleksowe ujęcie realiów SSR… Już od kilku odcinków pojawiają się też głosy krytyczne, wytykające, że choć Agent Carter stara się wypełnić lukę w reprezentacji kobiet, tak z reprezentacją w innych dziedzinach, zwłaszcza reprezentacją rasową, jest dużo słabiej. Drugi sezon (i kilka lub kilkanaście następnych) jest jak najbardziej wskazany.

Ale krótka seria ma też swoje plusy. Rozmawialiśmy o tym ostatnio na Pulpozaurze (i Serialkonie) dyskutując o miniseriach, antologiach i innych eventach telewizyjnych. Osiem odcinków wymagało wskoczenia w narrację bez rozbiegu – na szczęście główne postaci albo były już widzom znane (Peggy i Howard mieli duże role w pierwszym Kapitanie Ameryce), albo zakorzenione w jakiś sposób w świadomości widzów MCU (Jarvis nie bez powodu kojarzący się z AI Tony’ego Starka). Ale podobna baza nie pomogła zbytnio drugiemu (czy też, chronologicznie pierwszemu) serialowi ze stajni Marvela – Agenci S.H.I.E.L.D. stracili dobrą połowę sezonu na wprowadzenie właściwej historii i nawet z czasem nie odzyskali impetu. W odróżnieniu od AoS, Agent Carter nie traci ani minuty, co dobrze współgra z gatunkami do których się odwołuje – adventure cinema i screwball comedy dołączają do świata superbohaterów i szpiegów.

Zwłaszcza screwball comedy pasuje wyśmienicie zarówno do epoki, jak i do pary głównych bohaterów. Ważnym elementem serii staje się partnerstwo Peggy i Jarvisa, lokaja Howarda Starka, przydzielonego jej do pomocy w odszukaniu wszystkich McGuffinów i oczyszczeniu dobrego imienia (well, dostatecznie dobrego imienia) milionera.

Nie był to najbardziej oczywisty pairing, ale jak dla mnie, zwłaszcza przy połączeniu Atwell i D’Arcy’ego, sprawdza się znakomicie. Jak ci się wydaje?

Fot. Marvel/ABC

Fot. Marvel/ABC

Artur: O tak! Jarvis był świetnie zbalansowany pod względem elementów zabawnych i poważnych, Peggy to postać w mniej oczywisty sposób humorystyczna, ale jednak walnie przyczyniająca się do farsowego momentami klimatu, a Atwell i D’Arcy razem na ekranie to coś wspaniałego. I mam nadzieję, że końcowa deklaracja Jarvisa oznacza, że ten duet dalej będzie działał razem w drugim sezonie. Nie można nie wspomnieć też o Angie i Howardzie, a zwłaszcza pobycie tego ostatniego w apartamentowcu dla dziewcząt o zaostrzonym rygorze.

Zazwyczaj jestem zwolennikiem brytyjskiej zwięzłości – wspomniani przez Ciebie Agenci T.A.R.C.Z.Y., podobnie jak większość amerykańskich produkcji network TV, są świetną ilustracją wad długich sezonów. Agentka Carter nie nudzi nawet przez moment, ale pozostawia po sobie pewien niedosyt. Z jednej strony nie chciałbym rozwodnienia, jakie z pewnością przyniosłyby ze sobą pełnowymiarowe, dwudziestokilkuodcinkowe sezony, z drugiej marzę o jeszcze większej liczbie Momentów Między Postaciami, interakcji Peggy z Jarvisem czy Angie – przypadek Elementary pokazuje, że takie elementy potrafią wynagrodzić niezbyt porywające fabuły. Może jakiś kompromis? 13 odcinków? Póki co zostają mi chyba fanfiki o tym, jak Peggy i Angie robią zakupy i rearanżują posiadłość Starka…

Agent Carter Angie

Fot. Marvel/ABC. Źródło: realitycheckbounced.tumblr.com

Fot. Marvel/ABC. Źródło: realitycheckbounced.tumblr.com

Do omówienia został nam jeszcze wątek biurowy, kto wie, czy nie najbardziej dynamiczny? Peggy przechodzi od roli sekretarki z nagrodą pocieszenia w postaci tytułu agentki, przez rzekomą zdrajczynię, aż po – nareszcie – nieodzowną część SSR. Ogromnie podobała mi się scena przesłuchania, kiedy bohaterka mogła wreszcie wygarnąć prawdę swojemu przełożonemu i kolegom, i przy okazji skrytykować pełne spektrum postaw, które – choć maskowane czasem szlachetnymi odruchami, jak w przypadku Dooleya czy Sousy – stawiają kobiety na niższej pozycji. Zafascynowało mnie też to, że na koniec serialu sytuacja nie rozwiązuje się tak do końca: całe biuro bije wprawdzie brawo, ale Thompson wykorzystuje okazję, żeby przypisać sobie wszystkie zasługi; oburzenie Sousy nie odbiega wcale bardzo od momentu z początku sezonu, kiedy w podobny sposób stawał w obronie Peggy. Największa zmiana dokonała się chyba w niej samej i jest to dość satysfakcjonujące, choć mam nadzieję, że Daniel pozbędzie się tendencji do bycia rycerzem na białym koniu – mógłbym tę dwójkę shippować. A co Ty o tym wszystkim myślisz?

Fot. Marvel/ABC

Fot. Marvel/ABC

Joanna: Od początku z radością odkrywałam, że głównym czarnym charakterem serialu jest mizoginia, zarówno w warstwie tekstualnej jak i metaforycznej, ale mimo to, trochę się obawiałam jak to twórcom wyjdzie.

Tematycznie, ten kierunek działa znakomicie i jest trochę takim no-brainer. Po pierwsze, czas akcji zaraz po drugiej wojnie, kiedy kobiety, które w czasie wojny pracowały na stanowiskach do tej pory obejmowanych przez mężczyzn nagle zostały prawie bez słowa odesłane z powrotem do domu, żeby oddać pracę “naszym chłopcom” wracającym z frontu. Backlash lat 50. i gloryfikacja ogniska domowego to długotrwały efekt tych przemian. Peggy jest jednym z przykładów na taką sytuację: traktowana na równi z innymi żołnierzami w czasie wojny, teraz jest sekretarką posyłaną po kawę. Drugi aspekt to rola Peggy w obrębie samego MCU – jej rola w Pierwszym Starciu jest dosyć love interest-y (to samo można powiedzieć o Buckym Barnesie czy, w Zimowym żołnierzu, o Samie Wilsonie, ale to jest kwestia na inny tekst ;)) – wykorzystanie tego filmu jako jej origin story jest dobrym ruchem, ale nadal wymaga przesunięcia wagi na jej rolę jako bohaterki (zwłaszcza, że jest pierwszą główną bohaterką kobiecą jaką dostajemy w MCU, no pressure).

Taka narracja i setting może wpaść w kilka pułapek. Po pierwsze, pewna nostalgizacja seksizmu obecna w serialach osadzonych w latach 50. czy 60., która z jednej strony problematyzuje mizoginię, ale jednocześnie ją dość mocno fetyszyzuje. Po drugie, przedstawienie Peggy jako kogoś wyjątkowego i zdolnego do przebicia szklanego sufitu jest niesprawiedliwe w stosunku do innych kobiet w podobnych sytuacjach. (Nie jestem do końca pewna, czy serial ucieka od tego, nawet mimo Dottie i Angie.)

Fot. Marvel/ABC

Fot. Marvel/ABC

Nadal nie jestem też pewna, czy cieszy mnie końcowa rezolucja, kiedy Peggy zrzeka się zasług na rzecz Thompsona, bo “zna swoją wartość”. Peggy od początku serialu znała swoją wartość – to właśnie leżało u podstaw większości jej frustracji. Z jednej strony wpisuje się to dobrze w superbohaterski motyw unikania poklasku, z drugiej pachnie mi trochę ustępstwami i gloryfikacją pacyfistycznej walki o prawa (która raczej wspiera status quo). Na poziomie postaci grało to dla mnie dosyć dobrze, bo Peggy dostała personalne uznanie współpracowników i ma perspektywę wykonywania pracy na miarę swoich możliwości (a nie zamawiania lunchu). Ale w szerszym ujęciu feministycznym: ech…

Za to cieszyło mnie to, co pojawiło się w odcinku przedostatnim, czyli scena przesłuchania i Peggy wyliczająca problematyczne podejścia szefa i innych agentów. I jakkolwiek bardzo lubię Daniela, cieszę się, że jemu też się dostało po nosie, i że Agent Carter pokazuje wieloznaczność wspomnianej przez Ciebie postawy rycerskiej. Dostaje się też Howardowi, a nawet Jarvisowi, kiedy pojawia się z nieprzemyślaną próbą ratunku i sfałszowaną wersją wydarzeń malującą Peggy w sposób w jaki agenci SSR ją widzą. Tak naprawdę chyba tylko Dum Dum Dugan wychodzi z tego wszystkiego obronną ręką, doceniając umiejętności Peggy na polu walki.

Fot. Marvel/ABC

Fot. Marvel/ABC

A propos shipowania postaci, ja jednak mam trochę nadziei na Angie/Peggy, mimo że wiem, że w końcu czeka Agentkę Carter małżeństwo z żołnierzem. (Właśnie, mamy teorie? Twórcy pozostają bardzo enigmatyczni na tym polu, nie wykluczając ani Sousy ani Thompsona. Kibicuję Danielowi jednak.)

Artur: Przystałbym również na Angie/Peggy, a w tym momencie historii, w którym się zostawiliśmy bohaterki, nawet bardziej mi to pasuje. Co do dalszych planów matrymonialnych to obstawiałem JJ Feilda, ale nie pojawił się w serialu, więc chyba nic z tego.

Wszystko może się jednak jeszcze zmienić, jeżeli tylko dostaniemy drugi sezon. Jak oceniasz szanse? Trudno mi interpretować cyferki, które pojawiają się na Wikipedii w rubryce „oglądalność„, natomiast recenzje wydają się raczej pozytywne – myślisz, że to dla Marvela i ABC będzie istotniejsze niż informacja, ile osób usiadło przed telewizorem?

Joanna: Ja już dawno przestałam próbować zgadywać dlaczego pewne seriale są kancelowane a inne dostają piąte i dziesiąte szanse. Z drugiej strony precedens w postaci Agents of S.H.I.E.L.D. już jest, a recepcja krytyczna była o wiele słabsza… Marvel może też chcieć pokazać, że ma serial z główną bohaterką podczas gdy tłumy domagają się Czarnej Wdowy. Dochodzi oczywiście też fakt, że dane Nielsena są ostatnio uzupełniane przez różnego rodzaju informacje z hashtagowania na twitterze i innych źródeł. Nie wiem, naprawdę nie wiem.

Finał serii na wszelki wypadek wyraźnie nakręcono zarówno jako finał ostateczny, jak i ewentualny punkt startowy do dalszych odcinków. A jeśli ich nie dostaniemy – wewnętrznie połączona natura MCU sprawia, że wątki mogą być podłapane przez inne narracje. Peggy może wrócić we flashbackach S.H.I.E.L.D., wiemy już też, że Hayley Atwell ma pojawić się w Ultronie. Złowroga współpraca Ivchenko i Zoli wskazuje na korzenie Zimowego żołnierza, a może i na obiecywaną nam w trailerach historię Natashy.

Jeśli jednak dostaniemy drugi sezon, to w jakim kształcie? Krótka seria czy pełen dwudziesto-kilku odcinkowy sezon? Jakkolwiek odczuwam niedosyt, to szybka piłka tego sezonu dobrze przysłużyła się narracji – może podzielenie pełnego sezonu na połowę Carter i połowę T.A.R.C.Z.Y.?

Finał daje nam trochę wskazówek, jak drugi sezon mógłby wyglądać. Jarvis zostaje – zapewnienia o lojalności Edwina do Peggy wskazują na to dość wyraźnie – twórcy serialu zresztą musieliby postradać rozum, żeby ich rozdzielić. Angie wie już więcej o pracy Peggy, a zamieszkanie razem może prowadzić w stronę jej większego zaangażowania w główne wątki. W ogóle, wspólne mieszkanie Peggy i Angie bardzo dobrze posłużyłoby jako wersja superhero lair, z gustownymi dodatkami w postaci poduszek i telefonu w każdym pokoju.

Artur: Pełnowymiarowy sezon to chyba trochę za dużo dobrego – cenię silną serializację Agentki Carter i mniejsza liczba odcinków zdecydowanie temu służy. Nie miałbym jednak nic przeciwko wydłużeniu drugiego sezonu do, powiedzmy, dziesięciu.

Mam nadzieję, że twórcy będą mieli pomysł na nową dynamikę w biurze: podobało mi się, jak Peggy musiała robić wszystko po kryjomu, a pozostali agenci SSR tropili jednocześnie Leviathana i ją samą, ale teraz oczywiście to już tak nie może działać. Może przydałyby się scysje z Thompsonem, który chyba ma spore szanse na objęcie szefostwa nad całym wydziałem?

Ciekawym rozwiązaniem byłby też przeskok czasowy do Zimnej Wojny, która generowałaby nowe konflikty. Część recenzentów na początku pierwszego sezonu narzekała, że podobnie jak w reszcie MCU wszyscy ganiają za Ważnymi Świecącymi Rzeczami. I chociaż później trochę się to zmieniło, myślę, że ciągle jeszcze jest miejsce na parę ulepszeń. Pójście w historię programu rosyjskich zabójczyń wydaje się dobrym pomysłem, o ile nie kolidowałby on zbytnio z tym, co nam szykuje Joss Whedon w Age of Ultron.

Ogólnie moje postulaty można chyba sprowadzić do: więcej wszystkiego!

Joanna: Ja nie zmartwiłabym się 12-13 odcinkami, bo z jednej strony zgadzam się, że skoncentrowana narracja dobrze posłużyła serialowi, ale trochę dłuższy sezon pozwoliłby na chwilę oddechu (zwłaszcza ostatnie odcinki pędziły na złamanie karku), ale także na trochę miejsca dla innych postaci niż Peggy czy Howard (jak na serial nazwany Agent Carter, finał skupił się dość mocno na Starku, nie sądzisz?).

Fot. Marvel/ABC

Fot. Marvel/ABC

Wiemy, jaki jest finał tego wszystkiego: Peggy Carter wyszła za mąż, założyła S.H.I.E.L.D., która w międzyczasie została zinfiltrowana przez Hydrę (swoją drogą, depresyjne trochę byłoby oglądanie powstawania i rośnięcia w siłę organizacji, o której wiemy, że jest skazana na marny koniec). Z tego ostatniego względu jest chyba logika w powstrzymywaniu się od pokazania zakładania agencji.

Mocną stroną serialu może jednak stać się właśnie to, że wiemy dokąd to wszystko zmierza – jakkolwiek czasami niechętna jestem fanservice, tutaj ma to spory sens. Początki Zimowego żołnierza, Red Room i program tworzący Czarne Wdowy, rodzice Tony’ego Starka (dużo bym dała za zobaczenie w końcu Marii Stark). Jest szansa na odbrązowienie pewnej wykutej w kamieniu przeszłości MCU.

Ale tak naprawdę, jedyne czego mi potrzeba to więcej Peggy Carter przywalającej ludziom po głowie zszywaczem przy dźwiękach oldschoolowej radiodramy o bohaterskim Kapitanie Ameryce. Czasami mam proste potrzeby.

Fot. Marvel/ABC. Źródło: realitycheckbounced.tumblr.com

Fot. Marvel/ABC. Źródło: realitycheckbounced.tumblr.com

Agent Carter
superhero/thriller/action/comedy/period drama
ABC, 2015–

Artur Nowrot
Czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na Wysznupanych. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).

Joanna Kucharska
Zawodowo ogląda seriale. Jeszcze jej za to nie płacą, ale pracuje nad doktoratem na temat seriali internetowych, więc prawie prawie. W międzyczasie hate-watchuje większość seriali, które ogląda i pasywno-agresywnie udziela się na tumblerze.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)