Fot. NBC

Live long and prosper (Star Trek: The Original Series)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Joanna: Moje pierwsze zetknięcie się z oryginalną serią Star Treka nastąpiło, kiedy miałam jakieś osiem lat. Nie potrwało długo; już wtedy byłam kulturowo zindoktrynowana na rywalizację pomiędzy fanami Treka i Gwiezdnych Wojen, a ponieważ kilka lat wcześniej wsiąkłam w Odległą Galaktykę, mój los wydawał się przesądzony. Niskobudżetowy serial telewizyjny z psami przebranymi za kosmitów też nie za bardzo mógł konkurować z mieczami świetlnymi i tańczącymi misiami (miałam osiem lat, shh). Dopiero dużo później, już po obejrzeniu Nowej Generacji, powróciłam do TOS i naprawdę, nie spodziewałam się, że tak ten serial pokocham – przecież wszystko w nim widziałam już gdzie indziej, od Gwiezdnych Wrót po Galaxy Quest. A jednak, okazało się, że Star Trek mimo upływu lat nadal mocno się trzyma – może nie w kwestii efektów specjalnych i psów z rogami, ale zdecydowanie w kwestii ducha optymizmu. Mało jest chyba seriali, które wspominam tak ciepło.

Michał: TOS zacząłem oglądać niemal przypadkiem – w 2007 roku, kiedy emitowała go telewizja Puls. I od razu wsiąkłem! Ale ewidentnie miałem ku temu predyspozycje.

Swoją przygodę ze światem Star Treka zaczynałem oczywiście w latach dziewięćdziesiątych od Nowej Generacji (TNG), która była dla mnie doświadczeniem prawdziwie formacyjnym (kapitan Picard po dziś dzień jest moim wzorcem osobowym). Nieco później zacząłem poznawać pozostałe elementy tego uniwersum. Z załogą „oryginalnego” USS Enterprise zapoznałem się poprzez filmy pełnometrażowe. Zanim trafiłem na TOS, zdążyłem już umieścić Star Trek The Movie na liście moich ulubionych filmów SF… Tak, wiem, jestem dziwny. I wcale nie nudzi mnie scena przelotu wokół Enterprise’a; a wprost przeciwnie – zachwyca. Muzyka Jerry’ego Goldsmitha rządzi!

No więc do pokochania TOS byłem niejako predestynowany – i rok 2007 był właściwym momentem na zauroczenie. Wtedy dla mnie rozpoczynała się era nerdsploitacji. Zacząłem oglądać TOS trochę ironiczne: ta kiczowata gra aktorska, tanie scenografie i budzące uśmieszek kostiumy potworów. Ale bardzo szybko doznałem zawieszenia niewiary. Te historie był autentycznie wciągające, zaś postaci ciekawe. Cała teatralna umowność stanowiła do pewnego stopnia atut. To był też mały szok kulturowy. Najpoważniejszy to czołówka z muzyką Alexandra Courage’a zamiast Goldsmitha (tej z TNG). Ale TOS uświadomił mi też, jak bardzo różniły się seriale złotej ery telewizji do tych współczesnych. Przyzwyczajony byłem do odcinków po 45–40 minut – resztę godziny wypełniły reklamy. Odcinki TOS miały aż po 50 minut. Same te różnice mnie zachwyciły, ale z czasem dotarła do mnie też uniwersalna wartość oryginalnego Star Treka. W pewnym momencie – świadom wszystkich wad serialu – zrozumiałem, dlaczego był on tak ważny kulturowo. Bardzo szybko też zaraziłem się kultem Spocka.

Na marginesie wypada mi wspomnieć o dwóch sprawach:

Co do animozji między fanami Star Treka i Star Warsów – choć zapoznany zostałem z nią stosunkowo niedawno (i dalej jej nie rozumiem), to przyznam, że raczej bardziej mnie ciągnęło do ST. Może dlatego że jest bardziej „filozoficzne”, w stylu opowiadań Lema – porusza ciekawe dylematy społeczne, polityczne, problematyzuje przyszłość człowieka i cywilizacji. SW zaś to raczej opowieść przygodowo-mityczna w realiach zaawansowanych technologii, z uniwersalnymi dylematami i motywami kulturowymi. Swoją drogą z nadmiernej „filozoficzności” robił ST zarzut sam J.J. Abrams, chcąc w swoim filmowym wznowieniu skorygować to, co sprawiało, że nie podobał mu się oryginalny Star Trek. (Zachwyciła mnie riposta przeprowadzającego z nim wywiad Jona Stewarta: „Przepraszam, nie słuchałem cię. Zakładam, że jak powiedziałeś, że nie podobał ci się Star Trek, to potem już tylko przepraszałeś”.)

Biorąc pod uwagę te różnice między ST i SW, uważam, że zaspokoją one odmienne ludzkie potrzeby i ich konkurencja jest dla mnie trochę sztuczna. Może także i nerdzi potrzebują swoich klubów piłkarskich…

Muszę jeszcze dodać, że stacja, która emitowała TOS bodaj jako pierwsza w Polsce – TV Puls (dawna Telewizja Niepokalanów), podobnie jak np. TV4 – była jedną z tych ciekawszych komercyjnych telewizji na polskim rynku, która przez moment stanowiła jakby laboratorium dla „ważniejszych stacji” oraz niszę dla bardzo ciekawych, ale nie pasujących do głównego nurtu seriali (choćby Futurama). Dlatego chyba wypadałoby mi oddać honory tym stacjom, które swego czasu – w erze przed torrentami i CouchTunerami – stanowiły smakowity bufet dla pulpożercy takiego jak ja.

Fot. NBC via http://realitycheckbounced.tumblr.com/

Fot. NBC via http://realitycheckbounced.tumblr.com/

Fot. NBC via http://realitycheckbounced.tumblr.com/

Fot. NBC via http://realitycheckbounced.tumblr.com/

Fot. NBC via http://realitycheckbounced.tumblr.com/

Fot. NBC via http://realitycheckbounced.tumblr.com/

Fot. NBC via http://realitycheckbounced.tumblr.com/

Fot. NBC via http://realitycheckbounced.tumblr.com/

Agnieszka: Moje pierwsze spotkanie ze Star Trekiem odbyło się, podobnie jak u Michała, na pokładzie Enterprise-D w The Next Generation, którego przygody z pasją śledziłam poszkolnymi popołudniami na bodajże TV4. Raz zarażona, z jeszcze większą pasją śledziłam potem podróż załogi Voyagera, które w weekendowym, wieczornym paśmie niekodowanym nadawał Canal+ – z polskim dubbingiem! Jeśli miałabym się przyznać, to właśnie Voyagera spośród wszystkich odsłon ukochałam sobie najbardziej – ale musiałabym się też przyznać, że The Original Series nigdy nie obejrzałam w całości. Właściwie nie obejrzałam nawet całego pierwszego sezonu, a zaledwie kilka ocinków, za to mam za sobą wszystkie filmy kinowe. I w sumie sama nie wiem, czemu nie obejrzałam. Na pewno nie przez umowność scenerii, trącące myszką elementy wizualne czy egzaltowane aktorstwo. Przeciwnie, poziomem aktorstwa czy dojrzałym podejściem do tematu (wbrew plastikowym sceneriom) byłam nad wyraz zdumiona. Jednak dziś, po tej nieskończonej ilości fabularnie ciągłych seriali, chyba zbyt trudno wrócić mi do formuły zamkniętych w odcinkach pojedynczych historii. Co zupełnie nie zmienia faktu, że na każde wspomnienie TOS-a budzą się we mnie same ciepłe skojarzenia. I nawet trochę wstydu za samą siebie.

Joanna: Ja z kolei z każdym powrotem lubię TOS coraz bardziej. Mimo (a może z powodu) min Shatnera i tego, jak na komendę cała załoga macha rękoma i rzuca się o ścianę, kiedy Enterprise napotyka turbulencje… Michał pisze o uniwersalnych motywach i to jest dla mnie kluczem do Treka w ogóle, nie tylko do oryginalnej serii. Zaskakujące jest to, jak mało te tematy i odcinki się zestarzały. Z jednej strony jest mi trochę smutno, bo to znaczy, że nadal mamy te same problemy (chociażby konflikty rasowe, jak w Let That Be Your Last Battlefield). Z drugiej strony jednak jest coś niesamowicie dobrego w wizji Rodenberry’ego, który ze wszystkich możliwych przyszłości wybrał tą pełną optymizmu, gdzie główna misja to eksploracja i pragnienie poznania.

Jeśli pozwolicie, ponarzekam tu na Abramsa i reboot Treka (Michał otworzył drzwi i już nie mogę się powstrzymać). Cytat z jego wizyty u Jona Stewarta jest jak najbardziej na miejscu, bo ja od dawna już podejrzewałam, że JJ nie do końca rozumie ST. Nie tylko TOS, bo ten sam duch towarzyszy wszystkim inkarnacjom, ale TOS zwłaszcza, co widać w jego przeinaczaniu postaci i przysłonieniu głównych przesłań Treka one-linerami i błyskotkami. Dobrze się w kinie bawiłam, jasne, ale żaden z bohaterów nie był mi znajomy (no, może McCoy, ale to dlatego, że Karl Urban posługuje się voodoo albo czarną magią, żeby przejąć manieryzmy DeForesta).

Dla mnie oryginalny Trek to przede wszystkim nieugięta tendencja do łamania zasad telewizji (pierwszy pocałunek między czarnoskórą aktorką i białym aktorem, przemycanie dialogów przez nieumieszczanie ich w scenariuszu czy chociażby być może apokryficzna historia, jakoby Gene Rodenberry ogłosił producentom, że chciałby dodać trochę koloru na mostku – zgodzili się, myśląc że chodzi o różnorodność w kostiumach. Gene zatrudnił Nichelle Nichols). To także sci-fi w klasycznym stylu, alegoria o problemach naszej rzeczywistości i czasów – dla mnie o wiele ważniejsze niż kosmiczne stworzenia reprezentowane przez psa z rogiem na głowie (okej, ale ten pies to mój ulubiony obcy wszechczasów, jeśli mam być szczera).

Fot. NBC

Fot. NBC

Agnieszka: Ja szczerze powiem, bardzo lubię wersje Abramsa – co prawda jeden film bardziej od drugiego – choć faktycznie widzę i rozumiem, gdzie leży ten konflikt pomiędzy klimatem i przekazem obu produkcji. Skupiając się jednak na wizji Rodenberry’ego, tym, co z kolei osobiście cenię sobie w Star Treku, jest przede wszystkim wizja współpracy. Właśnie tam po raz pierwszy zobaczyłam, jak wielka i niepokonana może być machina ludzka złożona z członków załogi, zróżnicowanych rasowo i charakterologicznie, którzy potrafią wspołpracować ze sobą jak jeden mąż. Mostek Enterprise to dla mnie wzór koordynacji i współdziałania, o jakim w pojedynkę można tylko marzyć – i wzór tym większy, że pomnożony przez (wciąż aktualny) przekaz tolerancji. Ta współpraca, nierozerwalnie scalona z modelem optymistycznego badania świata, przyciąga mnie do Treka w każdej inkarnacji i stanowi dla mnie zdecydowanie pozytywny argument broniący Abramsa. Uniwersalność – w zasadzie nie da się zrobić Treka niebędącego, w jakiejś części, Trekiem. Jego wartości są aż tak fundamentalne. Co jest w nim najpiękniejsze na świecie.

Michał: Obie poruszyłyście arcyważne wątki.

Agnieszka uchwyciła celnie pewien prospołeczny wymiar Star Treka – obecny silnie w TNG, ale i w TOS dość wyraźny.  Ukazywały one pewien model etycznej i profesjonalnej współpracy, rozwiązywania sporów i kooperacji. To niebagatelny wzorzec.

To, co wskazała Joanna, stanowi ponadto o historycznej sile Star Treka. To jest nie tylko serial kultowy, ale i bardzo ważny kulturowo. Zabierał głos w głos w gorących debatach politycznych lat 60. Odważnie stawał po stronie równości rasowej, kiedy mogło to realnie obniżyć oglądalność lub zaszkodzić sieci. W tym kontekście wybaczyłbym mu nawet sporą domieszkę seksizmu, który i tak jak na ówczesną telewizję był dość umiarkowany. Mimo tego pokazywał kobiety-profesjonalistki na ważnych stanowiskach. Ponoć nawet pierwotnie kapitanem miała być kobieta – grana swoją drogą przez aktorkę wcielającą się w rolę siostry Chapel, Majel Barrett (późniejszą panią Roddenberry). Na to chyba było jednak za wcześnie na amerykańskim srebrnym ekranie.

No więc na tym serialu wychowały się rzesze ludzi, który później mieli okazję zmieniać świat na lepsze. Nasiąkli oni pewnym klimatem równości i wiary w przyszłość. No i jawnie się do tego przyznawali. Pewnie słyszałyście, że pierwszy amerykański prom kosmiczny nazwano – zamiast Constitution – właśnie na cześć trekowego Enterprise’a (FYI: trekowy USS Enterpeise NCC-1701 należał do klasy… Constitution. Przypadeq? Nie somdzem!)

Wymienianie wątków społeczno-politycznych i moralnych w TOS przyprawia o zawrót głowy. Ukazywanie niebezpieczeństw fascynacji faszyzmem jako drogi skoku ekonomicznego (S02E21: Patterns of Force); wizja światów żyjących w nieustannej symulowanej komputerowo wojnie nuklearnej (S01E23: A Taste of Armageddon); nawet poruszająca historia, co by było, gdyby Rosevelt dał się przekonać pewnej pacyfistce do zostawienia Europy samej sobie (S01E28: The City on the Edge of Forever) – to tylko niektóre warte odnotowania.

W tym kontekscie ciekaw jestem, co sądzicie o Pierwszej Dyrektywie Federacji?

Joanna: Opowieści o powstaniu TOS i potyczkach z szefami stacji cieszą mnie tak samo, a czasami nawet bardziej niż Trek sam w sobie, muszę przyznać. Majel Barrett zagrała Pierwszą Oficer w niewyemitowanym pilocie The Cage (potem inkorporowanym w serię w postaci flashabków). Pilot różni się mocno od samej serii – Pike zamiast Kirka, szeroko uśmiechnięty Spock, brak McCoya i innych postaci – ale pokazuje kierunek, w jakim Rodenberry chciał pójść. Wiele z cech późniejszego Spocka widać u Number One – chłodne, nieemocjonalne podejście, skłonność do wysokiego cenienia logiki, skrywana natura. Majel Barrett mówiła potem, że szefowie stacji nie wierzyli, że kobieta może sprawdzić się w tej roli i naciskali na Gene’a o zmiany. Nie podobał im się też Spock i jego „szatański” wygląd. Rodenberry „zostawił kosmitę i ożenił się z kobietą”, mówiła w którymś wywiadzie Majel, dodając, że tak było, bo „Leonard nie zgodziłby się w drugą stronę.” Barrett została więc Chapel, ale nie tylko. Chłodna Number One żyje też jako głos Enterprise we wszystkich inkarnacjach Treka, wliczając w to pierwszy reboot.

Pierwsza Dyrektywa jest koncepcją niesamowicie fascynującą zarówno w samym serialu, jak i w filozofii go otaczającej. Trek jest jednocześnie pochwałą pewnej amerykańskiej filozofii pogranicza – nie bez powodu przestrzeń staje się „the final frontier” – i przesuwania granic, parcia ku odkryciu, ku ekspansji, ku rozwojowi. Jednocześnie wychodzi z założeń nieingerencji i „po pierwsze nie szkodzić”, wpisując się w dyskurs postkolonialny bardziej niż western. Oczywiście trzeba by się tu przyjrzeć temu, jak często Dyrektywa jest w serialu zachowana – absolutna nieingerencja sprawiłaby, że odcinki byłyby znacznie krótsze, jak mniemam.

(Mistrzem Pierwszej Dyrektywy pozostaje dla mnie Doktor McCoy, który podróżując w przeszłość na Ziemi, daje kobiecie w szpitalu tabletkę, która sprawia, że odrasta jej wątroba. Pierwszorzędne zachowanie zasad nieingerencji.)

Fot. NBC via http://realitycheckbounced.tumblr.com/

Fot. NBC via http://realitycheckbounced.tumblr.com/

Fot. NBC via http://realitycheckbounced.tumblr.com/

Fot. NBC via http://realitycheckbounced.tumblr.com/

Fot. NBC via http://realitycheckbounced.tumblr.com/

Fot. NBC via http://realitycheckbounced.tumblr.com/

Agnieszka: Dla mnie Pierwsza Dyrektywa, poza wymiarem wspomnianym przez Joannę, stanowi pewien wyznacznik szlachetności bohaterów. To oni są tymi dobrymi, to oni dbają o zachowanie naturalnej równowagi wszechświata, to oni nie są tymi, którzy chcą przybyć, zwyciężyć i podbić. Ale jednocześnie, w przewrotny sposób, również niestosowanie się do Dyrektywy stawia bohaterów w pozytywnym świetle, jak pięknie pokazuje przykład z McCoyem. Zawsze lubiłam w Star Treku to posiadanie granicy i jednoczesną umiejętność bohaterów do manewrowania wokół niej przy użyciu jeszcze bardziej szlachetnych intencji. Wizja przyszłości w tym świecie nie zawsze zwalała mnie z nóg – czasami była po prostu zbyt dobra, żeby mogła być prawdziwa – ale właśnie takie niepokorne działania pokazywały mi, że nie jest to wcale świat sztywny czy pozbawiony odcieni czerni i bieli.

Michał: Istotnie, to dość zabawne, jak nagminnie kapitan Kirk z załogą łamali Pierwszą Dyrektywę… Oczywiście zawsze robili to w słusznej sprawie oraz z dobrymi intencjami i generalnie się z tymi postawami zgadzamy. Ale zdarzały się przypadki nie całkiem taktowne. W pamięci zapadł mi szczególnie jeden, kiedy nad wyraz stanowczo trzymali się zasady nieingerencji w The Omega Glory (S02E23). Cywilizowani Kohms prosili o pomoc przeciw atakującym ich dzikusom Yangs. Kirk konsekwentnie odmawiał. Okazało się, że wszyscy byli potomkami kolonistów z Ziemi kontynuujących zimnowojenne spory. Kohms – czyli… Komuniści – zostali pokonani, zaś Yangs – a właściwie: Jankesi – przemaszerowują triumfalnie z amerykańską flagą… Nie pomaga tu fakt, że Kohms mieli wyraźnie azjatyckie rysy twarzy, zaś Yangs byli wszyscy „All-American” blondynami. Ale takie rzeczy chyba były nie do uniknięcia w klimacie zimnowojennym. Sam fakt wprowadzenia zasady nieingerencji jako imperatywu był i tak godny docenienia.

Dla mnie Pierwsza Dyrektywa jest dobitnym świadectwem początków politycznego postmodernizmu, ze szczególnym akcentem na zachowanie różnorodności badanych lub inkorporowanych do federacji kultur. To serialowa figura tzw. trzeciej generacji praw człowieka. Do pierwszej należały typowo liberalne wolności „od” ingerencji (wolność słowa, religii, itp.); potem były prawa socjalne. Po drugiej wojnie światowej natomiast zaczynały zdobywać znaczenie prawa przyznawane grupom. W TNG było to dostrzegalne najwyraźniej. Na przykład w Symbiosis (TNG S01E22) jedna planeta uzależniła od siebie drugą, produkując narkotyk udający niezbędny lek. Pierwsza Dyrektywa sprawia, że Picard nie może nic zrobić z tym cywilizacyjnym pasożytnictwem. Przyznam, że jako dziecko byłem w prawdziwym szoku i pobudziło mnie to do głębszego namysłu.

Oczywiście była to propozycja budowania jedności w galaktyce bez asymilacji – symbolizowanej przez kolektyw Borg: ucieleśnienie jednoczącej, modernistycznej „wielkiej narracji”. Oddawało to trendy w amerykańskim podejściu do różnorodności. Wcześniejszą politykę nazywano „melting pot” – kotłem, w którym przetapiało się wszystkich w jednolitą kulturowo masę. Zastąpiła ją koncepcja „salad bowl” – sałatki z odrębnymi, zachowującymi swoistość kawałkami warzyw.

Myślę, że to hołubienie różnorodności kulturowej najlepiej reprezentuje słynne wulkańskie pozdrowienie Spocka. W samym serialu było świadectwem bycia autsajderem – i w rzeczywistości wywodziło się z tego samego. Leonard Nimoy wprowadził je do serialu i – ostatecznie do kultury masowej – czerpiąc z tradycyjnych obrzędów judaizmu.

Joanna: Dochodzimy tutaj to głównego powodu, dla którego zaczęliśmy ten wielogłos. Śmierć Leonarda Nimoya sprawiła, że zebrało nam się na wspominki. Pewna nostalgizacja Treka to nic nowego, ale trudno się nie wzruszać zwłaszcza teraz, kiedy zabrakło dziadka wszystkich nerdów. (Nimoy sam na twitterze zaprosił każdego, komu brakuje dziadka albo kto chciałby mieć ich więcej, do uważania go za Dziadka Honorowego.)

Tak samo jak załoga Enterprise towarzyszyła geekom i nerdom od lat, tak twórcy i aktorzy byli ważną częścią amerykańskiej pop kultury, zwłaszcza ze względu na w pełni godne Treka zaangażowanie w sprawy społeczne. Nimoy na przykład został przez Rodenberry’ego obwołany Sumieniem Star Treka, kiedy odmówił grania Spocka, dopóki Nichelle Nichols i George Takei nie dostaną wynagrodzeń równych swoim współgrającym.

Mnie zawsze uderza historia Nichelle opowiadającej o tym, jak chciała zrezygnować z roli i przyznała się do tego Martinowi Lutherowi Kingowi, który natychmiast zaczął gorąco namawiać ją do pozostania w serialu, podkreślając, jak wielką rolę ma obecność czarnej kobiety na mostku statku Enterprise. Whoopi Goldberg, którą potem mogliśmy zobaczyć w TNG, podkreślała, jak ważne było dla niej zobaczenie na ekranie kogoś takiego jak ona, i to w roli niebędącej nianią czy służącą.

Nie jestem pewna, jak bardzo opowieści o aktorach wpływają na mój odbiór postaci i serialu, ale zdecydowanie sprawiają, że zawsze niesamowicie ciepło myślę o ST.

Fot. NBC

Fot. NBC

Agnieszka: No i właśnie, w tej załodze Enterprise towarzyszącej geekom i nerdom od lat znajduje się moim zdaniem całe clue tej sytuacji – śmierć Leonarda Nimoya dotknęła nie tylko fanów Star Treka, ale praktycznie cały fandom fantastyczny. I to dotknęła bez wytykania palcami, złośliwości czy korzystania z okazji do dokopania „drugiej stronie barykady”, zamiast tego po prostu pojednując i łącząc w smutku. Przypominając, że jednak żyjemy w jednej galaktyce. I choć szkoda, że dopiero śmierć jednej z ikon naszej popkultury była w stanie pokazać tę piękną, wzruszającą stronę fandomu, z drugiej w pewnym sensie cieszy mnie, że byliśmy w stanie, tak razem, wspólnie, ramię w ramię, pożegnać Leonarda Nimoya.

Ale patrząc jeszcze inaczej: zarówno Star Trek, jak i Spock, jak i de facto Nimoy (choćby poprzez wybitnie geekowską reklamę samochodową) są tak bardzo „wgrani” w naszą kolektywną fandomą świadomość, że żadne śmierci i odejścia nie są w stanie naruszyć jej fundamentów. Star Trek właśnie poprzez swoje przełomowe kulturowe znacznie, Spock jako postać kultowa i wiecznie żywa w internetach, Nimoy jako figura, która pomogła wznieść to wszystko na wyżyny i do końca życia pozostawała bliska sercom fanów. Po śmierci aktora przez dobrych kilka dni nie byłam w stanie myśleć o jego utracie bez sięgania po chusteczki do nosa, ale jeśli coś ma mnie w tej sytuacji pocieszyć, to tylko świadomość, że będzie żył wiecznie :)

Michał: …i prosperował ;-)   \\//_

Fot. Paramount Pictures via http://38.media.tumblr.com/

Fot. Paramount Pictures via http://38.media.tumblr.com/

Star Trek: The Original Series
science fiction
NBC, 1966–1969

Agnieszka „Aeth” Jędrzejczyk
Geek. Gracz. Kobieta. Miesza science-fiction, fantasy i fantastykę z serialami, filmami i grami video, a do tego wiernie wielbi twórczość Jossa Whedona, Playstation i zombie. Ogląda niemal wszystkie seriale fantastyczne w ramówce (przeszłej, teraźniejszej i przyszłej) i już nawet nie pamięta, od jak dawna. Od ponad dwóch lat pisze za to z orbity na wiedzmanaorbicie.pl.

Joanna Kucharska
Zawodowo ogląda seriale. Jeszcze jej za to nie płacą, ale pracuje nad doktoratem na temat seriali internetowych, więc prawie prawie. W międzyczasie hate-watchuje większość seriali, które ogląda i pasywno-agresywnie udziela się na tumblerze.

Michał Zabdyr-Jamróz
Fan Star TrekaStargate’aFireflyFalloutaStrażników i Battlestar Galactica. Kibic wyścigu kosmicznego. Lubuje się też w kinie noir oraz filmach i serialach historycznych. Sporadycznie oddaje się światu Warhammera 40K.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)