Fot. The WB

Pierworodny syn Adama i Ewy (Supernatural, S10E13–14)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: W tym sezonie mieliśmy sporo udanych odcinków „zabawnych”, jeden udany odcinek nostalgiczny – mam na myśli rocznicowy – no i żadnego dobrego odcinka „na poważnie”. Aż do teraz. Epizod z Kainem uderza w głęboką nutę i udaje mu się to, co się nie udało wielu metaplotowym odcinkom sezonu. Ta „poważna” czy też „epicka” warstwa zdawała się dotąd przegadanym nudziarstwem. A tymczasem… dostaliśmy zwięzły, porządny, momentami mrożący krew i bardzo emocjonalny odcinek. Dean decyduje „I’ll kill Kain”, stając się totalnym superbohaterem, żeby nie rzec – półbogiem. Nic już nie jest i nie będzie dla niego niemożliwe. Mamy kilka poważnych rozmów, nocne spotkania w półmroku, nastrój grozy i ponurą muzykę smyczkowo-dętą, filmową, ilustracyjną, żadnych rockowych hitów. Najważniejsi gracze łączą siły. Pokerowe twarze, stara gwardia, doświadczeni wyjadacze. Prawie nikt się nie uśmiecha, wiadomo.

To walka na śmierć i życie. Trochę jak w stylowym spaghetti westernie. The Good, the Bad and the Ugly. Mały chłopczyk jako przynęta, moralna wieloznaczność, ryzyko, napięcie. Wszystko tak, jak być powinno. Pomijając zakończenie odcinka całość ogromnie mi się podobała. Męskie wyzwania, męskie rozmowy, dużo wielkich słów. „I’m scared, Sam”. Prawie że #singlemantear „It feels like the means to an end”. „You told me, that this day would come”. Serial z powodzeniem uderzył w wysokie „C”. Dostaliśmy emocje zamiast nudy. Czy się ze mną zgadzasz?

Fot. The WB

Fot. The WB

Cathia: W gruncie rzeczy tak. Był to drugi odcinek dotyczący głównego wątku, który mnie w jakikolwiek sposób poruszył, bo pierwszym był jednak Soul Survivor, co – jak by na to nie patrzyć – jest smutne. Ale rozmawialiśmy sobie o tym już kilka razy. Tym, co stanowi o jego wyjątkowości, jest właśnie punkt przełomu. Przyznam, że miałam wrażenie, iż Dean tak naprawdę liczył/miał nadzieję na to, że umrze. Jego śmierć z ręki Pierwszego Zabójcy prawdopodobnie załatwiłaby sprawę, wszak nawet Rycerzyca Piekła potraktowana Ostrzem nie wróciła na ten padół łez.

Wiemy też, że użycie Ostrza przez jego prawowitego właściciela przeciwko sobie samemu kończy się w bardzo zły sposób, a przynajmniej nie daje takiego efektu, na jaki właściciel liczył. Jednak jeśli właściciel Ostrza wrazi je pod żebro drugiemu? Może to jest właśnie ta luka w przepisach, która miała dać Deanowi szansę na przerwanie błędnego koła? Niestety, nie dała. Dean ma teraz wyjątkowo przegwizdane, wręcz siedmiokrotnie, co już wiemy z Księgi Rodzaju (Rdz 4,15). Nastąpiło nowe przetasowanie na szachownicy: Kain już nie pomoże, Dean jest w kłopotach, Castiel… no dobrze, o Castielu najlepiej w tym sezonie zapomnijmy, a Crowley przekonał się, że może skończyć nostalgiczne wspominanie potencjalnego bromance, którego tak naprawdę nie było. I chociaż tak naprawdę w głównym wątku nie zmieniło się nic – Znamię dalej jest, nie wiemy, co z nim zrobić, to pewne rzeczy już nie będą takie same. Choćby świadomość, że Winchesterowie po raz kolejny nie mają problemu z potraktowaniem cywila jako przynęty. Pamiętasz może to promocyjne pytanie: „Kto jest prawdziwym potworem?” No właśnie…

Pirjo: Pamiętam i boję się na nie odpowiadać… Ale wróćmy. Jest to odcinek pełen przepięknych obrazków. Rowena w czarnej sukni i dobrym humorze, u boku swego synka, organ doradczy feudalnego dworu, grzecznie pochylona nad ręczną robótką. Posiwiały, szalenie przystojny Kain odwiedzający przestępcę osadzonego w stanowym więzieniu. Te piękne pukle Kainowych włosów, niedbałość zarostu, orli nos. Niewzruszona, smutna, egzystencjalnie cierpiąca mina podczas finałowej walki. Bohater, który dźwigał przecież na barkach ciężar tysięcy lat. Był od dawna pogodzony ze śmiercią. I to było widać, czuć. Tę dojrzałość, przy której reszta gromadki to szczenięta, chłystki, gówniarzeria. Tak jakby mówił „Przecież chcę, żebyś mnie zabił. Postaraj się bardziej, chłopcze”. Sama scena, monolog o tym, jak to Dean przeżywa odwróconą wersję historii Kaina i dąży do zabicia brata… była cudowna, trafna i poruszająca. Sam i Dean jako Abel i Kain? Tego jeszcze nie było, a na pewno nie wprost – a przecież mówimy o najsławniejszym biblijnym tandemie braci i o słynnych braciach z serialu. Czy rzeczywiście Dean zabije kiedyś Sama? I oryginalny Kain, jako ojciec ludzkości, mroczna wersja Papy Winchestera. Zabicie ojca? Czy może być coś silniej Freudowskiego, archetypicznego niż daddy issues? Tak, zrobiło się epicko. Mrocznie. Gęsto od mitu. I Omundson zagrał to perfekcyjnie.

Fot. The WB

Fot. The WB

Zupełnie inna postać od jego komediowych wcieleń w Psych czy Galavant. Timothy powinien dostawać więcej takich szans. Kain to była postać emanująca ogromną mocą, ważny gracz na scenie serialu, niesamowicie istotna postać mitologii. Postać o głosie głębokim jak studnia bez dna, o filozoficznym podejściu do świata, grająca ze spokojem podszytym szaleństwem. Mam wrażenie, że Kain zginął nie dlatego, że to był „jego moment”, ale dlatego, że twórcy postanowili uśmiercić kogoś z „core mythology”, żeby wzmocnić przekaz sezonu, żeby potem w streszczeniach można było napisać „ten sezon jest ważny, bo zginął w nim X” i padło akurat na Kaina. Trochę przypadkiem. A to jedyny bohater budzący lęk, jedyny z niezwykłą, nieludzką osobowością, taka szara eminencja, której nie wolno nie doceniać, bo jest zdolny do wszystkiego. W świecie, w którym Winchesterowi są Alfą i Omegą i doskonale sobie radzą z Crowleyami i Metatronami – wraz z Kainem odszedł jedyny (po)ważny gracz. Bracia nie mają już przed sobą zupełnie żadnych wyzwań, żadnej sensownej opozycji. Szkoda… Ten odcinek w zasadzie mógłby być finałem serii, nie uważasz?

Cathia: To jest właśnie to, co mi się nie podobało. Zabicie Kaina tak naprawdę, poza daniem nam rewelacyjnego odcinka, było absolutnie bez sensu, również fabularnie! Dostaliśmy i owszem, wspaniałe sceny oraz ujęcia, nareszcie odniesiono się do słów Michała z The Song Remains the Same („It’s a bloodline. Stretching back to Cain and Abel.”), rozpatrywanych zresztą dosyć mocno przez fandom od sezonu piątego, ale, niestety, nie przyniosło nam to żadnego fabularnego rozwiązania głównego wątku, poza – jak już wspominałam – innym rozstawieniem pionków na planszy. Mówiąc szczerze, diabli mnie na tę myśl biorą, bo skreślenie na zasadzie „kogoś musimy” tak niesamowicie charyzmatycznej postaci jest niewiarygodnym wręcz marnotrawstwem. Karygodnym!

I tak jak mówisz, teraz to już praktycznie nie ma istoty, której Winchesterowie nie mogą zgładzić. A, przepraszam, jest Śmierć i modlę się do bogów, by nie wrócił zbyt szybko do serialu, bo się jeszcze okaże, że jest następny na liście pod tytułem „Kogoś musimy” – jak Kain, jak Tessa. Przykro mi, to bardzo mocno zabija radość oglądania. Ja wiem, że bohaterowie dojrzewają, wiem, że nabywają kolejne umiejętności – to wszakże jest dorastanie, rozwój, ale w pewnym momencie moje zawieszenie niewiary spada z kołka, na który je odwiesiłam. I jeśli już odnosimy się do mitów, chłopcy są obecnie wręcz półbogami, a jeśli było coś, co mnie zawsze fascynowało w takich postaciach, to pewna nieuchronność śmierci, która na nich czekała. Spójrzmy choćby na Achillesa. Mamy pewne specjalne umiejętności, jesteśmy niesamowici i niepokonani, ale… coś za coś… W gruncie rzeczy – przechlapane. Winchesterowie też mają przechlapane, jednak tak naprawdę ciężko mi obecnie tak do końca przejąć się tym, co się z nimi dzieje, skoro zabili już nawet Kaina, a przesłuchanie Skryby Bożego (choć jakże odświeżające) to zaledwie kwestia spuszczenia Deana ze smyczy. Gdyby ten odcinek był finałem serii, mogłabym się z tym pogodzić. Jednak to zaledwie jej środek, więc co stanie się na koniec? W obecnej chwili twierdzę, że nic tego nie przebije, nic nie będzie lepsze niż ta zimno tak naprawdę rozegrana scena w szopie, wspaniale zresztą sfotografowana.

A Omundson jest rewelacyjny. Padam przed nim na twarz i wzroku przed bóstwem nie podnoszę. Co za aktor!

Fot. The WB

Fot. The WB

Pirjo: I na deser jeszcze plącząca się po odcinku Rowena, ze swoim słodkim głosikiem, manipulacjami, tajnymi sprawkami… You’re their bitch”. No cóż, dla mnie ona jest cudownie stylowa, choć ani trochę nie budzi grozy na miarę Kaina. Lubię jej słuchać i na nią patrzeć, jak snuje swoją pajęczą sieć. Ale wiem, że Ty jej nie cierpisz. Dlaczego?

Cathia: Moim problemem jest nie tyle Rowena, co idiotycznie prowadzony wątek Crowleya. Rozumiem, Trzecia Próba wpłynęła na niego w taki, a nie inny sposób; sprawiła, że Crowley stał się częściowo człowiekiem, w mniejszym lub większym stopniu, jako że nigdy nie została dokończona. Stał się jednak wrażliwy na ludzkie emocje, czy to odczuwane przez innych, czy przez samego siebie. Pamiętam to „I just need to be loved” i dokładnie tego pragnie Crowley – związku z drugim człowiekiem, drugą istotą. Lola i lanie łez nad Casablanką się przypomina, aczkolwiek nie jest to przyjemne wspomnienie. Bromance z Deanem jest tylko tego potwierdzeniem. Jasne, Dean okazuje się nie do końca być tym, w co chciał go przekształcić Crowley, więc Crowley przekazuje go Samowi, jednak choćby po tych koszmarnych flashbackach wiemy, że tęskni za tym specyficznym związkiem emocjonalnym.

W to wszystko wrzucona zostaje Rowena, która próbuje nim pogrywać i to pogrywać w sposób absolutnie prymitywny. I choć w niektórych momentach tego odcinka wiadomym było, że Król doskonale się orientuje, że ona próbuje nim manipulować, to jednak samo oglądanie tych zabiegów sprawiało mi wręcz fizyczny ból. Powtarzanie tych samych zarzutów, idiotyczne przymilanie się… Dodatkowo wyjątkowo irytuje mnie głos i ton tej postaci, świdruje mi wręcz mózg. Niemniej przyznam, finał tego odcinka, mistrzowskie zagranie Roweny sprawiło, że niechętnie powiem, że to może być interesująca postać kobieca, obiecana nam w tym sezonie, ale niech zacznie robić coś więcej poza plątaniem się po Piekle i podważaniem autorytetu Crowleya. Niestety, w kontekście tego, co zostało powiedziane, obawiam się, że dostaniemy więcej „troskliwej mamusi Roweny” i zmanipulowanego Crowleya, który będzie chciał wierzyć w to, że ona robi to tak z uczucia, a nie ze zwykłego wyrafinowania.

Fot. The WB

Fot. The WB

Pirjo: A poza tym… tyle feelsów. Tyle braciszkowych emocji w odcinku, pokazanych wprost, bo w tym epizodzie Winchesterowie niczego nie ukrywali, walili prosto z mostu, braterska miłość, bracia krwi, patos, zaufanie, troska. I wielkooki, cierpiący Dean. Jak ja lubię, gdy on cierpi! Czy ty też lubisz? Czy jesteśmy złe z natury?

Cathia: Zawsze twierdzę, że mam wyjątkowo podły charakter i jestem sucz z piekieł rodem! Powiedzmy sobie szczerze, połowa fanek SPNa, na czele z Serą Gamble, uwielbia oglądać sponiewieranych Winchesterów, a na braterskich uczuciach ten serial „leci” od pierwszego sezonu i również na tym polega jego siła. Jestem zachwycona, że chłopcy wreszcie grają w otwarte karty, może zdążyli się już nauczyć, że każda tajemnica tak naprawdę ugryzie ich tam, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę. Nie ma też angstu!!! I niech tak już zostanie, błagam.

Pirjo: No a na koniec pozostaje zadać pytanie: czy czekasz na dalsze odcinki? W jakim stanie emocjonalnym zostawiła Cię ta część sezonu? Co dalej z Supernatural?

Cathia: Jestem w ciężkiej żałobie po Kainie. Poważnie. Chyba tylko zabicie Gabriela i skok Sama do otchłani w Swan Song do tego stopnia wykończyły mnie emocjonalnie. Co będzie dalej? Powiem Ci, co będzie dalej: doskonałe odcinki z potworami tygodnia i przeciętne głównowątkowe. Ostatnio doszliśmy z moim mężem do wniosku, że jedyne, co jest w stanie ten serial ocalić, to uśmiercenie Castiela oraz Crowleya i powrót do MOTW, co widać po tym sezonie bardzo mocno. I to mówię ja, wielka fanka Króla Piekieł!!! Jednak co za dużo, to nie zdrowo, zwłaszcza jeśli nie ma się na pewne rzeczy zupełnie pomysłu! Na Castiela nie ma go już od lat, na Crowleya przyszła kryska obecnie, ale widać, że chłopcy nadal mają chemię, a potencjał jest!!!

Pirjo: I tego potencjału się trzymajmy!

Supernatural
S10E13: Halt & Catch Fire, emisja: 10.02.2015
S10E14: The Executioner’s Song, emisja: 17.02.2015

Cathia
Mól książkowy, zwierzę konwentowe, fangirl i Sheppardolożka. Wielbicielka czarnych charakterów, na czele z pewnym Królem Piekieł o brytyjskim akcencie. Kilka lat temu dosyć niespodziewanie zapadła na chorobę o nazwie Supernatural i modli się, by nigdy nie znaleziono na to leku. Aktywny członek fandomu od co najmniej 16 lat. W wolnych chwilach zajmuje się rękodziełem, robiąc kartki o fantastycznej tematyce, ostatnio zaczęła również pisać supernaturalowego bloga.

Pirjo Lehtinen
Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)