Fot. TVP2

Strach się bać. Ale kogo? (Służby specjalne, PREMIERA: S01E01–02)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Miłośników polskich seriali współczesnych można podzielić z grubsza na dwa stronnictwa: Gliny i Pitbulla. Niekiedy da się posłyszeć na kanapie miłośników kryminałów ciche szepty o Mroku i Paradoksie, ale tak naprawdę liczy się ta dwójka.

Glina w reżyserii Pasikowskiego był serialem literackim, ze skomplikowanym bohaterem tytułowym, złożoną fabułą i narracją rodem z klasycznej epiki. Z kolei Patryk Vega, autor Pitbulla postawił na co innego: epizodyczną strukturę, scenariusze oparte na prawdziwych wydarzeniach, techniki filmowe rodem z paradokumentu i naturszczyków na trzecim planie. W dwóch pierwszych seriach dawało to znakomite efekty, w trzeciej i ostatniej coś się popsuło. Według sceptyków Vega, któremu skończył materiał z kronik kryminalnych, nie potrafił wymyśleć od siebie niczego interesującego. Zwolennicy twierdzą, że niepotrzebnie oddał reżyserię innym, samemu zadowalając się fotelem producenta.

Gdy w 2008 Pitbull dobiegł końca, Vega poszedł w bardziej komercyjnym kierunku. Dla TVN zrealizował dwie serie Twarzą w twarz z Pawłem Małaszyńskim w roli głównej (wyszła typowa produkcja tej stacji: grzeczna i bez wyrazu). Dla TVP jedną serię Instynktu z Danutą Stenką, który był odtwórczą próbą zrobienia serialu w amerykańskim stylu. Jeszcze gorzej szło mu z podbijaniem wielkiego ekranu: o Ciachu i Last Minute najlitościwiej zapomnieć, Stawka większa niż śmierć tylko rozsierdziła fanów klasycznego serialu o Hansie Klossie. Plany polsko-niemieckiej adaptacji wrocławskich kryminałów Krajewskiego upadły (niedawno wprawdzie odgrzebano projekt, ale z Agnieszką Holland za kamerą). Sceptycy z radością stwierdzali, że się nie mylili i z Vegi nic już nie będzie.

Wreszcie po latach wciąż wierzący w talent Vegi zwolennicy ujrzeli iskierkę nadziei: Vega wraca do metody, która dała mu sławę. Rozgrzebuje bolączki czasów współczesnych i ubiera w formę filmu sensacyjnego perspektywą rozwinięcia w serial. Tylko tym razem nie o policji, ale o specłużbach. Kinowe Służby specjalne miały premierę w 2014, teraz natomiast rozpoczęła się na TVP2 emisja serialu.

Czy się udało?

Zacząć należy odpowiedzi, co to było WSI.

Bo wersje są dwie.

Według pierwszej Wojskowe Służby Informacyjne to działająca w latach 1991–2006 państwowa instytucja odpowiedzialna za wywiad i kontrwywiad. Odpowiedzialne i skuteczne, niepotrzebnie rozwiązane przez prawicową koalicję i zastąpione przez złożone z niedoświadczonych amatorów Służbę Wywiadu Wojskowego i Służbę Kontrwywiadu Wojskowego. Na oficerów WSI zorganizowano niczym nieuzasadnioną, a umotywowaną politycznie nagonkę, zarzucając im udział w najprzeróżniejszych przestępstwach.

Wedle drugiej WSI to była spółka córka radzieckiego GRU, która po upadku żelaznej kurtyny wyrwała się na swobodę. Posiadając status służby państwowej, a pozostając poza wszelką kontrolą, łamała dla zysku i dla władzy wszystkie prawa, nie mając litości. I nawet likwidacja WSI nie rozwiązała problemu. Raport końcowy nie ujrzał światła dziennego, bo prezydent, który miał go ujawnić, poleciał do Rosji i już nie wrócił, a jego następca zrezygnował z publikacji, gdyż zbyt cenił WSI za profesjonalizm i oddanie sprawie, pozostając z jej funkcjonariuszami na przyjaznej stopie od ćwierćwiecza, jeśli nie dłużej.

Vega wybrał tę drugą wersję.

Fot. TVP2

Fot. TVP2

Świat pokazany w Służbach specjalnych to bagno, w którym nie ma ani jednego przebłysku dobra. Jest tylko zło, podłość, kłamstwo i hulający po Warszawie seryjny samobójca. Wojskowe Służby Informacyjne są tu bohaterem o tyle, że na tle nieudacznych polityków i konkurencyjnego ABW ich funkcjonariusze wyróżniają się profesjonalizmem i lojalnością. Nawet kiedy porządek w „firmie” zaczyna się sypać.

Po pobieżnym streszczeniu dwóch wielkich afer lat 90. (FOZZ i Art-B) oraz kilku drobniejszych wydarzeń w odcinku pierwszym, narracja przeskakuje do wydarzeń nieco nowszych: ostatecznego rozmontowania WSI, ich oporu oraz mniej lub bardziej powiązane z tym wydarzeń. Są więc afery paliwowa, seksualna oraz zapowiedź gruntowej, są komisje śledcze, wszystko doskonale znane z pierwszych stron gazet każdemu, kto zaliczył poprzednią dekadę. Zasadniczo.

To wydaje się głównym mankamentem Służb. Bohaterowie Pitbulla byli fikcyjni (chociaż inspirowani postaciami prawdziwych stróżów prawa, których Vega poznał, realizując dokument Prawdziwe psy), a fabuły, mimo że oparte na głośnych zbrodniach, potrafiły funkcjonować samodzielnie, tworzyć nowe konteksty, czasem nawet odbiegając w finale od spraw, którymi się inspirowały. Tymczasem Służby idą na ryzykowną grę, którą zdaje się (po dwóch odcinkach na pięć) przegrywać. Idą na dosłowność, która okazuje się żartem. Słyszymy o Art-B, kulisy wydarzeń brzmią sensownie, ale zaraz okazuje się, że nie było to Art-B, ale jakieś ARTBI. Podobnie pojawiający się na ekranie politycy są tak bardzo karykaturalnymi kopiami oryginałów, że nie można tego uznać za coś innego niż kiepski dowcip. Postaci i wydarzenia przedstawione w serialu – czytamy w napisach końcowych i oznacza to, ze Służby specjalne są kabaretem, który nie umie wymyślić własnych żartów ani powiedzieć czegoś wprost, więc tworzy aluzje grubymi nićmi szyte. To nie jest droga Gliny, ani droga Pitbulla. To droga donikąd. Przez tak finezyjnie pokazane kulisy polityki za parę lat Służby będzie się oglądać jak Uprowadzenie Agaty – czyli nie oglądać.

Fot. TVP2

Fot. TVP2

Problemom fabularnym towarzyszą problemy z narracją. Skacze ona po wątkach i tematach oddzielonych, jak u Tarantino, planszami z tytułem epizodu. To ryzykowna forma, pasująca bardziej do filmu niż serialu (który już jest podzielony na odcinki i nie potrzebuje dalszego rozczłonkowywania, a nawet powinien go unikać), ale uznajmy, że wprawny reżyser potrafi sobie poradzić. Vega nie potrafi. Ani proces rozmontowywania WSI przez prawicową koalicję, ani życie prywatne bohaterów nie są na tyle mocnymi wątkami, by organizować pozostałe. Nawet postaci są wprowadzane w dziwny, zupełnie niespotykany w porządnych serialach sposób. W pierwszym odcinku jedynym głównym bohaterem jest demoniczny funkcjonariusz Bońka (bardzo dobra rola Janusza Chabiora), a inne postaci to malownicze, ale jednak tło. Dopiero w drugim odcinku pojawia się równorzędny partner Bońki, grana przez Olgę Bołądź Aleksandra Lach vel Światło (vel Fleischfarb, jeśli dobrze odgadłem żart Vegi – ten akurat udany, bo nie zabity dosłownością). Jeśli wierzyć zapowiedziom, w odcinku trzecim ekipę głównych bohaterów dopełni grany przez Wojciecha Zielińskiego Janusz Cerat. Może razem z nim pojawi się prawdziwa fabuła?

Fot. TVP2

Fot. TVP2

Chabior, Bołądź, Zieliński i reszta ekipy to dobrzy aktorzy. Chabior mógłby straszyć dzieci, Bołądź nawet w workowatym stroju ochroniarza wygląda niesamowicie (ale to nie sztuka, kiedy jest się Olgą Bołądź), a grający generała Światłę to wykapany Francis Urquhart z House of Cards – ta sama uroda, ten sam uśmieszek, to samo miejsce w hierarchii. Ich role ciągną ten serial. Do tego mają do wygłoszenia świetne teksty, bo choć Vega nie radzi sobie z fabułą, to wciąż pisze pitbullowskie dialogi. Żeby jeszcze dało się te dialogi zrozumieć – nawet jak na Polskę Służby specjalne wyróżniają się fatalnym udźwiękowieniem. Gdzie te czasy, kiedy Has cyzelował postsynchrony?

Po dwóch odcinkach Służby specjalne rozczarowują nieskładnym scenariuszem i fabułą bliższą grotesce niż „poważnej” sensacji. Ratują je aktorzy, dialogi i szczypta humoru (również bliskiego temu, co oglądaliśmy przed laty w Pitbullu). To niestety za mało, żeby serial się obronił, ale Vedze pozostały jeszcze trzy odcinki, w których może częściowo naprawić swoje błędy.

Fot. TVP2

Fot. TVP2

Dodatkowo za plus można uznać, że Służby specjalne pozostawiają widza z dwoma dylematami.

Dlaczego tacy Amerykanie z teorii spiskowych potrafią uczynić gałąź popkultury, inspirację dla znakomitych dzieł (JFK, Archiwum X, Deus Ex), a u nas wciąż funkcjonują one na marginesie? Chris Carter, poznawszy naszą historię z ostatnich dwudziestu, trzydziestu, pięćdziesięciu lat, zapiałby z zachwytu. Znalazłby materiału na tuzin Archiwów X. I to mroczniejszych od oryginału, gdyż nawet w mackach kosmitów USA zachowują podmiotowość, a my jesteśmy małą kruszynką, walczącą o przeżycie. Czemu tego nie dyskontujemy w kulturze? Wstydzimy się?

A drugie pytanie brzmi: jakim cudem taki serial w ogóle powstał? W czyim interesie i przeciwko komu został napisany? Czyim człowiekiem jest Vega? I kim są Oni?

Służby specjalne
political thriller
TVP2, 2015

Piotr Górski

Krakowianin, Nowohucianin. Urodził się i na tym właściwie kończą się dramatyczne momenty jego biografii. Ekspert od seriali rosyjskich. Dużo czyta. Trochę pisze.