Fot. ABC

Dawno temu, w zaczarowanej części lasu (Once Upon a Time)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Pirjo: Wyobraźmy sobie osobę, która, tak jak ja, zaczęła przygodę z Once Upon a Time podczas premiery serialu, obejrzała parę odcinków i zrezygnowała, czy może raczej wybrała z oferty rzeczy, które podobały się jej w tamtym momencie bardziej. Jak, unikając spoilerów, zachęciłybyście mnie – i innych widzów – do powrotu do serialu? Czy potem jest lepiej? Jak zmienił się OUaT, w którą stronę poszedł? Jak byście go w skrócie zareklamowały, o czym jest?

Mysza: Sama zaczynałam przygodę z OUaT z dużymi wątpliwościami i obawą. Po pierwsze w zalewie tzw. quality television serial prezentował dość przeciętny poziom, zarówno pod względem wartości produkcyjnej – kostiumów, efektów – jak i aktorstwa. Zwłaszcza porównując obecne sezony z początkowymi odcinkami, widać, jak bardzo niektórzy aktorzy się rozwinęli się od czasu pilota i jak mocno zżyli się ze swoimi postaciami. Po drugie mam wrażenie, że sporą rolę odgrywają tu baśniowe motywy. Once Upon a Time oraz Grimm to seriale o podobnej tematyce (choć zasadniczo różnym klimacie), które chyba najczęściej są bagatelizowane właśnie ze względu na założenie, że są w jakiś sposób niepoważne czy infantylne. Nic bardziej mylnego.

Owszem, początkowo OUaT miało trudności ze znalezieniem równowagi między baśniową fantazją a trudniejszymi tematami, takimi jak porzucenie, osierocenie, zemsta, etc., ale serial dość szybko stanął na nogi, głównie dzięki przewrotności i pomysłowości scenarzystów. Śledzenie, w jaki sposób klasyczna, znana baśń zostanie wywrócona na głowie i zręcznie wpleciona w świat serialu, było tym, co utrzymało mnie przed ekranem mimo początkowego braku sympatii do postaci. Zresztą po dziś dzień fabularne twisty i to, w jaki sposób twórcy wywracają i stawiają na głowie klasyczne baśnie lub łączą i splatają ze sobą różne wątki, pozostaje jedną z największych zalet serialu. Owszem, fani OUaT od początku podśmiewują się, że nie jest to serial, w którym należy szukać logiki czy zachowania ciągłości fabularnej i charakterologicznej (nic dziwnego, przy tak zawiłej chronologii!), niemniej fakt faktem pozostaje: twisty w OUaT nie tylko zaskakują, ale także wywołują u widza autentyczne emocje. A dzieje się tak głównie za sprawą postaci, które obok fabuły są największą zaletą serialu. Może jestem w tym odczuciu osamotniona, ale naprawdę uważam, że niemożliwością jest nie zżyć się z mieszkańcami Storybrooke.

Fot. ABC

Fot. ABC

Oceansoul: W moim przypadku było nieco inaczej — czekałam na serial z dużą dozą niecierpliwości i dałam mu się oczarować od pierwszego odcinka. Sama koncepcja, by do współczesnej rzeczywistości przenieść postacie z różnych baśni, połączyć ze sobą wiele znanych motywów, a więc dać widzom jednocześnie coś, co dobrze znają (któż bowiem nie zna Śnieżki, Kopciuszka czy Czerwonego Kapturka!), a zarazem coś jeszcze nieogranego (w chwili premiery OUaT retellingi nie atakowały nas w takim stopniu, w jakim zdaje się to mieć miejsce teraz), wydawała się atrakcyjnym punktem wyjścia. A gdy już weszło się w ten świat, pokochało postacie i zaczęło im kibicować… po prostu nie było odwrotu. Tym, co od początku mnie w serialu urzekło, było świeże podejście do większości baśniowych wątków, zabawa schematami, umiejętność zaskoczenia widza, który przecież dobrze wie, jacy powinni być bohaterowie — a tymczasem często dostaje zupełnie nie to, czego się spodziewał.

Równocześnie w produkcji od pierwszego odcinka obecne było wiele ciepła i wzruszeń, scen wzbudzających emocje i angażujących. Każdy, kto do dziś potrafi uronić łzę, oglądając choćby filmy Disneya, powinien po Once Upon a Time sięgnąć, a z całą pewnością odnajdzie w nim podobne przeżycia. Także widzowie, którzy nie zakochali się w serialu od pierwszego wejrzenia i szybko się zniechęcili, mogą spróbować dać mu drugą szansę. Z czasem serial się zmienia, charaktery postaci nabierają większej złożoności i tak naprawdę coraz trudniej wytyczać granicę między klasycznymi „złymi” a „dobrymi”. Także fabuła rozwija się i komplikuje; za OUaT odpowiadają po części twórcy, którzy wcześniej pracowali przy LOST — i mocno to po serialu widać, nie tylko w wyborze obsady. Coraz więcej bohaterów, coraz to nowe światy, retrospekcje z przeróżnych punktów w czasie, skomplikowane powiązania między postaciami… Co prawda łatwo się w tym wszystkim pogubić czy też na przestrzeni lat zwyczajnie zapomnieć, kto kogo skąd zna i co działo się przed czym, ale jeśli ktoś już w ten świat wsiąknie, to nie powinien czuć się zawiedziony, składając sobie jego obraz z kolejnych rozrzuconych kawałków i snując spekulacje na temat tego, czego twórcy jeszcze nam nie zdradzili.

Fot. ABC

Fot. ABC

Pirjo: Gdy oglądałam pierwsze odcinki – a serial pojawił się w ramówce równolegle z Grimm – obydwa bajkowe seriale bazowały na „potworach tygodnia” i tworzyły epizody podejmujące motywy z popularnych bajek. Do dziś pamiętam odcinek o Czerwonym Kapturku, który uważam za najlepszy z tych, które obejrzałam. W tamtym momencie Once.. i Grimm były do siebie pod wieloma względami podobne i koniec końców wybrałam ten drugi tytuł. Ale przecież w pewnej chwili w jednym i drugim serialu wyczerpała się pula najbardziej czytelnych baśniowych klisz. Grimm odszedł od baśni w stronę mitologii wielu różnych ludów i krain, a także w kierunku miejskich legend. Uniwersum się rozrosło, pojawiły się nawet nawiązania do wierzeń chrześcijańskich, obchodziliśmy Gwiazdkę. Nie ma już odcinków bazowanych na Złotowłosej i misiach czy – a jakże – Czerwonym Kapturku. Domyślam się, że dekonstrukcja klasycznych fabuł w skali jeden do jednego zniknęła też z OUaT. Wiem, że zaczęły się tam pojawiać postacie z książeczek dla dzieci, a także z bajek Disneya. Jak myślicie, dlaczego klasyczne baśnie tak szybko się wyczerpują? Jak Wam się podoba ewolucja stosunku OUaT do klasyki? Czy przebiegła naturalnie?

Mysza: Co do samych baśni – twierdzi się, że na świecie istnieje skończona liczba historii do opowiedzenia i że każda książka, film czy serial próbuje tę samą historię opowiedzieć na nowo. OUaT poniekąd to wykorzystuje, bazując niemal wyłącznie na znanych motywach, zręcznie „wyplatając” z nich własny świat. Jednak tam, gdzie Grimm nurza się w folklorze i mitologii, tam OUaT skłania się w stronę szeroko rozumianej popkultury. Mamy nie tylko reinterpretację klasycznych baśni jak Czerwony Kapturek czy ludowych podań jak Robin Hood, ale także wspomniane przez Ciebie wątki z animacji Disneya (w tym z najnowszej animacji, czyli Frozen). W Storybrooke przewijają się jednak również postacie literackie, chociażby Czarnoksiężnik z krainy Oz czy nawet Wiktor Frankenstein. Obecność tego ostatniego może dziwić, ale zwłaszcza w kontekście nadchodzącego sezonu kwestia przenikania się światów różnych Autorów jest w OUaT bardzo spójna.

W gruncie rzeczy twórcy zdają się swobodnie czerpać z czegoś, co nazwałabym baśniowym tyglem popkultury – wszak na upartego, nawet Frankenstein Mary Shelley jest gotycką baśnią. Fakt, że twórcy tak szeroko zarzucają sieci swoich inspiracji, sprawia, że raczej nieprędko skończą im się pomysły. Jedyne, co może budzić wątpliwości, to to, jak te wątki bywają wprowadzane do serialu. Osobiście przyznam, że od pewnego czasu genealogia w Storybrooke zaczyna mi się wydawać bardziej skomplikowana niż w Modzie na sukces!

Fot. tsquirrel.com

Fot. tsquirrel.com

Oceansoul: Główną różnicą między OUaT a Grimm jest właśnie ta epizodyczność. Drugi z wymienionych seriali prezentuje często bardzo interesujące motywy, choćby wspomniane stwory z podań i legend, by po zakończeniu odcinka zupełnie o nich zapomnieć i nigdy więcej nie wykorzystać ich potencjału. OUaT, wprowadzając nowe postacie czy światy, musi nie tylko wpleść je do istniejącego już, coraz bardziej rozbudowanego uniwersum, lecz także zaplanować ich dalszy rozwój i wpływ na ważne wątki fabuły. Ten aspekt wydaje mi się głównym powodem, dla którego OUaT nie zapuszcza się w niektóre rejony i trzyma się pewnego rodzaju „baśniowości popkulturalnej”, którą łatwiej mu nagiąć do swoich potrzeb. Inną przyczyną jest niewątpliwie znacznie większa rozpoznawalność i popularność niektórych źródeł; w końcu spore grono widzów z pewnością kojarzy postaci Anny i Elsy z Frozen, łatwiej więc przedstawić w czwartym sezonie serialu protagonistki już w pewnym stopniu ukształtowane i powszechnie lubiane, niż zaczynać od zera z bohaterami bardziej dla odbiorców egzotycznymi (a przecież wśród klasycznych baśni nie wszystkie są po dziś dzień równie dobrze kojarzone).

Nie ukrywam, że taki zabieg od początku budził wiele moich wątpliwości, wydawał się pójściem drogą na skróty i nieco bezczelną próbą wykorzystania odnoszącej sukcesy animacji. Dziś nie jestem już aż tak sceptyczna, ale i tak żałuję, że twórcy nie pozostali bliżsi baśniom, które po prostu opowiadali na swój sposób, oraz pewnemu kanonowi literatury, wykorzystywanemu w serialu od samego początku, tylko ruszyli raczej w kierunku coraz większego czerpania z twórczości wytwórni Disneya. Moim zdaniem wciąż mogliby garściami czerpać z baśniowych wątków i bohaterów, a chętniej ujrzałabym na ekranie losy mniej znanych postaci z tych „klasycznych” baśni czy powieści, niż na przykład zapowiadaną Cruellę De Vil. Ale zobaczymy, jak twórcy z tego wybrną.

Fot. ABC

Fot. ABC

Pirjo: Pisałam wcześniej, że w Grimm z sezonu na sezon rozwinęła się kompleksowa mitologia, która rozrasta się jeszcze bardziej, upodabniając serial do produkcji w stylu Supernatural. I stąd moje pytanie: czy historia tocząca się w Storybrooke jest kameralna, czy może zaczyna się stawać osobnym uniwersum, w sensie nakładki na naszą rzeczywistość, opowieści globalnej, na takiej samej zasadzie, jak Sam i Dean Winchesterowie, którzy zaczynali jako „zwykli” hunterzy, stali się stopniowo zbawicielami świata, pośrednikami między Piekłem a Niebem, personami na skalę planetarną? Innymi słowy, czy OUaT ma ambicje, żeby opowiadać o losach naszego świata? Jaki jest horyzont opowieści?

Mysza: Och, historia Storybrooke jest cudownie paradoksalna, bo z jednej strony rozgrywa się wyłącznie w obrębie tego miasteczka (zaskakująco pojemnego, mind you), a z drugiej równolegle rozgrywa się w kilku baśniowych światach równoległych. Co więcej, serial bardzo swobodnie obchodzi się z chronologią, przez co czasami mamy wrażenie, że co tydzień oglądamy inne postacie, gdy te akurat znajdują się na innym etapie swojego życia niż widzieliśmy w poprzednim odcinku. I choć świat serialu okazjonalnie obejmuje nasz świat – w tym współczesne metropolie – dopiero w najnowszym sezonie naprawdę poruszyliśmy do tej pory nienaruszalny horyzont. Stąd chwilowo trudno określić, gdzie kończy się świat Storybrooke. Zresztą jego niejasne ramy wynikają nie tylko ze znacznie krótszego stażu niż Supernatural – w tym serialu widzieliśmy już wszystko i trudno byłoby go dalej rozszerzać – ale także ze wspomnianej specyfiki fabuły. Twórcy w każdej chwili mogą dodać do OUaT wątki z kolejnej książki, baśni czy filmu, tym samym poszerzając już znany nam świat. Mimo wszystko wątpię, by Storybrooke kiedykolwiek stało się opowieścią globalną. W dużej mierze wciąż skupia się na bardzo konkretnej grupie mieszkańców pewnego po wielokroć przeklętego miasteczka w Maine ;)

Fot. ABC

Fot. ABC

Oceansoul: Nie mam porównania z Supernatural, którego nie oglądam, ale w moim odbiorze serialowa rzeczywistość Once Upon a Time to właśnie nasza rzeczywistość. Z tą „drobną” różnicą, że bohaterowie serialu potrafią za pomocą różnych magicznych środków przemieszczać się między światami, a my, zwyczajni ludzie niedostrzegający magii, po prostu tkwimy w rzeczywistości zastanej, omijając wzrokiem nienaniesione na mapy Storybrooke. Zderzenie naszego świata z tym bajkowym zostało już zresztą zaprezentowane, w sezonie drugim, tak więc twórcy wciąż pamiętają o tym, że tuż obok istnieje ta niemagiczna rzeczywistość, z którą lepiej jednak nie wchodzić w konfrontację. Raczej nie skończyłoby się to dobrze dla żadnej ze stron. Dobitnie pokazał to choćby spin-off Wonderland, w którym opowiadająca o Krainie Czarów Alicja zostaje zamknięta w szpitalu psychiatrycznym i czeka ją lobotomia. Nie jest jednak wykluczone, iż twórcy zwrócą się silniej w stronę współczesnego świata jako przeciwwagi dla Zaczarowanego Lasu czy Storybrooke. Być może będzie to jednym z wątków w czwartym sezonie, skoro „bad guys” za swój punkt spotkania obrali Nowy Jork? Na to właśnie liczę.

Pirjo: Jestem jeszcze ciekawa, czy sądzicie, że ta serialowa baśń może się toczyć w nieskończoność? Kiedyś czytałam, że jest ona poniekąd oparta o komiksy – czy może „nowele graficzne” Fables/Baśnie, w sensie pokazywania „prawdziwej, dorosłej”, ale także zmysłowej wersji historii. Jak lokuje się ten serial wśród narracji, które podejmują tematy z bajek? I mam tu na myśli także te filmowe, które zwykle idą w stronę dark fantasy, epatując okrucieństwem i mrokiem. I dlaczego w ogóle nieustannie wracamy do baśni?

Fot. ABC

Fot. ABC

Mysza: Żaden serial nie może, czy też raczej nie powinien, toczyć się w nieskończoność :) Rzeczywiście można doszukiwać się elementów wspólnych między OUaT a Fables, ale w gruncie rzeczy baśnie zawsze były dość mroczne i dorosłe i nie jest to ani pierwsza, ani ostatnia próba powrotu do nieco bardziej drapieżnych klimatów. To przede wszystkim Disney (i poniekąd współczesna popkultura) dążył do wygładzenia baśni. OUaT i inne retellingi, nie tylko serialowe, pod wieloma względami próbują z tym walczyć; próbują zawrócić nas z powrotem do zamierzchłych czasów, gdy wilk z Czerwonego Kapturka szedł na dno rzeki z kamieniami zaszytymi w brzuchu, a królowa wygrywała z Rumplestiltskinem wyłącznie dzięki oszustwom.

Naturalnie, OUaT czasem serwuje swoim postaciom happy end, ale nigdy na długo – w tym zresztą tkwi zaleta serialowej formuły produkcji: bohaterom zawsze musi się coś pokiełbasić, aby widzowie się nimi nie znudzili. Myślę, że jako społeczeństwo wracamy do baśni, bo w pewnym sensie są kwintesencją tego, czym powinny być historie o ludziach. Baśnie są w gruncie rzeczy proste, plastyczne, archetypiczne i zazwyczaj odnoszą się do bardzo podstawowych ludzkich lęków, zmartwień i problemów. Są uniwersalne, powszechne i, mimo upływu lat, wciąż tak samo barwne i żywo. Nadal działają na naszą zbiorową moralność i wyobraźnię.

Oceansoul: Nie ukrywam, że nie lubię przeciągania seriali ponad miarę, więc mam nadzieję, że i twórcy OUaT będą wiedzieli, kiedy powiedzieć „dość”. Oczywiście, postaci i światów do wykorzystania z pewnością nie zabraknie, ale nawet najlepsze pomysły i najciekawsi bohaterowie potrafią się przejeść. Nie miałabym więc nic przeciwko, by OUaT zakończył się choćby i w przyszłym roku, o ile oczywiście twórcy wcześniej zaserwowaliby fanom zamknięcia poszczególnych wątków. O co już nawet w tej chwili pewnie byłoby trudno, patrząc na to, jak rozbudowany jest to świat i ile linii czasowych równocześnie musimy śledzić, więc może lepiej nie nastawiać się na satysfakcjonujący dla wszystkich finisz…

Jeśli zaś chodzi o dorosłość czy mrok, to umieściłabym OUaT raczej w pierwszej połowie skali. Twórcy nie unikają smutniejszych czy poważniejszych tematów, bohaterom nie wszystko się udaje, czasem nawet ktoś zginie, ale nie jest to w żadnym wypadku „dark”, nie uświadczy się scen, których nie pokazałoby się widzom nastoletnim. Co oczywiście nie jest żadną wadą — raczej wręcz przeciwnie, o seriale aż do granic przepełnione przemocą czy mrokiem w dzisiejszej telewizji nie trudno, z kolei produkcji nieco bardziej optymistycznych, a przy tym nieinfantylnych nie ma wśród seriali fantasy aż tak wiele, by cierpieć na przesyt. Baśnie wydają się zaś idealnym materiałem źródłowym — w końcu to, co stanowi ich esencję, to nie kwestia stopnia okrucieństwa, a stojące za tymi opowieściami morały, postawy, podział na dobro i zło. Tematy warte zastanowienia się i stanowiące punkt wyjścia do dalszych rozważań. To właśnie te aspekty przemawiają do widzów niezależnie od tego, w jakiej epoce żyjemy, i znajdziemy je także w OUaT.

Fot. ABC

Fot. ABC

Pirjo: Zapytałabym Was jeszcze o ulubione postacie i wątki, bo przywiązanie do bohaterów jest jednym z warunków koniecznych, by serial trwał. Na etapie, gdy przerwałam oglądanie, nie byłam niestety w stanie zżyć się z zupełnie żadną z postaci, wszystkie wydawały mi się płaskie, przerysowane i dość banalne. Nie zaciekawiły mnie. No może poza Rumpelstilskinem… Czy to się zmieniło? Czy postacie ożyły? Kogo lubicie najbardziej? Które wątki najmocniej wzruszyły albo rozemocjonowały fandom? I czy możemy mówić o fandomie w przypadku tego tytułu?

Mysza: Twoje zniechęcenie w ogóle mnie nie dziwi, bo rzeczywiście przywiązanie do postaci przychodzi w OUaT z czasem. Serialowi aktorzy dość długo stawali na nogi, próbując zrozumieć i poczuć swoje postacie, zanim widz mógł nawiązać z nimi więź emocjonalną. Myślę, że najłatwiej jest zacząć kibicować Śnieżce i Księciu. Choć ich historia miłosna początkowo wywołuje wiele wątpliwości, wkrótce staje się emocjonalną kotwicą całej produkcji. Myślę jednak, że tu potrzeba odrobiny takiej dziecinnej naiwności i wiary w baśniową one true love. Na szczęście jednak nie jest to jedyna romantyczna relacja, która wywołuje u widzów duże emocje. Serialowy fandom (a ten, wierz mi, jest zaskakująco prężny i głośny) właśnie kwestię par, związków i rozstań przeżywa najmocniej. Nic dziwnego, bo twórcy OUaT z niemal perfidną lubością rozbijają kolejne serialowe „żyli długo i szczęśliwie”.

Nie dziwi mnie też zaciekawienie czy też sympatia wobec postaci Rumplestiltskina – on i Regina, czyli Zła Królowa, to dwie bodaj najbardziej interesujące postacie w całym serialu. Zresztą nic tak dobrze OUaT nie wychodzi, jak „bad guys” i ich powolna, nader satysfakcjonująca przemiana. Śmiem twierdzić, że Regina to w tej chwili jedna z najciekawszych żeńskich postaci, jakie mamy w serialach.

Osobiście największą sympatią darzę Kapitana Hooka oraz Robin Hooda, a także Piotrusia Pana, którego obecność w trzecim sezonie sprawiła, że był to jak do tej pory najlepszy sezon całego serialu. Z biegiem czasu ogromną sympatią zaczęłam również darzyć Emmę, czyli poniekąd główną bohaterkę serialu, oraz Księcia Śnieżki (Prince Charming) – dwie postacie, które początkowo wywoływały u mnie jedynie zgrzytanie zębów. Tak więc jeśli ktoś początkowo nie znajdzie w swoim sercu miejsca dla bohaterów Storybrooke, niech nie traci nadziei – może się to szybko zmienić.

Fot. ABC

Fot. ABC

Oceansoul: Nie będę oryginalna — także na tle fandomu, o ile się nie mylę — mówiąc, że największą sympatią darzę postaci niejednoznaczne, stale balansujące między dobrem a złem. Nie sposób przewidzieć, po której stronie ostatecznie staną i jakie zakończenie przewidzą dla nich twórcy. Mowa o Reginie, Rumplestiltskinie i Hooku. Jednocześnie to także ci bohaterowie, którym scenarzyści regularnie fundują kolejne problemy czy przeszkody w związkach, jak gdyby sprawdzając, ile są one w stanie wytrzymać. Szczególnie upodobali sobie znęcanie się nad Reginą, którą nieustannie starają się skusić do powrotu na ścieżkę zła. Obserwowanie jej zmagań jest dla mnie nieodmiennie fascynujące i budzące emocje — i na pewno także dalekie od punktu startowego z początku pierwszego sezonu, gdzie podział na tych dobrych i tych złych był dużo bardziej dychotomiczny niż teraz.

Świetną, złożoną postacią był też Pan, główny „bad guy” pierwszej połowy trzeciego sezonu. Życzyłabym sobie zobaczyć go jeszcze na ekranie, zwłaszcza że odgrywający go aktor, Robbie Kay, potrafił przyćmić swoją charyzmą starszych i bardziej doświadczonych kolegów z planów, łącznie z samym Robertem Carlyle’em.

Jestem także ogromną fanką Willa Scarleta (głównego bohatera spin-offu OUaT: Wonderland, od czwartego sezonu przeniesionego do Storybrook), który co prawda serce ma po właściwej stronie, ale zazwyczaj musi włożyć sporo wysiłku w walkę z własnymi wadami i słabościami. Niestety, od pewnego czasu twórcy zdają się zupełnie nie mieć pomysłu na to, co zrobić z tą postacią, za co mam do nich ogromny żal.

Inną zbrodnią, dość nagminną, jest wypisywanie bohaterów ze scenariusza bez słowa wyjaśnienia — co jest dość dotkliwe zwłaszcza w przypadku tych osób, które zdążyło się polubić. I wcale nie są to postaci powszechnie nielubiane, wydaje mi się, że wręcz przeciwnie. Taki los spotkał choćby Czerwonego Kapturka (jedną z najbardziej lubianych w fandomie postaci) i Dzwoneczka; zdecydowanie za rzadko jak na mój gust powracają Mulan i Ariel. A szkoda, tym bardziej, że zawsze wydawały mi się ciekawsze niż stale goszczące na ekranie Śnieżka i Emma, do których wciąż nie potrafię się przekonać.

Fot. ABC

Fot. ABC

Pirjo: Nasuwa mi się jeszcze pytanie: czy oglądałyście efemeryczny spin-off serialu, ten o Alicji w Krainie Czarów, a jeśli tak, to jak się on ma do głównej opowieści? I czemu się nie udał? Czy widzicie szansę na kolejne „odpryski” bazowej mitologii? Jest miejsce na inne produkcje osadzone w tym świecie?

Mysza: Dałam OUaT: Wonderland szansę, ale niestety porzuciłam go po dwóch odcinkach, zniechęcona drewnianym aktorstwem, kiepskimi efektami specjalnymi i zbyt zawiłą fabułą. Innymi słowy: miałam z nim ten sam problem, co z pierwszymi odcinkami oryginalnej serii, tylko bardziej. Na szczęście jest to produkcja zakończona, więc w każdej chwili mogę usiąść i ją nadrobić – skłaniają do tego entuzjastyczne peany niektórych fanów (którzy skasowanie Wonderland gorzko opłakali), a także fakt, że pewne wątki z przygód Alicji wprowadzono do fabuły głównego serialu.

Osobiście uważam, że już na tym etapie twórcy OUaT ledwo się orientują w chronologii i zawiłościach fabularnych własnego serialu, bez dokładania sobie dodatkowych komplikacji w postaci kolejnego tytułu. Czy widzę możliwość dalszego rozwinięcie pewnych wątków i postaci z OUaT? Naturalnie. Czy chciałabym kilka z nich zobaczyć? Za więcej Piotrusia Pana i Mulan (tak, Mulan) byłabym w stanie nawet sporo zapłacić! Niemniej chwilowo wolałabym, aby twórcy OUaT nie rozmieniali się na drobne. Serial mógłby na tym zbyt wiele stracić. Wszak mimo okazjonalnych narzekań wciąż czerpię z oglądania tej produkcji nieprzyzwoitą ilość frajdy. Szkoda byłoby, aby OUaT – które zawsze przeżywało huśtawkę pod względem jakości i poziomu kolejnych odcinków – straciło resztę swego uroku.

Fot. ABC

Fot. ABC

Oceansoul: Do spin-offu podchodziłam jak przysłowiowy pies do jeża, nasłuchawszy się wcześniej wielu bardzo negatywnych opinii. Ale z uwagi na słabość do wszystkiego, co powiązane z Alicją w Krainie Czarów (która w tej wersji okazała się być mash-upem z Aladynem — brawa za sam pomysł!), postanowiłam jednak dać mu szansę — i to była świetna decyzja. Faktycznie, początek nie jest szczególnie zachęcający, a CGI to chyba jeden z największych koszmarów, jakimi uraczyła nas ostatnimi laty telewizja, ale sama opowieść i bohaterowie bardzo szybko przekonują do siebie. Po trzech odcinkach zaczyna się kibicować przynajmniej niektórym postaciom (no dobrze, głównie Willowi Scarletowi, który tak bardzo spodobał się widzom, że trafił później do głównej obsady samego OUaT), a po siedmiu po prostu nie można się od serialu oderwać i nie przeżywać tych wszystkich emocji, którymi wprost miota w widza.

Dzięki temu zaś, że to zamknięta, dość krótka opowieść, pod pewnymi względami Wonderland wypada nawet lepiej niż OUaT. Twórcom nie udało się pogubić w chronologii i nie zaplątać w wątkach, a mimo anulowania serialu wszystkie najważniejsze wątki zostały zamknięte. Na to, jak ma się spin-off do głównej opowieści, trudno jednak dokładnie odpowiedzieć. Teoretycznie jego akcja rozgrywa się częściowo przed pierwszą klątwą rzuconą na Storybrook, a częściowo już po jej złamaniu. Kiedy w czwartym sezonie OUaT spotykamy Willa, to wiemy, że przeżył on już wszystkie przygody, które widzieliśmy w Wonderland. Nie wiadomo jednak, ile czasu minęło między tymi wydarzeniami i co sprawiło, że Knave of Hearts nie jest już u boku ukochanej w Krainie Czarów. Niewykluczone, że nie wiedzą tego i sami twórcy. Albo postanowili długo trzymać nas w niepewności.

Chętnie ujrzałabym za to inne spin-offy OUaT. Choć Wonderland okazał się przeciwieństwem sukcesu komercyjnego, to jego zniżkująca oglądalność sprawiła, że otrzymaliśmy króciutką, spójną i zakończoną opowieść. Życzyłabym sobie takich więcej. Uniwersum OUaT jest w stanie wiele znieść, a dotychczasowe założenia — czy raczej ich brak — sprawiają, że tak naprawdę dowolną historię można by z tym światem połączyć. Jeśli więc twórcy mieliby ciekawy pomysł na fabułę i postacie, to tak, poproszę!

Fot. ABC

Fot. ABC

Pirjo: Na koniec zostawiłam pytanie troszkę może niewygodne – czy OUaT to serial dziewczyński? Znacie jakichś facetów, którzy go oglądają i są zdeklarowanymi fanami? A jeśli dziewczęta stanowią przeważającą grupę odbiorców, to dlaczego? Czemu bajkowe krainy trafiają bardziej do kobiet i dziewczyn?

Mysza: Skąd! Znów mamy tu do czynienia ze stygmatem czy stereotypem, że skoro coś jest baśniowe, to na pewno jest też dziewczyńskie. Podejrzewam, że poniekąd rzutuje na to także stan osobowy Storybrooke, gdzie zwłaszcza wśród głównych postaci przeważają kobiety – Emma, Śnieżka, Regina… Jednakże z własnego otoczenia mogę wymienić przynajmniej kilkoro facetów, którzy oglądają OUaT z ogromną przyjemnością. Baśnie są uniwersalne i nie sądzę, by bardziej trafiały wyłącznie do jednej płci. To, co natomiast na pewno można zaobserwować w przypadku fandomu OUaT – ale także dziesiątki innych seriali – jest to, że żeńskie fanki są o wiele głośniejsze, o wiele częściej wypowiadają się w social media, tworzą fanowskie dzieła, piszą petycje i wchodzą w interakcje z twórcami serialu. W ogóle kobiety, jako konsumentki popkultury i aktywne działaczki fandomu, od lat systematycznie zagarniają dla siebie coraz więcej przestrzeni. Myślę, że męscy widzowie także pokutują przez domniemaną „dziewczyńskość” serialu, wstydząc się przyznać publicznie, że oglądają serial oparty o baśnie. Choć warto zauważyć, że jest grupa mężczyzn, która się z tego schematu wyłamuje, gdyż OUaT ma bardzo duże grono fanów w środowisku LGBTQ, w tym wielu homoseksualnych mężczyzn.

Oceansoul: Tak, ja znam co najmniej jednego. Ale faktycznie znajomych fanek jest w moim środowisku więcej. Nie zrzucałabym jednak winy na baśniowość, co najwyżej na spore nagromadzenie wątków romantycznych i wiele miejsca, szczególnie w pierwszym sezonie, poświęconego kwestiom Prawdziwej Miłości i szukaniu tejże, co wciąż częściej przyciąga przed ekrany panie. Z czystym sumieniem polecałabym jednak serial miłośnikom fantastyki płci obojga — o ile tylko lubią co jakiś czas się wzruszyć, kibicować ulubionym bohaterom i spędzać wiele godzin, odkrywając kolejne baśniowe krainy.

Fot. ABC

Fot. ABC

Once Upon a Time
supernatural drama
ABC, 2011–

Mysza
Fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.

Marta„Oceansoul” Najman
Wieloletnia fanka kultury w różnorakich jej odmianach, zafascynowana na równi steampunkiem, new weird i science fiction, jak i XIX-wieczną literaturą angielską czy powieściami historycznymi. Nałogowo czyta, ogląda filmy i seriale, a jak wystarczy czasu, to sięga po gry komputerowe i komiksy. Mniej lub bardziej regularnie bloguje na Oceansoul’s Blog.

Pirjo Lehtinen
Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)