Fot. BBC

Trafny wybór? (Casual Vacancy)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Pirjo: Kiedy dowiedziałam się, że Trafny wybór zostanie przerobiony na miniserial, miałam kilka wątpliwości. Po pierwsze książkę J.K. Rowling zaludniają postacie w średnim lub starszym wieku, opisywane jako nieatrakcyjne fizycznie. Nie ma tam wielu wątków, które można by efektownie pokazać. Nie ma ładnych ludzi, nie ma apetycznego seksu, gustownej przemocy, nie pałętają się młodociani czarodzieje. Więc pierwszy lęk był taki, że serial okaże się blady, smutny, wręcz odrażający wizualnie. Po drugie martwiłam się o język. Uwielbiam to, jak pisze Rowling, swobodnie, ale precyzyjnie.

Pomyśl: „Z lekkim dreszczem strachu, który dzięki towarzyszącemu mu natychmiastowemu skupieniu przyniósł jej błyskawiczną ulgę, przyłożyła ostrze w połowie przedramienia i przecięła skórę.” Czyż to nie jest doskonały opis sytuacji? Jak przełożyć tak wspaniałą narrację na język filmowy? W Harrym Potterze moim zdaniem nie bardzo się udało i filmy mają przez to o wiele mniej uroku niż książki. Czyli, po drugie, obawiałam się, że tekst straci moc. Oprócz obaw miałam też jedną nadzieję: że najlepsza moim zdaniem scena z książki – pogrzeb Barry’ego, w wiklinowej trumnie i przy dźwiękach hitu Rihanny, okaże się dokładnie tak absurdalny i niesamowity jak w książce. I czy w ogóle będzie? Niestety, nie było. Nie było wielu spośród wątków i scen, które w książce wywarły na mnie wrażenie. Ale o tym za chwilę. A Ty? Czytałaś książkę? Miałaś jakieś „przedzałożenia”, czegoś konkretnego się spodziewałaś?

Fot. BBC

Fot. BBC

Calineczka: Czytałam książkę i do dziś pamiętam emocjonalną karuzelę, jaką przeżyłam przy tej lekturze. J.K. Rowling nie jest może pisarką wybitną, ale po mistrzowsku potrafi wykreować atmosferę, oddać towarzyszące stworzonym przez nią postaciom uczucia. Być może jestem wyjątkowo podatna na ten styl pisania, ale na mnie jej proza działa w taki właśnie sposób, czuję się „wessana” w tok zdarzeń, we wszystkie problemy, tragedie czy uniesienia, jakich doświadczają bohaterowie – a tych jest tu niemało. (Zarówno bohaterów, jak i problemów). Dlatego też z góry założyłam – słusznie, jak się okazało – że twórcy serialu będą musieli znacznie uprościć fabułę oraz najprawdopodobniej pozbyć się sporej ilości postaci, i nie ma innego wyjścia, jak się z tym pogodzić. Zależało mi głównie na tym, aby oddano napięcie, duszny klimat oraz specyficzny sposób prowadzenia powieści. O ile w dwóch pierwszych przypadkach właściwie się udało, o tyle w tym trzecim już nie bardzo.

Pirjo: Wróćmy może do początku. O czym jest Casual Vacancy, książka i film? Otóż dla tych, którzy nie czytali, wyjaśnijmy: w małym miasteczku umiera jeden z jego filarów, społecznik, który miał na koncie wiele dobrych czynów. Porządny człowiek. Jego funkcja w miejskiej radzie staje się niespodziewanym, kuszącym wakatem, o który ambitni mieszkańcy będą się niemalże zabijać i dążyć ku zaszczytom „po trupach do celu”. Tyle na poziomie fabuły. Dla mnie jednak książka to opowieść o tym, jak z pozoru kulturalna i cywilizowana społeczność pocztówkowego, idyllicznego miasteczka okazuje się podłymi, nieczułymi barbarzyńcami w stosunku do niewygodnych sąsiadów „z marginesu”, których z lubością poniża, stygmatyzuje i pragnie wytrzebić. Żeby czasem nie zbliżyli się za bardzo i by nie okazali zbyt podobni do nas! To starcie „obcy” kontra „swojscy”, a wiadomo, że własne gówno pachnie najsłodziej i możemy nawet spróbować poudawać, że wcale nie jest gównem.

Fot. BBC

Fot. BBC

Jest to więc historia o ludzkiej podłości, o sekretach i kłamstwach, dulszczyźnie, skrytej pod zasłoną tradycji, kultury, small talku i za parawanem wystawnych, angielskich herbatek. Przypudrowany z wierzchu świat, który gnije pod spodem, jak odleżyny w fałdach brzucha miejskiego „patrycjusza”, paradującego w ozdobnym łańcuchu na szyi, niczym feudalny sędzia. Nie sądźcie, jeśli nie chcecie być sądzeni. Doskonała metafora. Momenty, w których postacie nagle wybuchają, porzucają wyuczoną powściągliwość, należą do najlepszych, tak w książce, jak i filmie. Ale oprócz relacji Pagford – Fields mamy w książce temat bliższy J.K., jaką znamy. Zniszczeni, zepsuci dorośli kontra dzieciaki, które jeszcze da się czasem uratować, które jeszcze walczą, jeszcze czują, jeszcze miewają zdrowe odruchy. Dzieciaki formujące swojego rodzaju sekretny klub, klub urwisów. Podoba mi się ten kontekst!

Niestety, w wersji serialowej wyrazistość wzmiankowanych podziałów zupełnie się zatraciła. Nie ma dychotomii Pagford – Fields, temat „Ducha” też został inaczej naświetlony i zmarginalizowany. Ale jest pogrzeb i jest impreza. Są dwie śmierci, dwie tragedie. Ta na początku i ta na koniec. Bodziec i reakcja. Przyczyna i skutek. Akcje, które mają swoje – symetryczne – konsekwencje. Jest kilka „nutek nadziei”. Przynajmniej tyle! To naprawdę istotne punkty na linii scenariusza. A dla Ciebie o czym jest Trafny wybór? I czy serial różni się tu od książki?

Calineczka: Poza wszystkim tym, o czym już wspomniałaś, uwielbiam tę powieść także za jej specyficzną narrację. Na początku czytelnik czuje się prawie całkowicie zdezorientowany – zupełnie jak gość w nowym miejscu. J.K. Rowling stara się, abyśmy odkrywali sekrety Pagford bardzo powoli i w sposób niemal naturalny, jak ktoś, kto dopiero co się tu przeprowadził. Strzępki informacji, „podsłuchane” rozmowy, lokalne ploteczki – jest wszystko. W dodatku nagle okazuje się, że jakaś postać, na której temat mieliśmy już-już-prawie wyrobione zdanie, jest kimś zupełnie innym. Albo inaczej: wcale nie wiedzieliśmy o niej tak dużo, jak nam się zdawało. I tego, niestety, w serialu zabrakło zupełnie. Twórcy postawili na – jak przypuszczam – łatwiejszy, bardziej klarowny odbiór, przez co pozbawili widzów wielu smaczków. Główny przekaz został jednak zachowany.

Fot. BBC

Fot. BBC

Pirjo: Gdy ponownie rozważam swoje oczekiwania i próbuję je zweryfikować, to po pierwsze muszę powiedzieć, że Pagford wygląda dokładnie tak, jak sobie je wyobrażałam. Znam wiele małych, malowniczych, prowincjonalnych miasteczek w UK i zdecydowanie oglądamy jedno z nich. Po drugie, obsada… nie jestem specjalnie rozczarowana, choć przez pierwszy odcinek ciągle głowiłam się, kto jest kim i nie wszystkie twarze mi pasowały. Jedyne osoby, o których z książki wiemy, że były ładne, to Vikram i Gaia. W serialu przystojnych ludzi mamy więcej. Oraz charyzmatycznych, bo przecież na ekranie pojawia się niejedna aktorska sława. Michael Gambon, Keeley Hawes, Julia McKenzie. Simon McBurney i Monica Dolan. Jest też sporo zmian, dodatków, skrótów. Powycinanych postaci i wątków. Niestety nie dostałam żadnej z moich ulubionych książkowych scen. Ani absurdalnego pogrzebu z wiklinową trumną, ani kumulacji obsesji Samanthy na temat boy-bandu. Ani nawet wątku z drużyną wioślarską.

Barry jest młodszy, niż sobie wyobrażałam i jest go więcej – to postać w książce w zasadzie epizodyczna. Tutaj staje się o wiele istotniejszy i z ręką na sercu – świetny. Rory Kinnear jest doskonały w tej roli. Ciepły, zwyczajny, wrażliwy, silny. Krystal, moja ulubiona postać z książki, choć jest fajna, to nie przypomina tego, co sobie wyobrażałam, myśląc o szkolnej sportsmence. Ale jednak podoba mi się, empatyzowałam z serialową Krystal tak samo jak z literacką. Abigail Lawrie, debiutująca tą rolą, jest naprawdę przekonująca i mimo wszystko podoba mi się zakończenie jej historii. Sukhvinder jest o wiele, o wiele za ładna i prawie nic o niej nie ma. Staje się milczącym obserwatorem i narratorem opowieści, odzywa się dopiero na koniec. Wszyscy są młodsi i ładniejsi niż u J.K. A Ty jak oceniasz relację książka – serial? Coś Cię zdziwiło lub zaskoczyło?

Calineczka: Tak, jeśli chodzi o stronę wizualną, to i ja nie mam zastrzeżeń. Miasteczko jest dokładnie tak malownicze, jak być powinno. Aż szkoda, że nie zaproszono nas do większej liczby zakątków, na przykład na cmentarz (w książce odgrywa on przecież niepoślednią rolę, a w serialu ledwo go pokazano). Michael Gambon i Keeley Hawes wzbudzili mój najszczerszy zachwyt, choć okropnie ubolewam nad tym, że tak zmarginalizowano i przerobiono postać Samanthy. Cały czas próbuję też zrozumieć powód, dla którego Barry dostał tak dużą ilość czasu ekranowego i szczerze powiedziawszy, nic nie przychodzi mi do głowy. Nie żebym miała cokolwiek do zarzucenia Rorryemu Kinnearowi! Był rzeczywiście świetny. Ale nie uważam tego zabiegu za szczególnie udany.

Fot. BBC

Fot. BBC

Przemowa Barry’ego w radzie gminy była zbyt pompatyczna i według mnie stanowiła niepożądany zgrzyt, niepasujący zupełnie do całości. A już na pewno w żaden sposób nie korespondowało to z atmosferą książki, w której takich podniosłych scen ze świecą można szukać. Jeśli chodzi o Krystal, mam bardzo podobne odczucia. Choć inaczej ją sobie wyobrażałam, prędko zaskarbiła sobie moją sympatię i mocno przeżywałam jej losy. Aczkolwiek zakończenie wydaje mi się – w porównaniu z książkowym – trochę zbyt trywialne. Może to kwestia sposobu, w jaki zostało pokazane, nie wiem, ale tu mam spory niedosyt. O Sukhvinder wolę w ogóle nie wspominać, żeby się nie denerwować. Zarówno ona sama, jak jej matka, Parminder, to jakieś karykaturalne wersje swoich książkowych odpowiedników. Tu zdecydowany minus. Podobnie Colin, w książce bardzo ciekawy, tu po prostu dziwaczny. Albo Kay, której wątek pamiętam jako fajny i interesujący, w serialu została nie wiedzieć czemu potraktowana jak piąte koło u wozu. Za to prawdziwą perełką okazała się Shirley! Jednak w ogólnym rozrachunku muszę ze smutkiem skonstatować, że scenarzyści raczej polegli, jeśli chodzi o wyrazistość postaci. Aktorzy spisali się na medal, tyle że w większości przypadków (czego doskonałym przykładem może być Keeley Hawes) mieli niewiele do zagrania.

Pirjo: I na koniec muszę jeszcze pochwalić muzykę, jest w pozytywnym tego słowa znaczeniu magiczna i harrypotterowa! A zaraz potem nastrojowa albo nastolatkowa – wszystko pasuje do siebie jak ulał. W warstwie wizualnej jest też obecna subtelna nadnaturalna metaforyka, wróżki na obrazach, prekognicja Śmierci, jest trochę groteski, magicznego myślenia, baśniowości. Te owieczki przepędzane ulicami. Muchy, ćmy, pająk splatający sieć. Tak, czasem obraz działa jak tysiąc precyzyjnych słów samej autorki. Nie sądzę, żeby miniserial był lepszy czy nawet równie dobry jak książka, ale ładnie to sfilmowali. Momentami wieje nudą, brakuje literackich mocy J.K., ale i tak widać, że twórcy serialu naprawdę się starali. Prawda?

Calineczka: Muzyka była rzeczywiście wyborna, bez dwóch zdań. Niezbyt podobały mi się za to „wizje” doświadczane przez Barry’ego i Howarda (nie bardzo wiem, jak inaczej nazwać potłuczone lustro, które miało zapewne symbolizować przeszywający ból). Wydaje mi się, że było to trochę przekombinowane. Co za dużo, to niezdrowo. Książka odznaczała się prostotą, serial powinien to oddawać. Nie twierdzę, że odrobina symboliki to coś złego, ale Howard ze snującą za nim kostuchą to już trochę nadto, jak na mój gust. Można było ten czas wykorzystać lepiej, może na historię Terri Weedon?

Fot. BBC

Fot. BBC

Pirjo: J.K. Rowling twittowała po premierze ostatniego odcinka, że popłakała się na finale. A Ty? Czy ten miniserial wzbudził stosowne emocje? Czy warto go polecać? Czy przekona osoby, które nie czytały książki ani niespecjalnie się interesują twórczością pani Rowling?

Calineczka: Ależ oczywiście, że też się popłakałam i oczywiście, że warto polecać ten serial. Po pierwsze dlatego, że – choć moim zdaniem jest dużo słabszy od książki – to wciąż bardzo dobry, nakręcony na wysokim poziomie serial. Po drugie dlatego, że jeśli komuś spodoba się wersja ekranowa, może sięgnie i po lekturę? Emocje, które przeżyłam podczas oglądania ostatniego odcinka, były tak naprawdę niczym w porównaniu z tym, co towarzyszyło czytaniu powieści. Efekt kumulacji wątków prowadzących do finałowych scen, pogrzeb… Warto się przekonać, choćby właśnie po to, by mieć porównanie.

Fot. BBC

Fot. BBC

Casual Vacancy
drama
BBC, 2015

 

Calineczka
Mroczne alter ego pewnej uroczej i łagodnej owieczki. Leniwa, wybiórcza, choć kiedy już pokocha – to na zabój. Rzadko się udziela, gdyż – jak lubi twierdzić – jest osobą niezwykle zajętą i ma mało czasu.

Pirjo Lehtinen
Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.