Fot. Fox

Final countdown (Glee, S06)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Wraz z Glee zakończyła się pewna telewizyjna epoka. Bo ten serial naprawdę był przełomem. Nowa konwencja, piosenki, teen drama ale z ironicznym twistem, starannie żonglująca społecznymi przesłaniami. Owszem, w pewnym momencie serial zatracił klarowny styl, zszedł na manowce, ale moim zdaniem oglądanie go nigdy nie stało się hatewatchingiem. A teraz to wszystko już za nami. Zanim spojrzymy z szerszej perspektywy porozmawiajmy o finałowym sezonie. Jaki był? Czy broni się jako całość? Czy podążenie ścieżką nostalgii, powrót do McKinley High i wrzucenie jak największej ilości cameos było jedyną możliwością? Czy coś rzeczywiście na was zadziałało, poruszyło w toku finałowego sezonu?

Oceansoul: Kurczowe trzymanie się McKinley High, ciągłe uniemożliwianie bohaterom, by tak naprawdę dorośli i rozpoczęli swoje życie z dala od liceum, wprowadzanie nowych postaci, które stale trzymano w najlepszym wypadku na drugim planie — z mojej perspektywy to właśnie te elementy zabiły Glee w czwartym sezonie i nie pozwoliły mu na powrót do pierwotnej formy aż do samego końca serialu. Finałowy sezon popełnia wszystkie te grzechy jeszcze raz… ale z racji tego, że to już koniec, łatwiej mi było przymknąć na to oko i po prostu cieszyć się absurdalnym humorem oraz nowymi piosenkami. Nawet nie spodziewałam się, że te trzynaście odcinków może być czymkolwiek innym, niż po prostu długim pożegnaniem — i to właśnie dostałam. By więc skupić się na pozytywach i nie zaczynać od narzekań, przyznam, że oczywiście dawałam się łapać na wzruszające sceny, kolejne rozstania i powroty.

Najbardziej ucieszyło mnie pojawienie się Jessego w końcowych odcinkach, plus oczywiście sam finał, kiedy przez ekran przewinęli się prawie wszyscy bohaterowie z wcześniejszych sezonów. Muszę też przyznać, że całkowicie zdobył mnie odcinek 2009, będący w całości sentymentalną podróżą do korzeni. Nie mogłam się nie wzruszyć, kiedy pierwotny skład chóru po raz kolejny śpiewał ikoniczne już dla serialu Don’t Stop Believing — utwór, który już zawsze będzie jednoznacznie kojarzył mi się z produkcją Ryana Murhpy’ego.

Fot. Fox

Fot. Fox

Joanna: Glee miało szansę, jakiej nie dostaje wiele seriali – twórcy wiedzieli, kiedy serial się zakończy i mieli czas na zaprojektowanie swojego pożegnania. Taka wiedza to skarb: można pozamykać wątki, pożegnać się z klasą, odejść na wysokiej nucie. Bo z jednej strony nie ma nic gorszego niż serial skancelowany przed czasem, a z drugiej może jednak jest, może jest to serial, który ciągnie się w nieskończoność i zatraca wszystkie dobre cechy, zamieniając się w karykaturę samego siebie. I to trochę przytrafiło się Glee, to zagubienie się i zatracenie w wątkach pisanych pod pasujące piosenki czy w kalejdoskopie postaci zmieniających cechy charakteru równie często jak stroje do numerów muzycznych. Gdyby nie to, że jestem patologicznie niezdolna do rzucania seriali, dawno już pożegnałabym się z Glee.

I trochę szkoda by było interesującego ostatniego sezonu, gdzie twórcy przestali się hamować, radośnie wkroczyli na ścieżkę nostalgii. Zagęszczenie nawiązań i pojawiających się starych postaci sprawiło, że chyba każdy znalazł coś dla siebie, a przynajmniej nie mógł mocno narzekać. Ja osobiście chyba też najbardziej ucieszyłam się z powrotu Jessego, bo Jonathan ma niezaprzeczalną chemię z Leą Michele, której nikomu innemu się nie udało osiągnąć.

Pirjo: A co z samym finałem? Czy wszystkie wątki spięły się tak, jak tego byśmy się spodziewały, czy może czegoś zabrakło, albo coś było zbędne? Ja na przykład cieszę się, że pan Schuester został dyrektorem szkoły, zawsze był przecież skromny, nie miał zbyt wysokich ambicji, poświęcał karierę dla dobra „dzieciaków”, ucierpiało na tym jego pierwsze małżeństwo, więc dobrze widzieć, że został koniec końców nagrodzony za swoje wysiłki. Ogromnie się cieszę z happy endu dla Kurta i Blaine’a, bo to moja ulubiona para w serialu. Idealnie do siebie pasują. Cieszy mnie sparowanie ambitnej Rachel z równie ambitnym Jessem, będą się świetnie motywować, widzę to, kibicuję temu. Sue jako wice-prezydent? Czemu nie! Podobał mi się nieprzeszarżowany tribute dla Cory’ego/ Finna i wycieczka o pięć lat w przód. Poza tym jednak sezon nieco się rozłaził w szwach, zabrakło wielu postaci, szczególnie tych ze „środkowego i późnego Glee”, a niektóre lubiłam i im też życzyłabym dobrych zakończeń albo przynajmniej błyskotliwej wzmianki. No i piosenki – fatalne, prawie nic epokowego, żadnych wystrzałowych aranżacji. A czego wam brakowało w sezonie szóstym?

Fot. Fox

Fot. Fox

Oceansoul: Liczba licealnych par, którymi w finale przyatakowało Glee, zaskoczyła mnie raczej negatywnie, i to mimo świadomości, jak bardzo odrealniona była zawsze konwencja serialu. Zgodzę się za to z Tobą, Pirjo, w kwestii połączenia Rachel i Jessego (szkoda tylko, że twórcy tak późno przypomnieli sobie o tej postaci), jak i braku wielu bohaterów, zwłaszcza tych, którym poświęcono sezon czwarty i piąty. Wyglądało to trochę tak, jakby twórcy chcieli odciąć się od tego okresu serialu, a przecież — nawet jeśli to właśnie wtedy Glee zaliczyło największy spadek jakości — zdążyliśmy swego czasu całkiem nieźle poznać Marley, Jake’a czy Rydera, więc należałoby im się choć kilka scen w finale. Patrząc jednak szerzej, na cały sezon, to szczególnie nie spodobał mi się pomysł scenarzystów na postacie Beiste i Sue, w obu przypadkach przekreślające wcześniejszy rozwój ich charakterów.

Zabrakło też jakiegokolwiek rozwinięcia nowych postaci, wprowadzonych na te trzynaście odcinków. Nawet ich głosy rzadko miały okazję rozbrzmiewać w głośnikach, a miejsce w blasku reflektorów wciąż kradła stara obsada — a szkoda, przecież ich możliwości i tak znaliśmy już na wylot. Wolałabym częściej móc posłuchać na przykład Rodericka czy Jane.

Joanna: Mi ten szalony, niepozbierany, nieposkładany sezon bardzo pasował do ogólnego ducha Glee. Miałam momenty, kiedy kończyłam odcinek i nie do końca wiedziałam, co się właśnie stało – cała historia z Hurt Locker Sue była szaleńczo dziwaczna, ale też chyba trochę powinnam się była tego spodziewać? Sue to kolejna postać, której charakter zmienia się z odcinka na odcinek bez wielkich podstaw i nawet Jane Lynch na wysokich obrotach nie potrafi mi jej do końca sprzedać. Wice-prezydent? Mój Boże.

Zgadzam się z krytyką niekonsekwencji w postaci Beiste, która dodatkowo jest jeszcze wysoce problematyczna w tej niekonsekwencji. Zagłębianie się w takie wątki zawsze należało do zarówno najsilniejszych jak i najsłabszych stron Glee. Nie wiem, czy momenty sukcesów ratują wysoce problematyczne porażki, nie wiem, czy nawet wybronili się w ostatecznym rozrachunku na gwiazdkę i „you tried”.

Wracając do finału: łączenie jak największej liczby par i wciskanie happy endów to trochę kwestia finałów serii jako gatunku. Ja zawsze zaczynam po cichu zastanawiać się, ile z tych par przetrwa rok, ile dekadę. W odróżnieniu od chyba większości widzów nigdy wybitnie nie kibicowałam Kurtowi i Blaine’owi – nie przeszkadzają mi i lubię ich jako postaci, ale nie jestem jakoś emocjonalnie zaangażowana (shipersko ;)) w ich związek. I nadal zastanawiam się, czy nie za szybko, czy nie za bardzo na siłę. Ich związek był przez ostatnie sezony usiany problemami i czy naprawdę rozwiązały się one w sielankowym odcinku ślubnym? Nie do końca wierzę w różaną przyszłość, ale co tam. Zawieszę niewiarę. Za to Jesse i Rachel byli dla mnie przemiłym zaskoczeniem, już myślałam, że twórcy zapomnieli o jego postaci, a tu taka niespodzianka. Oni dla mnie bardzo współgrają na poziomie emocjonalnym, więc ten akurat wątek bardzo mnie ucieszył.

Fot. Fox

Fot. Fox

Pirjo: Porozmawiajmy teraz o Glee jako całości. Jak oceniacie serial? Czy powinien był się skończyć parę sezonów temu, a dwa ostatnie były tylko dogorywaniem i fabularną pomyłką? Bo ja na przykład ze swojej strony uważam, że nawet w Nowym Jorku były świetne momenty (Adam Lambert, miłość na wieki!), a i Rachel miała czas i okazję porządnie dzięki temu wszystkiemu opłakać Finna, a my z nią. Serio, te ostatnie sezony stały się dla mnie bardziej realistyczne i prawdziwe właśnie dzięki tragicznej historii, która musiała zostać w nie wpleciona. Patrząc na Leę, widzieliśmy cierpienie i smutek i żałobę. Cierpieli wszyscy w stałej obsadzie. Ale parli dalej, przed siebie, jak to w życiu. Granica między serialową fikcją i realnym dramatem zatarła się. I ta emocja, odczuwalna przez aktorów i przez nas, fanów, legitymizuje dla mnie końcówkę serialu. Przemek pisał kiedyś, że seriale różnie sobie radzą ze śmiercią członka obsady, że jest wiele strategii postępowania. Glee było dyskretne, z godnością i szczerością przeżywało żałobę na naszych oczach. I jestem za to ogromnie wdzięczna. To była dodatkowa lekcja, taktu i pokory. Triumf życia. Mam ochotę obejrzeć serial jeszcze raz, od początku, a skoro wiem już, na jakie wyzwania muszę się przygotować, na pewno oglądałoby mi się go znacznie płynniej i z większym zrozumieniem. A co wy myślicie o spójności Glee?

Oceansoul: Pierwszym punktem, w którym zakończyłabym Glee, był finał trzeciego sezonu. Większość uczniów kończy szkołę, każdy rusza w swoją stronę, koniec. Ewentualnie, podobnie jak miało to miejsce w Skins, można było całkowicie odciąć się od ich dalszych losów i zająć nowym pokoleniem w McKinley High (taki był zresztą ponoć początkowy pomysł twórców, niestety, zarzucony). Drugim punktem zaś, który można było wybrać na finał, były odcinki dwunasty i trzynasty piątego sezonu, 100 i New Directions — czyli odpowiednio setny i sto pierwszy epizod. Absolwenci odwiedzają liceum, Puck i Quinn się schodzą, powracają April i Holly, Rachel śpiewa Don’t Stop Believing, kurtyna. Tak się oczywiście nie stało i trochę mi szkoda. Glee nigdy nie cieszyło ani nie wzruszało mnie równie mocno, co właśnie przez pierwsze trzy sezony.

Zgadzam się, że i w późniejszych odcinkach zdarzały się dobre wątki, postacie (w tym bezdyskusyjnie Starchild, który niestety wyparował bez słowa), sceny czy piosenki. Ale to już nie był ten poziom, co na początku, w dodatku serial coraz częściej zmieniał się w nieznośne odhaczanie wszystkich ważnych, bieżących tematów, zapominając przy okazji o jakiejkolwiek wewnętrznej logice świata czy — co znacznie gorsze — charakterach postaci, które zachowywały się tak, jak w danym momencie było wygodnie dla twórców. Albo po prostu zostawały zupełnie zniszczone, jak choćby Tina czy Brittany, które w jakimś momencie zmieniły się we własne karykatury. Smutno było na to patrzeć.

Joanna: Kiedy ostatnio rozważałam zakończenie Parks and Recreation – kolejnego serialu, który jak Glee miał czas na rozpisanie ostatniego sezonu jako podsumowania oraz pożegnania i uderzył mocno w stronę nostalgii i powracających postaci – zdałam sobie sprawę jak wiele odcinków finałowych miał ten serial. Bywał na pograniczu skasowania o wiele częściej niż Glee, ale oba miały wiele przypadków pewnego rodzaju resetu po to, by móc kontynuować. Glee dla mnie jednak znacznie gorzej sobie z tym radziło, resety i re-formatowania były często bardzo nieudane, problematyczne. Postaci znikały bez słowa, a inne zmieniały się tak bardzo, że równie dobrze mogliby zmienić aktorów – najgorszym chyba dla mnie przypadkiem była Quinn, której osobowość zdawała się zmieniać z odcinka na odcinek i ze złych scenariuszy w coraz gorsze.

Nie ukrywajmy, Glee zawsze było strasznym bałaganem i nawet najzagorzalsi fani tego nie ukrywali. Krążyło kiedyś to radosne motto, że „nobody hates Glee like Glee fans hate Glee” i dużo w tym prawdy. Ale jak zawsze powtarzam, nie można hatewatchować czegoś, czego się naprawdę nienawidzi, a wszyscy z nas jednak cały czas do Glee powracali.

Fot. Fox

Fot. Fox

Pirjo: Pogadajmy jeszcze o warstwie muzycznej. Nie da się ukryć, że na początku to była nowość, totalna świeżość, objawienie. Mash-upy, sprytne aranżacje, zabawa standardami i hitami z list przebojów. Jest kilka takich przypadków, kiedy wersję z Glee uważam za lepszą od oryginału. Soundtracków z tego serialu się słuchało, wyczekiwało się na listę piosenek do kolejnego odcinka. A potem? Muzyka jakoś spowszedniała, zbanalizowała się, a może po prostu i głosy i piosenki były słabsze? Co o tym myślicie?

Oceansoul: Odnoszę takie samo wrażenie. Za czasów pierwszego i drugiego sezonu piosenki z serialu królowały na mojej playliście. W późniejszych sezonach? Pewnie na palcach obu rąk mogłabym policzyć utwory, do których w ogóle powracałam. Na pewno nie winię za to głosów, które przez cały czas emisji zaskakiwały różnorodnością. To repertuar przestał trafiać w mój gust. Szczególnie brakowało mi kawałków musicalowych; do dziś wspominam Defying Gravity czy Don’t Rain on My Parade z pierwszego sezonu. Im dalej jednak, tym bardziej zaczęły dominować współczesne hity, które nigdy nie budziły we mnie cieplejszych uczuć. Do tego w nowszych sezonach często brakowało emocji, jakiejś podbudowy pod konkretną piosenkę. Let it Go z pierwszego odcinka szóstego sezonu zupełnie nie zrobiło na mnie wrażenia, i nie była to wina ani głosu (fanką barwy i możliwości głosowych Lei pozostanę na wieki), ani samego utworu. Zupełnie jakby twórcy serialu po prostu zgubili gdzieś po drodze jego ducha i cała magia uleciała. Z drugiej strony trzeba im jednak przyznać, że do samego końca nie zapomnieli, jak powinno się dobierać repertuar na zawody chórów — do utworów z Sectionals na pewno będę wracać.

Joanna: Ja chyba tak naprawdę czekałam głównie właśnie na piosenki z musicali, których było coraz mniej i mniej w miarę jak serial szedł do przodu. Nie pomogło nawet przeniesienie akcji do Nowego Jorku i przygody Rachel na Broadwayu – czemu mieliśmy tego tak mało? Zwłaszcza biorąc pod uwagę całkiem niezły zestaw aktorów z desek teatrów.

Drugą rzeczą, która zawsze mi się podobała, były mashupy. To chyba najbardziej zapadające w pamięć aranżacje. Ja do dzisiaj nie mogę przestać słuchać Rumor Has It / Someone Like You w wykonaniu Santany.

Pirjo: Na koniec podwójne pytanie – jaką rolę pełnił w waszym życiu ten serial, jak to oceniacie z perspektywy czasu, i po drugie, czy myślicie, że się zestarzeje? Czy dało się będzie oglądać zmagania New Directions za dziesięć lub dwadzieścia lat? Czy po serial sięgną kolejne pokolenia? Czy ma w sobie coś uniwersalnego lub ponadczasowego? A może to tylko nietrwała, kolorowa rozrywka? Czy będziecie tęsknić za Glee?

Oceansoul: Zaczynając od końca — tak, mimo licznych zastrzeżeń będę tęsknić. To, że przykro mi z powodu spadku poziomu i wytykam serialowi błędy oznacza, że cały czas mi na nim zależało i ubolewałam nad zmarnowanym potencjałem. Gdyby Glee skończyło się w momencie większej chwały, w czasach, gdy budziło powszechne zachwyty z racji bycia serialem nowatorskim i przełomowym — miało by moim zdaniem szansę zapisać się gdzieś w historii telewizji. Obecnie, jako po prostu kolejny przeciągnięty ponad miarę serial Ryana Murphy’ego — jest już na gorszej pozycji. Ale i tak będę trzymać za niego kciuki i mieć nadzieję, że sięgną po niego kolejne pokolenia. Szczególnie nastolatki, którym serial mógłby wiele dać i w ważnym dla nich momencie pokazać, że zawsze warto być sobą, a znajdzie się ludzi, którzy też to docenią.

Joanna: Ja odczuwam sporą ulgę, że się już skończył, bo już nigdy nie będzie gorzej. Przepraszam! Ale mój związek z Glee był niesamowicie burzliwy i przez większość czasu emisji radośnie hatewatchowałam, jednocześnie nie potrafiąc go rzucić, bo raz na jakiś czas rzucali fenomenalną piosenkę z musicalu.

Jedno przyznam Glee: pokazał, co można zrobić z telewizją, że musical co tydzień da się osiągnąć, że o pewnych rzeczach można rozmawiać, że łamanie zasad gatunków czasami wychodzi na dobre. No dobrze, przyznam i drugie: że czasami miał momenty, kiedy męczenie się z niekonsekwencją postaci było tego warte, kiedy uderzał we właściwe emocjonalne nuty, kiedy dreszcz przebiegał po plecach. Może nie będę tęsknić, ale czasami będę wspominać.

Fot. Fox

Fot. Fox

Glee
musical/comedy drama
2009—2015

Pirjo Lehtinen
Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Joanna Kucharska
Zawodowo ogląda seriale. Jeszcze jej za to nie płacą, ale pracuje nad doktoratem na temat seriali internetowych, więc prawie prawie. W międzyczasie hate-watchuje większość seriali, które ogląda i pasywno-agresywnie udziela się na tumblerze.

Marta„Oceansoul” Najman
Wieloletnia fanka kultury w różnorakich jej odmianach, zafascynowana na równi steampunkiem, new weird i science fiction, jak i XIX-wieczną literaturą angielską czy powieściami historycznymi. Nałogowo czyta, ogląda filmy i seriale, a jak wystarczy czasu, to sięga po gry komputerowe i komiksy. Mniej lub bardziej regularnie bloguje na Oceansoul’s Blog.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)