Wszystko się zmienia (Torchwood)

Wszystko się zmienia (Torchwood)

Artykuł zawiera spoilery. 

Co dokładnie odróżnia Torchwood od Doctora Who? Co czyni Torchwood serialem „dla dorosłych”? Seks? Nie wydaje mi się, byśmy w Torchwood zobaczyli więcej niż w typowym hollywoodzkim PG–13 (chyba że pod względem tego, kto z kim co robi). Mrok, pesymizm, poważne tematy? Być może, zwłaszcza w późniejszych seriach, opowiadających o strachu, jaki rodzice odczuwają o swoje dzieci, o chorobach i śmierci – rzeczach, o których dzieci w większości nie mają (a na pewno chcielibyśmy, by nie miały) pojęcia. Ale myślę, że „dorosłość” Torchwood kryje się gdzie indziej, głębiej, że wpływa na cały serial od samego początku jego istnienia. Tym, co naprawdę odróżnia dla mnie oba seriale – główny i spin-off, dziecko i rodzica – jest stosunek do zmian.

Mało jest historii, które tak jak Doctor Who potrafią uchwycić specyfikę młodości, moment, kiedy zaczynasz sobie uświadamiać własną siłę, fakt, że masz wpływ na świat, a jednocześnie otwierają się przed tobą nowe perspektywy: gdy wyjeżdżasz na studia do dużego miasta, wyprowadzasz się od rodziców do pierwszego samodzielnego mieszkania, gdy jedziesz na wakacje z przyjaciółmi – albo pierwszym facetem (trochę starszym, a przynajmniej sprawiającym takie wrażenie, bardziej doświadczonym, z niebieską budką, którą można dotrzeć wszędzie). DW to serial, który trafnie, choć w fantastycznej konwencji, pokazuje niesamowite rzeczy, jakich możesz doświadczyć, których możesz się nauczyć, jeśli tylko zaczerpniesz powietrza i skoczysz na głęboką wodę. Który opowiada jak to jest, kiedy życie nabiera tempa, i jak cię to zmienia. Zmianie podlegają towarzyszki Doktora, ale i on sam co jakiś czas porzuca twarz i osobowość, stwarza siebie na nowo – może dlatego mimo kilkuset lat na karku udaje mu się zachować młodość (która podobnie jak dorosłość nie ma nic wspólnego z cyferkami w dowodzie osobistym), witalność, entuzjazm, nawet jeśli czasem go to przeraża. Zmiany, chociaż potrzebne, bywają też straszne. Nawet Doktorowi zdarza się rzucić rozpaczliwe „I don’t want to go!” na chwilę przed eksplozją światła, która przyniesie coś nowego. Ale nikt nie zrezygnowałby z podróży z Doktorem – a sam Doktor z możliwości regeneracji.

Fot. BBC

Fot. BBC

Później jednak dorastasz, do czegoś dochodzisz, coś zdobywasz, przyzwyczajasz się; życie przestaje przynosić aż tyle niespodzianek, staje się mniej lub bardziej wygodne – i zmiana, zdolna roznieść w drzazgi budowany z takim mozołem świat, staje się zagrożeniem. O tym opowiada Torchwood.
Już miejsce akcji serialu wskazuje na istotne różnice w stosunku do Doktora. Nie ma mowy o żadnym all of time and space, jest tylko Cardiff: miasto bez wątpienia urocze, ale zupełnie zwyczajne, przestrzeń znana i oswojona, miejsce, w którym można żyć i pracować.

O ile, rzecz jasna, nie trafisz na wyrwę w czasie i przestrzeni.

Świat Torchwood zbudowany jest bowiem na zasadzie przeciwieństw, na zestawieniu dwóch skłóconych pierwiastków. Z jednej strony Cardiff, sfera stabilności i porządku, normalnych ludzi i normalnego życia. Nieopodal natomiast kryje się Wyrwa: brama prowadząca do świata chaosu, gdzie nic nie trwa wiecznie i nic nigdy nie będzie takie, jak było. Wyrwa daje i odbiera. Może sprawić, że w twoim życiu pojawi się – i równie szybko zniknie – nowa miłość (jak w Out of Time), może na zawsze cię okaleczyć (jak w Adrift). Może cię dosięgnąć w każdej chwili, nawet gdy idziesz wieczorem przez most nad Zatoką i masz już w zasięgu wzroku dające poczucie bezpieczeństwa światła domu.

Fot. BBC

Fot. BBC

Kruchą równowagę pomiędzy tymi dwoma opozycjami próbuje zachować Torchwood, grupa chroniąca mieszkańców Cardiff przed destabilizacją związaną z aktywnością Wyrwy, a jednocześnie nieustannie wystawiona na jej działanie. Działalność członków organizacji często ogranicza się do minimalizowania strat, przywrócenie status quo rzadko jest możliwe. W końcu, jak informuje już tytuł pierwszego odcinka, everything changes. Wszystko się zmienia i przed tym faktem nie ma ucieczki. Można go zaakceptować, można próbować go wyprzeć, zapomnieć. Można na przekór nadchodzącej fali budować zamki z piasku. Każdy z bohaterów radzi sobie inaczej.

Jack Harkness pełni tutaj rolę Doktora, przewodnika, który prowadzi innych przez wrogi, nieprzyjazny, niebezpieczny świat, choć w odróżnieniu od Doktora nie on w ten świat wprowadza. Jak pokazuje odcinek Fragments, każdy z członków Torchwood wpadł weń już wcześniej, życie każdego z nich w jakiś sposób uległo rozpadowi – Jack może tylko dać im schronienie i zajęcie, nowy cel w życiu. Sama zmiana jest bolesna, nagła, nieprzewidziana, tak jak w życiu, gdy tracisz pracę, gdy odchodzi dziewczyna, chłopak, mąż, żona. Nagle grunt usuwa ci się spod nóg, spadasz i kto wie, gdzie wylądujesz?

Jeszcze jedna rzecz czyni kapitana raczej negatywem Doktora niż prostą kalką: jego nieśmiertelność. Doktor za każdym razem, gdy grozi mu śmierć, przechodzi regenerację: zmienia twarz i charakter (być może kiedyś zmieni także rasę lub płeć?). Jego dziesiąte wcielenie ma trochę racji: w pewnym sensie naprawdę umiera, bo oprócz jakiejś esencji, istoty bycia Doktorem, zmienia się właściwie wszystko.

Fot. BBC

Fot. BBC

Dla kapitana Jacka żaden rodzaj śmierci nie jest ostateczny, przetrwa on najgorszy kataklizm, największą klęskę – ale niezależnie od tego, ile razy zostanie zastrzelony, wysadzony w powietrze czy pochowany żywcem, zawsze pozostanie tym samym, pierwszym i jedynym kapitanem Jackiem. Tak poskramia zmianę ten, który ciągle jest wystawiony na jej oddziaływanie: uporczywie trzyma się jednej wersji samego siebie, beztroskiego hedonisty, wiecznego chłopca. Zmiana to śmierć, jeśli wszystko się zmienia, to wszystko musi także umrzeć: przyjaciele, krewni, kochankowie. Po co się przywiązywać? Ciesz się chwilą, póki trwa – ale nie pozwól, by wywarła na ciebie wpływ. Najbliżej trwałego przeobrażenia znajduje się Jack w Children of Earth, kiedy związek z Ianto staje się na tyle poważny, że trzeba zacząć go definiować (czy już jesteśmy „parą”?). Jednak śmierć Ianto działa jak nagłe oprzytomnienie, które sprawia, że Jack natychmiast ucieka od wszystkiego co znał, rzuca się w wir niepewności. Później wprawdzie wraca, ale czy możemy być pewni, na jak długo?

Owen również przekonuje się o tym, jak gwałtownie zmiana może odebrać nam to, co najważniejsze, gdy przez kosmicznego pasożyta traci narzeczoną. To doświadczenie prowadzi go do podobnej Jackowi postawy: hedonistycznego braku przywiązania, dopełnionego przez odpychającą, sarkastyczną fasadę, która ma zapewnić, że nikt nie będzie nawet próbował się do niego zbliżyć. I również Owen osiąga pewnego rodzaju nieśmiertelność – a więc niezmienność.

Ale Owen jest tylko kopią kopii, i tak jak kapitan Jack utracił możliwość zmiany twarzy, Owen traci możliwość uleczania się. Zmiana i strata – tak ściśle w Torchwood splecione, że stające się właściwie tym samym – ciągle są w stanie odcisnąć na nim swoje piętno, jego obrażenia się nie goją, tak że w końcu musiałby się stać jedną wielką chodzącą raną. Owen posmakował w życiu stałości, w głębi duszy przynależy do jej świata i nie jest mu dana taka sama odporność, jak jego kapitanowi.

Fot. BBC

Fot. BBC

Nie wszyscy mogą się wcielać w Doktorów. Są także towarzysze, wśród nich Ianto: jedyny, wyjątkowy; pozbawiony szczególnych umiejętności (poza parzeniem kawy i wyglądaniem dobrze w garniturze), ale najważniejszy dla Jacka, ten, który – jak się wydawało – miał zostać z nim na zawsze. I który ostatecznie potwierdził smutną prawdę przeczuwaną przez kapitana: wszystko kiedyś umiera.

Doktor też, tak jak my, traci ukochanych towarzyszy, ale – i w tym również kryje się wieczny optymizm serialu – na ich miejsce zawsze przychodzą nowi. Nawet po tych niezastąpionych, których światy ostatecznie rozejdą się z doktorowym (czasem ludzie oddalają się od siebie tak bardzo, że mogliby zamieszkiwać inne wszechświaty), w TARDIS pojawi się ktoś nowy – na przykład rudowłosa kobieta szykująca się do ślubu. Zawsze w wyciągniętą rękę trafi czyjaś dłoń, zawsze na okrzyk: „Biegnijmy!” ktoś poderwie się do biegu razem z tobą. W Torchwood nic takiego nie nastąpi; kolejni członkowie grupy będą po sobie pozostawiać tylko boleśnie puste dziury.

Fot. BBC

Fot. BBC

Toshiko zawsze pozostawała na uboczu i to czyniło ją najsmutniejszą postacią w grupie. Nigdy nie miała szans w świecie Torchwood, bo nigdy nie próbowała się do niego przystosować. Pozostawiona samej sobie, niedoceniana, była Dziewczyną, Która Czekała na to, aż ktoś ją zauważy – przede wszystkim Owen, z którym chciała nawiązać więź bliższą i trwalszą niż „kumple z pracy razem polujący na obcych”, albo ktokolwiek, kto okazałby jej choć odrobinę zainteresowania (Greeks Bearing Gifts). Kiedy patrzę na Toshiko, myślę, że ciągle marzyła o powrocie do normalnego świata, do stałości, i że w związku z tym nigdy nie wykształciła żadnych mechanizmów ochronnych, żadnego pancerza. I chyba dlatego jej historia musiała się skończyć smutno.

W odróżnieniu od pozostałych Gwen weszła w świat Torchwood dobrowolnie – i może przez to właśnie nie dała mu się całkowicie pochłonąć. Nawet jeśli nie była gotowa – nikt nigdy nie jest w pełni gotowy na zmianę – to sama podjęła decyzję. No i nie porzuciła przy tym swojego dotychczasowego świata, którego Torchwood miało bronić i który został innym członkom grupy wydarty: świata stałości, który bywa klatką (jak związek z niczego nieświadomym Rhysem, pełen niedomówień generujących kolejne napięcia, pchający Gwen w ramiona Owena), ale bywa też podporą, tak jak dla Gwen była nią rodzina i stary przyjaciel, Andy. Tego brakowało pozostałym bohaterom Torchwood i może dlatego musieli ostatecznie umrzeć, pochłonięci przez chaos i zamęt – z wyjątkiem kapitana Jacka, który jednak za swą nieśmiertelność płaci nieustannie wysoką cenę, nawet jeśli czasem udaje mu się o tym zapomnieć.

Wsparcie, jakim jest dla Gwen rodzina, sprawia, że łatwiej jej wejść do świata Torchwood i przejąć kontrolę nad losami swoimi i świata. Tak naprawdę bowiem spokojne życie w Cardiff, niezakłócone żadną katastrofą, to nieosiągalny ideał. Zmiana prędzej czy później cię dopadnie, a jeśli nic nie zrobisz, wprowadzi ją ktoś inny: tajemniczy kosmici, wyrachowani politycy albo coś jeszcze gorszego. Ale człowiek potrzebuje także odrobiny stałości, nieustanny ruch pozbawia sił – Gwen jako jedyna z grupy posiada dom, w którym może je odzyskać.

Fot. BBC

Fot. BBC

 

Nawet ona jednak nie potrafi wyjść z korowodu zmian bez szwanku, nawet dla niej zmiana oznacza przede wszystkim ból: traci kolejnych towarzyszy i cierpi (Owen i Toshiko w drugim sezonie, Ianto w Children of Earth). Nic dziwnego, że między trzecim a czwartym sezonem zaszywa się gdzieś na walijskim wybrzeżu i powraca dopiero wtedy, kiedy świat jej potrzebuje – ona też jest dorosła i to, co nowe, budzi w niej podejrzliwość, nawet jeśli, jak dar nieśmiertelności w Miracle Day, nazywa się to „Błogosławieństwem”. Podejrzliwość Gwen ostatecznie okazuje się uzasadniona, ponieważ to „dorosłe”, a więc pełne obawy spojrzenie jest charakterystyczne dla całego serialu. Aby móc naprawdę cieszyć się zmianą trzeba odkryć na nowo spojrzenie dziecka, zdobyć nadludzką niemal moc zmiany twarzy, odważyć się na śmierć i odrodzenie. Pozbawiony Doktora świat Torchwood w najdobitniejszy sposób pokazuje, dlaczego i jak bardzo Władcy Czasu w niebieskiej budce potrzebują nie tylko dzieci, ale i dorośli.

Gdyby nie istniał, trzeba by go wymyślić.

Tekst po raz pierwszy ukazał się w serwisie Gallifrey.pl.

Torchwood
science fiction
BBC Three/Two/One/Starz, 2006–2011

Artur Nowrot

Czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na blogu Wysznupane. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).