Fot. Disney XD

„Duch” bez ducha (Star Wars Rebels, S01)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Kiedy kilka miesięcy temu pisałam recenzję pierwszych odcinków Rebeliantów, widziałam przyszłość praktycznie w samych jasnych barwach. Podobało mi się erpegowe podejście do przygód załogi „Ducha”, wyciąganie tego, co stanowi esencję Gwiezdnych wojen, i niczym nieskrępowana przygoda, strawna również dla starszego widza, nie tylko dla tego nieco młodszego, dla którego serial jest właściwie przeznaczony. Po obejrzeniu całego sezonu nie jest mi jednak już tak wesoło.

Przede wszystkim całej historii brakuje napięcia. Jasne, każdy odcinek to nowa przygoda, kolejna okazja do utarcia nosa imperialnym, dorzucenia tego swojego kamyczka do ruchu oporu przeciwko złemu totalitarnemu państwu. Brzmi jak Epizod IV, prawda? No właśnie niekoniecznie. W Nowej nadziei, filmie przecież czysto rozrywkowym, nie brakuje przecież momentów przepełniających strachem i grozą, momentów, w których przekonujemy się, że to wszystko wcale nie jest takie… radosne i optymistyczne. Zniszczenie Alderaanu, śmierć Obi-Wana – to były elementy uświadamiające nam, że oglądamy zmagania na śmierć i życie, pojedynek między dobrem a złem i w sumie nie możemy być tacy pewni, że głównym bohaterom nic się nie stanie. Tego brakuje w Rebeliantach. Oczywiście, historia uderza i w nuty nieco ciemniejsze, jak choćby rodzinną historię Ezry (szkoda, że dotychczas tak mało eksploatowaną), a nie da się ukryć, że zamykające sezon trzy odcinki miejscami naprawdę były mroczne, jednak tego jest nadal za mało. Przykro mi, ale jeśli pakujemy bohaterów w sytuacje bez wyjścia, a potem to wyjście znajdujemy tak, że nie mają nawet malowniczego zadrapania, nie może to tak naprawdę wzbudzić emocji. I to, że serial jest przeznaczony dla dzieci, nie ma tutaj nic do rzeczy. Tym, co na zawsze utkwiło mi w pamięci, była śmierć Mufasy w Królu Lwie, a nikt mi nie powie, że jest to pozycja dla starszego widza. Dało się? Oczywiście! Ponieważ elementem dobrej historii jest również to, jak poradzi sobie ona z kwestią śmierci. Rebeliantom nie jest to dane, a szkoda.

Fot. Disney XD

Fot. Disney XD

Zresztą trudno, by postaci ginęły, skoro ich przeciwnicy to banda ciężkich idiotów. W październiku mówiłam o tym, że jeśli żarty ze szturmowców nie będą zbyt częste, da się je przełknąć. No niestety, wykrakałam. Szturmowcy klasycznie strzelają wszędzie, tylko nie tam, gdzie właśnie znajdują się bohaterowie, w dodatku ta – elitarna przecież – formacja na widok nietypowego myśliwca cumującego właśnie w hangarze kontynuuje radosną pogawędkę zamiast natychmiast o sytuacji zameldować. W tym samym odcinku, na samym początku, jedna (!) Mandalorianka skacze po całym patrolu żołnierzy, a oni niemal się nadstawiają, by aby stópka się jej nie omsknęła. Witany przeze mnie z taką radością Inkwizytor nie spełnił pokładanych w sobie nadziei, niestety. Owszem, ma niezłe teksty, pewnie również posiada zacne umiejętności, jednak daje się niemal na każdym kroku kiwać Kananowi i jego stawiającemu pierwsze kroki padawanowi. Jego kardynalnym błędem jest klasyczne villainowskie gadanie zamiast dobicie przeciwnika i – jak to zwykle bywa – kończy się to dlań zejściem z tego nienajlepszego ze światów. Dziękujemy Wam, scenarzyści, bo właściwie było mi go już wręcz żal. Zresztą chyba najbardziej zaangażowani prorebelianccy fani odczuwali pewien niesmak, kiedy pięcioosobowa drużyna przebija się przez niszczyciel Tarkina, a zatem, jak można przypuszczać, raczej nieobsadzony przez samych permanentnych osłów. No nie w tym serialu.

Drażni mnie również, że nawet zaangażowanie tak ikonicznych postaci jak Tarkin czy Vader nie sprawia, iż przedstawianie Imperium ulega zmianie, a to już woła o pomstę do niebios! No cóż, trzeba wrzucić do serialu kogoś rozpoznawalnego i na oko groźnego, skoro postać, która tę mroczną stronę Imperium miała właśnie reprezentować, jest dziwnie mało straszna. Zresztą chaotyczne wstawianie do fabuły postaci znanych z dotychczasowego kanonu też stanowi jeden z grzechów serialu. Niestety, Rebelianci nie są opowieścią mityczną i bohaterowie na pewno nie stanowią centrum – jakże olbrzymiego w tym uniwersum – wszechświata, a jednak na ich drodze cały czas stają tacy znajomi jak Artoo i Threepio czy Lando Carlissian. I jakkolwiek droidy akurat nie były elementami dodanymi najbardziej „z czapy”, tak już obecność Carlissiana i cała historia z nim związana tak zawiodła fanów, że większość określa Idiot’s Array mianem najgorszego odcinka sezonu. A przecież jest to tak niesamowicie malownicza postać, w dodatku podkładał pod niego głos sam Billy Dee Williams! W ostatnim odcinku sezonu ze strony Rebelii zostaje naszym bohaterom przydzielony opiekun, który też jest znajomy – niestety. W moim przypadku to podwójne „niestety”, jako że jest nim Ahsoka Tano, a ta postać sprawiła, że zarzuciłam oglądanie Wojen klonów. Jednocześnie jednak, mimo tego dziwnego bywania w samym centrum wydarzeń, bohaterowie nadal są w stanie pozostać na uboczu do tego stopnia, że chociaż cały czas powracają na tę samą planetę, pies z kulawą nogą nie jest ich w stanie zlokalizować, nawet jeśli na orbicie znajduje się kilka niszczycieli… Ech…

Fot. Disney XD

Fot. Disney XD

Gdyby jakoś ograniczyć wszechmoc bohaterów i głupotę przeciwników, nie byłoby tak źle, bo w gruncie rzeczy fabuły odcinków są całkiem ciekawe, choć oczywiście czasami trochę mało strawne dla widza starszego. Fan małoletni będzie podekscytowany szkoleniem w Akademii, które jako żywo przypomina platformówkę, spodoba mu się też towar przemycany przez Lando Carlissiana. Starsi jednak naprawdę są w stanie znaleźć coś dla siebie, bo liczne elementy w Rebeliantach stanowią piękne uzupełnienie i delikatne nawiązanie do tego, co już znamy – jak było choćby w odcinku Path of the Jedi, kiedy to Ezra przechodzi próbę w zapomnianej Świątyni Jedi. Lekcja, którą przerabia nie tylko uczeń, ale i mistrz, jest tak bardzo w duchu Starej Trylogii, że poczułam się jak za dawnych dobrych czasów. Out of Darkness również jest bardzo sympatycznym nawiązaniem do jednego z moich ulubionych filmów SF, Pitch Black, choć wyciągnięty z odwłoka feminizm trochę mu zaszkodził. Za absolutnie rewelacyjne uważam rozwiązanie zastosowane w Vision of Hope, kiedy okazuje się, że nie wszystko jest takie, na jakie wygląda – naprawdę solidna lekcja oraz chyba jeden z nielicznych przypadków, kiedy wydarzenia potoczyły się niekoniecznie po myśli załogi „Ducha”. Potencjał więc jest, naprawdę jest, i to całkiem spory!

Rebelianci posiadają jeszcze jeden olbrzymi atut: bardzo fajnych bohaterów. Oczywiście, tak jak sądziłam, Ezra trochę irytuje, ale potem przypominam sobie, że to właściwie jeszcze dzieciak i on akurat ma prawo zachowywać się w taki, czasem nieco lekkomyślny sposób. Tego usprawiedliwienia nie ma już Zeb, przez co stanowi najbardziej denerwującą mnie postać, choć i jemu przecież zdarzają się naprawdę głębokie momenty. Wielką niewiadomą pozostaje nadal Sabine Wren, bo w sumie wciąż niewiele o niej wiemy – liczę na rozwinięcie tego wątku w przyszłości (na szczęście nie pociągnięto zbyt daleko romansu między nią a Ezrą). Nie sądziłam też, że polubię Kanana, a jednak! W jedi zazwyczaj irytuje mnie ich zadufanie w sobie i wszechwiedza, tymczasem nasz pokładowy rycerz ma głównie wątpliwości i brak zaufania do swoich umiejętności. Bardzo podoba mi się to, jak powoli dojrzewa do roli mentora, naprawdę przyjemnie się to ogląda. Moim numerem jeden pozostaje jednak Hera Syndulla, bez której załoga „Ducha” byłaby… bez ducha. Jest nie tylko pilotem i dowódcą grupy, potrafi im też matkować, z lepszym lub gorszym skutkiem, lecz zawsze z olbrzymim uczuciem. Polubiłam tę postać już na samym początku, powieść A New Dawn tylko tę sympatię pogłębiła, a całość sezonu sprawia, że po raz pierwszy od lat mamy chyba naprawdę interesującą kobiecą starwarsową postać! Oby tak dalej.

Fot. Disney XD

Fot. Disney XD

Pozytywów naprawdę jest w Rebeliantach sporo, szkoda jednak, że tak naprawdę pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to olbrzymie wady serialu, o których wspomniałam. Nawet opiewana przeze mnie kiedyś erpegowość przestała mnie bawić, bo ileż w końcu może się udawać? Nie dociera do mnie też argument, że to serial dla dzieci i tak właśnie musi być. Otóż nie, kochani. Serial, w którym głównym bohaterom wolno wszystko i wszystko im się uda, bo tak, to po prostu niespecjalnie dobry serial. Przygoda może też uczyć, a tutaj nie zawsze się to udaje. Częścią nauki jest bowiem również porażka czy strata, a od tego, póki co, Rebelianci stronią. Moim zdaniem zupełnie niesłusznie.

Star Wars Rebels
animated/science fiction
Disney XD, 2014–

Cathia

Mól książkowy, zwierzę konwentowe, fangirl i Sheppardolożka. Wielbicielka czarnych charakterów, na czele z pewnym Królem Piekieł o brytyjskim akcencie. Kilka lat temu dosyć niespodziewanie zapadła na chorobę o nazwie Supernatural i modli się, by nigdy nie znaleziono na to leku. Aktywny członek fandomu od co najmniej 16 lat. W wolnych chwilach zajmuje się rękodziełem, robiąc kartki o fantastycznej tematyce, ostatnio zaczęła również pisać supernaturalowego bloga.