Fantastic! Czyli fantastyczne adaptacje, na które warto czekać

Fantastic! Czyli fantastyczne adaptacje, na które warto czekać

Tekst nie zawiera spoilerów. Słowo harcerza.

Są historie, do których chce się nieustannie powracać. Na tym chyba polega bycie fanem: jakaś część nas pozostaje w świecie opowieści, zaczyna żyć nią i w niej. Dlatego dążymy do poszerzania granic świata przedstawionego, piszemy fanfiki, tworzymy headcanony i fanarty – dzięki temu możemy się w tym konkretnym tekście poczuć jeszcze bardziej jak w domu.

Sposobem na powrót do ulubionego świata są także adaptacje, choć jest to sposób ryzykowny: niby opowiadają tę samą historię, ale nie stanowią wiernego odbicia tekstu oryginalnego – uniemożliwia to już sam akt przeniesienia do innego medium. Często przypominają krzywe zwierciadło z wesołego miasteczka, deformujące obraz, w którym się zakochaliśmy. A przy tym pretendują niemal do statusu dzieła pierwotnego, do wizji kanonicznej, która wyryje nam się w duszy, która narzuci nową formę wyobrażeniom, jakie żywiliśmy dotychczas. Przeglądając fanfiki możemy wybierać spośród dziesiątek, setek, nawet tysięcy apokryficznych wersji, z których każda równa się pozostałym – jeśli nie zyska naszej akceptacji, parę kliknięć pozwala nam wyszukać inną, przedstawiającą nasz ulubiony pairing w wymarzonej sytuacji. Oficjalne adaptacje rodzą się o wiele rzadziej, co stawia je wyżej w hierarchii. Demokratycznej kulturze fanowskiej trudno się z tym czasem pogodzić.

A jednak ekranizacje mają swój urok i możliwość porównania tego, co sami mamy w głowie, z cudzą wizją często okazuje się sporą frajdą. Z tego względu postanowiłem przedstawić trzy nadchodzące adaptacje, które powinny zainteresować fanów fantasy – zwłaszcza jeśli lubują się w innych klimatach niż pseudo-średniowieczne.

(Nadchodzące, jeśli nic nie stanie im na przeszkodzie oczywiście, bo wiemy, że na drodze do realizacji wiele się może wydarzyć – podumajmy chwilę nad niezrealizowaną ostatecznie serialową adaptacją wyśmienitej serii komiksowej Locke & Key.)

1. Jonathan Strange i pan Norrell – Susanna Clarke

Zacznijmy od tego, czego możemy się spodziewać w najbliższym (choć nadal bliżej niesprecyzowanym) czasie.

Za ekranizację wyróżnionej mnóstwem nagród powieści Susanny Clarke zabrało się BBC, czyli specjaliści od produkcji kostiumowych i adaptacji klasyków literatury, co rokuje bardzo dobrze, bo choć Jonathan Strange i pan Norrell to książka wydana w 2004 roku, to nawiązuje do XIX-wiecznej powieści angielskiej – i nie chodzi tylko o akcję, rozgrywającą się w okresie wojen napoleońskich, ale o styl narracji, budowanie postaci, konstrukcję fabuły. JSipN to opasłe tomiszcze opisujące trwającą lata przyjaźń, a później rywalizację dwóch tytułowych magów, a także wydarzenia prowadzące do powrotu angielskiej magii oraz Króla Kruków, któremu zawdzięcza ona wielkość.

Czego możemy się spodziewać po adaptacji? Na pewno znajomych twarzy. Jak wiadomo, w Wielkiej Brytanii zawsze pracuje tylko dwadzieścioro aktorów i aktorek, więc w każdej produkcji można się natknąć na kogoś, kogo gdzieś już widzieliśmy i być może lubimy. W JSipN są to między innymi Eddie Marsan, Marc Warren, Samuel West i Charlotte Riley.

Zawikłanej konstrukcji powieści (żeby wspomnieć tylko opowiadania zawarte w licznych przypisach) zapewne nie uda się w całości oddać na ekranie, ale główna historia jest na tyle rozbudowana, że powinna nam to wynagrodzić. Bardzo liczę również na humor, w powieści przemycany zwykle subtelnie w narracji, a w serialu zapewne z konieczności bardziej uwydatniony. Z drugiej natomiast strony – spora dawka dziwności i niepokoju, bo Jonathan Strange i pan Norrell nie należy do fantasy, gdzie magia staje się tylko zamiennikiem technologii, o nie; tutaj magia łączy się z faerie (oraz z Faerie), a gdzie są faerie, tam nic nie jest takie, jak się wydaje, i trzeba się mieć na baczności.

Nie wiadomo jeszcze dokładnie, kiedy serial zawita na ekrany, ale chyba już niedługo, skoro pojawiła się drobna zajawka (osobiście obstawiam, że JSipN zajmie miejsce pierwszego sezonu Poldarka, gdy ten dobiegnie końca – ale na razie to tylko moje pobożne życzenie).

2. Czarodzieje – Lev Grossman

Czarodzieje opisywani są jako „Harry Potter dla dorosłych” i powieść rzeczywiście zawiera kilka znajomych tropów z magiczną szkołą na czele (tutaj jest to ekskluzywny amerykański uniwersytet). Opowiada jednak nie o dzieciach, a o dwudziestoparolatkach, więc bohaterowie mają nieco inne problemy, takie jak pierwsze poważne związki czy poczucie zagubienia po opuszczeniu uczelni.

Drugi tytuł, jaki musi się pojawić w tekście o Czarodziejach, to Opowieści z Narni – główny bohater, Quentin Clearwater (pod wieloma względami bardziej młody Snape niż Harry Potter, na szczęście bez sympatyzowania z magicznymi rasistami), jest zafascynowany serią książek dla dzieci o magicznej krainie Fillory (meta!) i odgrywają one sporą rolę w fabule. Cała książka (czy raczej trylogia, bo po Czarodziejach ukazał się jeszcze Król magii i nieprzetłumaczona chyba do tej pory na język polski ostatnia część, The Magician’s Land) to w pewnym sensie list miłosny autora do Narni właśnie.

Wobec adaptacji tej książki mam dość mieszane uczucia; z jednej strony – yay, magiczne światy!, z drugiej – nie można ukryć, że książka jest wycelowana w pewną ściśle określoną grupę wiekową: młodych ludzi w wieku około-studiowym i trudno powiedzieć, czy na pewno trafi do innych. W dodatku jedną z głównych strategii, jakie stosuje autor, jest „odczarowanie” magii: nauka na uniwersytecie Brakebills polega na mozolnym wkuwaniu gestów i wymarłych języków (np. starocerkiewnosłowiańskiego – pozdrawiam serdecznie wszystkich moich przyjaciół z polonistyki) i jest niewiarygodnie nudna, zaś ostatnia część powieści przypominała raczej zaimprowizowaną naprędce sesję RPG niż cudowną wyprawę do magicznej krainy. Wszystko to stanowi co prawda na część przesłania, ale czy będzie się to dobrze oglądało? Trudno powiedzieć, ale twórcy będą musieli wykazać się sporą inwencją. A może dojdzie do jakiegoś przesunięcia akcentów? Tak czy inaczej warto będzie przynajmniej spróbować, bo w powieści pojawia się też kilka świetnych sekwencji (np. czas spędzony przez bohaterów na Biegunie czy pierwsze pojawienie się Bestii), których powinny dobrze wyglądać na ekranie.

Mamy już wiadomości o pięciu członkach głównej obsady, prace trwają, więc serial pojawi się być może jeszcze w tym roku.

3. Amerykańscy bogowie – Neil Gaiman

Na tę adaptację trzeba było trochę poczekać. W 2011 roku ekranizacją Amerykańskich bogów było zainteresowane HBO, ale ostatecznie nie powstał scenariusz, który by stację zadowolił. W zeszłym roku natomiast okazało się, że serialem interesuje się Starz (a więc stacja, która emitowała m.in. SpartacusaTorchwood: Miracle Day). Wkrótce potem okazało się, że showrunnerem został Bryan Fuller, który niedawno przełamał klątwę przedwczesnej kancelacji dzięki trzeciemu sezonowi Hannibala.

Wydaje mi się, że spośród opisanych tutaj tekstów Amerykańscy bogowie będą najłatwiejsi do zekranizowania. Pełno w niej ciekawych postaci i dziwnych wydarzeń. Historia podróży (bo dla mnie jest to przede wszystkim powieść drogi) głównego bohatera po wypełnionej starymi i nowymi bogami Ameryce pełna jest meandrów i dygresji; akcja nie zawsze posuwa się naprzód w tempie dwustu kilometrów na godzinę, przeciwnie: czasem zwalnia, zatrzymuje się, żeby obejrzeć przydrożne atrakcje, czasem wysiada z samochodu, żeby kupić przekąski i zrobić siku. Ale już Hannibal dowiódł, że Bryan Fuller potrafi operować na niskim biegu, i że w gęstej, onirycznej atmosferze oddycha pełną piersią. Nie jest zresztą powiedziane, że serial podąży dokładnie tą samą trasą, co książka – Fuller w wywiadach wspomina, że jednym z założeń jest poszerzenie perspektywy, wyjście poza to, co przytrafia się Cieniowi i Wednesdayowi, pokazanie jeszcze innych stron tej opowieści. Być może dostaniemy więc coś bardziej panoramicznego, choć mam nadzieję również na nieco bardziej kameralne odcinki poświęcone np. Lakeside. Tak czy inaczej – będzie ciekawie; nawet jeśli powieść Gaimana trochę się zestarzała, to sam autor współpracuje z twórcami i będzie mógł nadać całości nowy kształt.

A potem napisać wreszcie kontynuację.

Trwają prace nad scenariuszami poszczególnych odcinków, serial pojawi się zapewne nie wcześniej niż w 2016 roku.

* * *

Oto adaptacje, na które wyczekuję, w dużej mierze przez to, że znam już pierwowzory i z mniejszym lub większym zapałem chcę po raz kolejny zanurzyć się w magicznej Anglii, Ameryce czy Fillory – bardzo jestem ciekaw, jak będą wyglądać na zewnątrz mojej głowy.

Na koniec chcę jeszcze polecić tekst udzielającej się czasem na Pulpozaurze Agnieszki Jędrzejczyk, która na własnym blogu przygotowała epicką listę nadchodzących w tym roku fantastycznych premier.

A Wy na co najbardziej czekacie?

Artur Nowrot

Czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na blogu Wysznupane. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).