Alternatywne wizje komiksowej rzeczywistości, cz. 1 (Justice League, S01E18–19)

Alternatywne wizje komiksowej rzeczywistości, cz. 1 (Justice League, S01E18–19)

Egzystencjalizm i moralne dylematy Ligi Sprawiedliwych

Tekst zawiera spoilery.

Niedawne drugie urodziny Pulpozaura wywołały ożywione dyskusje o serialach z dzieciństwa, które najbardziej zapadły nam w pamięć i wywarły największy wpływ na nasze późniejsze popkulturowe (i nie tylko) życie. Nie jest chyba niczym zaskakującym, że większość z nich okazała się animacjami. Co ciekawe, najczęściej nie były to jednak urocze produkcje w disneyowskim stylu. To, czym karmiły nas w późnych latach 90. i pierwszych latach XXI wieku stacje takie jak Cartoon Network czy Fox Kids, to animacje ze wszech miar nietypowe. Kompletnie absurdalny humor, odjechane pomysły, niepokojąca kreska i creepypasty podlane solidną dozą abstrakcji, których nie powstydziłoby się American Horror Story – takie były Chojrak, Owca w Wielkim Mieście czy Krowa i Kurczak. Ale to temat na osobny cykl artykułów. Tymczasem chciałbym się zająć kreskówkami o superbohaterach z lat 00. (te z lat 90. to znowu temat na osobny cykl). Były z nami na długo przed filmowym uniwersum Marvela, w dużym stopniu ukształtowały nasze wyobrażenia i późniejsze oczekiwania. Chciałbym przypomnieć Wam kilka moim zdaniem szczególnie wartych uwagi historii. Lata temu mocno dały mi po głowie, zaś jak się niedawno przekonałem, z czasem nie tylko nie straciły na wartości, ale nabrały nowych znaczeń. Animacja może opowiadać równie istotne, wieloznaczne i poważne historie co komiks. Wystarczy na chwilę pozbyć się zbędnych uprzedzeń, żeby się o tym przekonać.

W tej serii artykułów chciałbym zająć się Ligą Sprawiedliwych. Na warsztat biorę pięć serialowych historii i jeden film pełnometrażowy, które łączą dwa istotne motywy – świata alternatywnego i dylematów moralnych.

Gwoli przypomnienia – Ligę Sprawiedliwych w kształcie, w jakim występuje ona w pierwszych dwóch sezonach (trzeci do piątego to Unlimited – drużyna zostaje znacząco poszerzona), tworzą Superman, Batman, Wonder Woman, Zielona Latarnia (John Stewart), Sokolica, Flash (Wally West) oraz Marsjanin Łowca.

Robiąc research uświadomiłem sobie, że kiedy Liga leciała na Cartoon Network, obejrzałem wyłącznie pierwszy sezon. Mimo to była to jedna z najlepszych kreskówek mojego dzieciństwa. Poza omawianą historią z pierwszego sezonu polecałbym również trzyodcinkowe Secret Origins wprowadzające do serialu, Paradise Lost, gdzie główną rolę odgrywa Temiskera, oraz A Knight of Shadows, gdzie wspaniale zostają ograne motywy z legend arturiańskich.

Dzięki narracji osadzonej w alternatywnej względem New Earth[1] rzeczywistości możliwa jest pewnego rodzaju zabawa konwencją – spotykamy postacie z przyszłości (The Once and Future Thing) i Złotej Ery (The Savage Time) uniwersum DC oraz przerysowane wersje klasycznych superbohaterów i superzłoczyńców (Legends). Widzimy również, jak mogłyby wyglądać historie naszych ulubionych herosów, gdyby w pewnym momencie w ich życiu bądź w dziejach komiksowego świata nastąpiła jakaś znacząca zmiana. Szczególnie częstym „obiektem doświadczalnym” jest tutaj Batman: odpowiednio Thomas Wayne w Zaburzonym Kontinuum, samotny i jeszcze bardziej zgorzkniały mściciel czasów drugiej wojny światowej w The Savage Time, przebiegły i żądny władzy antybohater w A Better World, w końcu wisienka na torcie, czyli spotkanie emerytowanego Bruce’a Wayne’a znanego z Batmana przyszłości ze swoją młodszą wersją działającą w rozszerzonej Lidze (The Once and Future Thing).

Pozwolę sobie omawiać historie w ich kolejności wewnątrz sezonu (można je jednak spokojnie oglądać w dowolnej konfiguracji, gdyż nie są w wyraźny sposób powiązane fabularnie). Od razu ostrzegam przed sporą ilością spoilerów (przy czym serial ma już ponad dziesięć lat, więc myślę, że mogę się czuć usprawiedliwiony pod tym względem ;)).

Legends (Legendy) – Justice League, S01E18–19

Na wstępie chciałbym powiedzieć, dlaczego ten odcinek ma dla mnie tak szczególne znaczenie. Uwielbiam historie, w których dostajemy pewien wgląd w szersze legendarium danego uniwersum (sztandarowym przykładem byłby tu Silmarillion) bądź przypominane nam są historie leżące u podstaw obecnej narracji, które zdążyły nabrać doniosłości wewnętrznego mitu. Z tego względu jedynym odcinkiem Smallville, który obejrzałem w całości, i to z wypiekami na twarzy, było Absolute Justice z dziewiątego sezonu. Wprowadzone zostają tam postacie z Justice Society of America (nieco zmodyfikowane, bo działające w latach 70., a nie jak komiksowy pierwowzór w latach 40.).

Z tego plakatu aż bije „superhero legacy”. | Fot. The CW

Z tego plakatu aż bije „superhero legacy”. | Fot. The CW

Liga Sprawiedliwych ma do tego wybitnie epicką czołówkę (i to bez epickiego rockowego kawałka).

Chyba tylko czołówka do Batmana Przyszłości może się równać. | Fot. Cartoon Network

Chyba tylko czołówka do Batmana Przyszłości może się równać. | Fot. Cartoon Network

A teraz do rzeczy.

Początek nie zapowiada niczego niezwykłego – oto nasi herosi bronią Metropolis przed ogromnym robotem sterowanym przez Lexa Luthora. Gdy Supermanowi i Batmanowi udaje się wspólnymi siłami unieszkodliwić maszynę uszkadzając jej reaktor, o mało nie przygniata ona Zielonej Latarni, Sokolicy i Marsjanina Łowcy. W ostatniej chwili do akcji wkracza Flash i, tworząc lokalne tornado unoszące metalowe szczątki, przypadkiem wywołuje reakcję pokroju wybuchu nuklearnego, która przenosi czwórkę herosów do alternatywnej rzeczywistości (ten sam motyw zostanie wykorzystany ponad dekadę później w Zaburzonym Kontinuum). Od tej chwili nic już nie będzie tym, czym się wydaje. Świat ten wydaje się sielanką Złotej Ery superbohaterów – ikon typowo amerykańskich wartości, pełnych empatii obrońców lokalnej społeczności (szczególnie starszych pań i dzieci). Pod tą niewinną, wręcz cukierkową otoczką, gdzie kampowi złoczyńcy nigdy nie unikną sprawiedliwości (czytaj: krótkiej odsiadki zakończonej obowiązkową ucieczką) kryje się jednak zaskakująco mroczna tajemnica rodem z Matrixa (który zresztą trafił do kin zaledwie dwa lata przed emisją odcinka).

Społeczność miasteczka Seabord City, do którego trafiają członkowie Ligi, jest jak gdyby żywcem wyjęta z Pleasantville (jedyną różnicą jest wyraźne osadzenie w realiach lat 40., a nie 50.). Mimo tej uderzającej zmiany dekoracji data nie uległa zmianie, co jest pierwszym niepokojącym sygnałem. Jednak w jeszcze większe zdumienie wprawia czwórkę przybyszów spotkanie z lokalną drużyną superbohaterów. Szczególnie Zieloną Latarnię i Flasha musieli zaskoczyć ich odpowiednicy – Zielony Gwardzista (Green Guardsman), będący nawiązaniem do Alana Scotta (pierwszej Zielonej Latarni) oraz Chyży (Streak), pastisz Jaya Garricka (Flasha Złotej Ery).

Już pierwsza konfrontacja z superzłoczyńcami tego świata niesie ze sobą spory ładunek kampowości. Oto Music Master (nawiązanie do Fiddlera) kradnie bezcennego Stradivariusa z muzeum, zaś z rozpędzonego radiowozu wyskakują policjanci, którzy zamiast działać uprzejmie ostrzegają przestępcę przez megafon. Nieco później dwójka funkcjonariuszy z dobrodusznym uśmiechem na ustach, przepraszając za najście, osobiście doręczy bohaterom list z wyzwaniem od Injustice Guild (rzucając przy tym obowiązkowym sucharem w rozmowie z Chyżym – „– I rushed it over here as fast as I could. Not as fast as yourself, of course!Oh, for someone without superhuman speed you did just fine, sergeant, thanks!”)

Gdy kradzież rzeczonych skrzypiec zostaje udaremniona, Music Master wyraża swoją frustrację rzucając soczyste „Curses!”. Członkowie Gildii nie pozostają dłużni – posługują się typowymi umoralniającymi tekstami rodem ze starych komiksów („Perhaps you haven’t heard, but in Seaborg City crime doesn’t pay!”, „Surrender, villains!” „You’re quick, son, but villainy can never outrun justice!”). Kierują się równocześnie bardzo prostą i naiwną moralnością („No one who would risk his own life to save another could be evil”). Cechuje ich przesadny wręcz entuzjazm – „roll-call”, czyli przedstawianie się po kolei swoimi aliasami, zawołanie („Let justice prevail!”) i specjalny grupowy gest przed wyruszeniem w misję przywodzą mi na myśl wzywanie Kapitana Planety bądź transformacje Power Rangers.

Reszta drużyny z Seaborg City to również zbiór nawiązań do Złotej Ery komiksów – Tom Turbina łączy w sobie wygląd klasycznego Supermana oraz moce Atoma, Catman wzorowany jest na Wildcacie i Batmanie (motocykl z przyczepą, maska, pas pełen gadżetów), zaś Czarna Syrena jest przeniesioną w inne realia Black Canary. Jak widać, Justice Guild of America jest ewidentnym pastiszem Justice Society of America, pierwszej superbohaterskiej grupy w uniwersum DC.

Podobieństwa są rozliczne i bardzo wyraźne. | Fot. Cartoon Network

Podobieństwa są rozliczne i bardzo wyraźne. | Fot. Cartoon Network

Ray Thompson, chłopiec będący podopiecznym (i równocześnie członkiem) Gildii, jest ucieleśnieniem wszystkich dziecięcych czytelników wczesnych komiksów – mały blondynek o niebieskich oczach marzący o zostaniu superbohaterem. Jest on kolejną okazją do umoralniającej lekcji, tym razem w stylu Batmana z lat 60. („– When I grow up, I’m gonna be a crime fighter! – So long as you remember to eat right and stay in school!”).

„Can I come? Can I? Can I?” | Fot. Cartoon Network

Can I come? Can I? Can I?” | Fot. Cartoon Network

Tego typu klasycznych gagów jest całe mnóstwo: proponowanie Marsjaninowi mleka i ciasteczek jako uniwersalnego remedium, teksty Raya będące nawiązaniem do klasycznych powiedzonek Robina. Mamy też klasyczny czerwony telefon alarmowy.

„Holy hijacking, Catman!” | Fot. Cartoon Network

Holy hijacking, Catman!” | Fot. Cartoon Network

Wyraźnie zostają też podkreślone różnice w relacjach społecznych charakterystyczne dla lat 40. Kobiety w drużynie traktowane są protekcjonalnie – Czarna Syrena przekonuje Sokolicę, że w dobrym tonie będzie zostawić poważne rozmowy mężczyznom, podczas gdy one powinny zakrzątnąć się w kuchni, Gwardzista przepuszcza poirytowaną Sokolicę w drzwiach („Ladies first!”), z kolei Chyży, chcąc pochwalić Zieloną Latarnię, używa nieintencjonalnie rasistowskiego komentarza („You’re a credit to your people, son!”).

Zażenowanie czuć aż w Metropolis. | Fot. Cartoon Network

Zażenowanie czuć aż w Metropolis. | Fot. Cartoon Network

Sposób myślenia i działania członków Gildii wywołuje zaskoczenie i zażenowanie ziemskich bohaterów. Podczas pościgu za Music Masterem, uciekającym skradzionym zabytkowym aeroplanem, Gwardzista nie pozwala Sokolicy go powstrzymać tłumacząc, że maszyna jest bezcenną częścią dziedzictwa narodowego. Później natomiast z pełną powagą określa on Gildię Superzłoczyńców słowami: „I doubt there’s enough good between the four of them to care for a wounded puppy”. Chyży kwituje ucieczkę Sir Swamiego (nawiązanie do Wizarda) stwierdzeniem: „A pity he uses his talents for evil, rather than entertain children at birthday parties!”. Rabunek mennicy dokonany przez Gildię komentuje z kolei z oburzeniem: „Only they would commit such a heinous act. And on a Sunday!”. Dorzućmy jeszcze do tego pierścień Gwardzisty niedziałający na aluminium. Nic dodać, nic ująć.

W pierwszym odcinku poznajemy pozostałych członków Injustice Guild, będącej oczywistą aluzja do Injustice Society – grupy superzłoczyńców ze Złotej Ery. Podążając konsekwentnie konwencją pastiszu starych historii spotykają się oni w odpowiednio mrocznej i obskurnej siedzibie. Tam też decydują się zorganizować konkurs na najefektowniejsze przestępstwo – nagrodą w nim ma być stworzenie planu unicestwienia obu superbohaterskich drużyn. Przy okazji poznajemy typowe rysy charakteru każdego ze złoczyńców: Music Master to młody dandys, Sir Swami – mózg drużyny, Sportsman (odpowiednik Sportsmastera) – zbyt pewny siebie bufon, zaś Dr Blizzard (wariacja na temat Icicle’a) – stereotypowy szalony naukowiec.

Sir Swami | Fot. Cartoon Network

Sir Swami | Fot. Cartoon Network

Sportsman | Fot. Cartoon Network

Sportsman | Fot. Cartoon Network

Po kradzieżach związanych z czterema żywiołami przywiązują oni schwytanych Flasha i Czarną Syrenę do sterowca – mamy tu do czynienia z klasycznymi przestępstwami zbudowanymi wokół określonej symboliki oraz zakładników. Równie typowe dla tak przerysowanych superzłoczyńców są bad puns, czyli teksty oparte na grach słownych które mają dowodzić elokwencji ich autora, zamiast tego wywołują jednak zażenowanie. Przoduje w nich Dr Blizzard („chill-gotten gains”, „forgive me if I give you a cold shoulder”) , ale Music Master nie pozostaje mu dłużny („time to face the music”).

Dr Blizzard | Fot. Cartoon Network

Dr Blizzard | Fot. Cartoon Network

Music Master | Fot. Cartoon Network

Music Master | Fot. Cartoon Network

To, że superherosi przy próbie udaremnienia przestępstwa padają jak muchy, też jest zresztą charakterystyczne dla tego rodzaju stereotypowej narracji. Koniec końców nasi bohaterowie muszą jednak zatriumfować, a złoczyńcy zostać skuci kajdankami i wsadzeni do radiowozu („Just doing our job, sergeant! Take them away!”).

Przełomowym momentem dla fabuły jest uświadomienie sobie przez Zieloną Latarnię, że członkowie Gildii w świecie Ligi są postaciami z komiksów, które czytał w dzieciństwie. Jak sam stwierdza, historie te nauczyły go, jak być bohaterem. Bez nich jego losy mogły potoczyć się zupełnie inaczej. Tom Turbina, który okazuje się ekspertem w dziedzinie fizyki jądrowej, tłumaczy pojawienie się Ligi teorią światów równoległych (każdy z nich posiadający własną Ziemię), zaś powstanie komiksów w uniwersum Ligi Marsjanin wyjaśnia podświadomą łącznością psychiczną ich twórców ze światem Gildii. Nie wyjaśnia to jednak przerażających, postapokaliptycznych wizji prześladujących Marsjanina.

Kolejnym punktem przełomu jest odkrycie przez Sokolicę nagrobków z imionami członków Gildii. Zielona Latarnia jest tym faktem zdruzgotany i początkowo nie chce uwierzyć w śmierć swoich idoli. Jednak przekonawszy się na własne oczy, postanawia odkryć prawdę.

Kolejna warstwa fikcji w świecie iluzji. | Fot. Cartoon Network

Kolejna warstwa fikcji w świecie iluzji. | Fot. Cartoon Network

Śledztwo Sokolica i Latarnia zaczynają od lodziarza, który każdego dnia pokonuje furgonetką tę samą trasę do wtóru radosnej, pozytywkowej melodyjki, nie zatrzymując się i niczego nie sprzedając. Nie są jednak w stanie dowiedzieć się od niego czegokolwiek. W przerażeniu rzuca jedynie tajemnicze „Please, no more questions! He might hear you!”. Miejska biblioteka, którą odwiedzają, okazuje się opustoszała, zaś wszystkie książki puste. Zamurowane wejście do archiwum okazuje się prowadzić do zrujnowanej linii metra. Nagłówki gazety, którą znajduje tam Latarnia głoszą: „Rozmowy pokojowe zerwane”, „Wojna coraz bliżej”. Co więcej, jest to wydanie sprzed 40 lat – dokładnie wtedy ukazał się w uniwersum Ligi ostatni komiks o Gildii Sprawiedliwych.

Prawda was wyzwoli. Czy aby na pewno? | Fot. Cartoon Network

Prawda was wyzwoli. Czy aby na pewno? | Fot. Cartoon Network

Po udanej misji i aresztowaniu całej Gildii Niesprawiedliwości Flash w końcu zauważa, że w całym Seaborg City są tylko dwaj policjanci. Gdy Latarnia jako dowód przedstawia pozostałym gazetę donoszącą o śmierci Gildii Sprawiedliwości w bitwie, Ray jest tym, który najbardziej się oburza. W tej samej chwili w mieście pojawia się wielki potwór (co oczywiście nie jest przypadkowe, tak samo jak wcześniej ciężarówka z dynamitem jadąca na zderzenie czołowe z autobusem pełnym zakonnic). Iluzja zaczyna się rozsypywać. Kiedy Marsjanin dzięki swoim telepatycznym zdolnościom identyfikuje Raya jako źródło iluzji, ukazuje tym samym jego prawdziwą postać. Uroczy chłopiec, wcielenie amerykańskiego ideału, okazuje się zdeformowanym mutantem, tyranem swojego własnego, małego świata ułudy. Dopiero pokonanie przez niego wszystkich członków Ligi uświadamia Gildii powagę sytuacji i bezsens walki z wytworem wyobraźni. Stają jednak przed niezwykle poważnym dylematem.

Pokonamy zło, ale nie unikniemy śmierci. | Fot. Cartoon Network

Pokonamy zło, ale nie unikniemy śmierci. | Fot. Cartoon Network

Nie jest jednak łatwo pogodzić się z byciem żywą projekcją czyjegoś umysłu. Tym trudniej zdecydować się na coś, co z jednej strony uratuje naszych sprzymierzeńców, z drugiej jednak zniszczy naszą rzeczywistość, w tym nas samych. Ostatecznie Chyży dochodzi do trudnego, choć logicznego wniosku: „We died once to save this Earth, and we can do it again”. Kreacje obracają się przeciwko swojemu stwórcy. Obezwładniając szalonego demiurga własnego świata, bohaterowie Gildii ostatecznie zdzierają zasłonę iluzji, odsłaniając ogrom zniszczeń. Zanim sami osuną się w nicość, Latarnia zdąży jeszcze ostatni raz spojrzeć na herosów swojego dzieciństwa. Myślcie sobie, co chcecie, ale nadal oczy zachodzą mi przy tym mgłą. Szczególnie w połączeniu z muzyką. Piękna scena. I tak niewymownie smutna.

Nadal czuję się, jakby jakaś część mojego własnego dzieciństwa odchodziła w tej scenie. | Fot. Cartoon Network

Nadal czuję się, jakby jakaś część mojego własnego dzieciństwa odchodziła w tej scenie. | Fot. Cartoon Network

„Thank you, John Stewart. For believing in us.” | Fot. Cartoon Network

„Thank you, John Stewart. For believing in us.” | Fot. Cartoon Network

Co ciekawe, mieszkańcy Seaborg City okazują się być jak najbardziej realni. Żyli jedynie zawieszeni w czymś w rodzaju hipnotycznego transu przez ostatnie 40 lat. Podniesienie świata ze zgliszczy nie wydaje się przy tym niczym trudnym. Nasi bohaterowie ostatecznie wracają do swojego świata przy użyciu portalu stworzonego przez Toma Turbinę – pierścień Latarni okazuje się właściwym źródłem mocy.

Przebudzenie w postapokalipsie. | Fot. Cartoon Network

Przebudzenie w postapokalipsie. | Fot. Cartoon Network

Już po powrocie Sokolica pociesza Latarnię, który nadal pogrążony jest w melancholii. W ich rozmowie padają słowa, pod którymi może się podpisać każdy fan komiksów (ale też książek, filmów czy seriali), który właśnie skończył swoją przygodę. Czasem wbrew własnej woli, ponieważ nie ma już kolejnych historii/sezonów: „– It’s stupid, really. Why should I feel like this? I mean, they weren’t even real.They gave their lives for us. That’s real enough for me”.

Superhero kind of feels. | Fot. Cartoon Network

Superhero kind of feels. | Fot. Cartoon Network

Jest to nie tylko przypowieść o tym, jak mógłby wyglądać świat, w którym koegzystowaliby superbohaterowie i młodzi fani komiksów. Do tej podbudowy zostają dodane dwa pytania. Co by się stało, gdyby jeden z tych wychowanych na komiksach chłopców otrzymał supermoce? I co zrobiłby w obliczu zagłady swojego idealnego świata (którego metaforą jest przestanie wydawania ulubionej komiksowej historii)? Zderzenie utopii Złotej Ery superbohaterstwa z gorzkimi realiami postapokalipsy jest niezwykle ciekawym i równocześnie boleśnie gorzkim zestawieniem.

Warto na koniec wspomnieć, że cała historia została dedykowana Gardnerowi F. Foxowi, pisarzowi tworzącemu w Złotej Erze komiksu. Razem z Bobem Kane’em i Billem Fingerem był jednym z trzech pierwszych twórców komiksów o Batmanie (wprowadził słynny utility belt). Stworzył postaci Flasha, Sandmana, Hawkmana i Doktora Fate’a, którzy ustanowili następnie trzon jego autorskiego pomysłu – Justice Society of America, pierwszej drużyny superbohaterów w dziejach. W Srebrnej Erze Komiksu stworzył natomiast Ligę Sprawiedliwych, po 20 latach od debiutu Society. Ta dedykacja zatem, poza byciem jak najbardziej zrozumiałą w kontekście całego serialu, jest tym bardziej znacząca dla wymowy tej konkretnej animowanej opowieści.

Stay tuned for more Justice League soon!

[1] Przed wydarzeniami Kryzysu na Nieskończonych Ziemiach (1985–1986) planetą, na której działali superbohaterowie Ligi Sprawiedliwych była Earth-One. Po Kryzysie alternatywne światy przestały istnieć, a miejsce Earth-One zajęła New Earth, łącząca w sobie historię Earth-One z wybranymi wydarzeniami alternatywnych wersji.

Justice League
S01E18–19: Legends, emisja: 21, 28.4.2002

Przeczytaj drugą część artykułu!

Ecthelion

King of the Nerds at Fandom
Miłośnik fantastyki, tolkienista, fan brytyjskiej muzyki i seriali (w zasadzie wszystkiego co brytyjskie). Kadet w Akademii Władców Czasu. Młody padawan i konwentowicz. Pasjonat wszelakich wątków mitycznych i przetworzeń tzw. „kultury wysokiej” w popkulturze. Do tego (meta)narracje superbohaterskie, legendy arturiańskie i prerafaelici. I parę(naście) innych rzeczy.