Fot. Netflix

Ślepy facet w czerwonej piżamie bije przestępców (Daredevil, S01)

Artykuł zawiera spoilery.

Jerzy: Czekałem na netflixowego Daredevila z dużą dozą niepokoju. Przyznaję – jestem fanem tego bohatera, a przygody ślepego mściciela pisane przez Franka Millera, Briana Michaela Bendisa i Eda Brubakera należą do moich ulubionych cykli marvelowskich. Bałem się więc, że serialowa wersja tego komiksu nie odda dobrze ponurego, depresyjnego wręcz nastroju, jaki panował w zeszytach pisanych przez wymienianych scenarzystów. Zwłaszcza, że reszta MCU – rozbuchana, efekciarska – jest dokładnym zaprzeczeniem tych opowieści: dziejących się na poziomie ulicy, wykorzystujących jako dekoracje ciemne zaułki, stare kamienice i opuszczone magazyny, ocierających się często o noir. Również jako postać Daredevil był zawsze bardziej doświadczany od innych bohaterów. Wychowywał się w szemranej dzielnicy, matka odeszła, gdy był bardzo mały, w dzieciństwie stracił wzrok (za to inne zmysły znacząco mu się wyostrzyły), później jego ojciec został zamordowany i tak się to toczyło – bliscy mu ludzie ginęli, a sam bohater żył w ciągłym strachu o życie tych, którzy jeszcze zostali. Autorzy nie dawali mu chwili wytchnienia, powoli pchając go w otchłań szaleństwa.

Ku  mojej radości twórcy serialu postanowili zaczerpnąć właśnie z twórczości wymienionych pisarzy, zachowali przytłaczający nastrój komiksów, tworząc produkcję poważniejszą, przeznaczoną dla starszych widzów. Nie planowałem tego, ale cały sezon połknąłem w weekend. To była dobra decyzja.

Joanna: Ja żadnej ekranizacji komiksu nie mówię nie, ale nie czekałam na premierę w jakimś wybitnym napięciu. Ostatnimi czasy przez nasze ekrany przewija się coraz więcej przywdziewających maski milionerów i obdarzonych nadnaturalnymi zdolnościami bohaterów, wywołując powoli pewne zmęczenie materiału – ilu vigilantes na kilometr kwadratowy (albo cal ekranu) to za dużo? Netflixowy Daredevil jest kolejnym etapem Marvelowskiej ekspansji – pierwszym z pięciu seriali zaplanowanych na tę platformę i tak naprawdę tym, na który najmniej czekałam. Obok Jessiki Jones i Luke’a Cage’a Matt Murdock – niewidomy prawnik za dnia, zamaskowany mściciel po godzinach – wydawał mi się trochę zbyt bliski swoim kuzynom z DC, od których roi się mały i wielki ekran: Flash, Arrow, nowe wcielenia Batmana…

Tymczasem kiedy serial pojawił się, wszystkie trzynaście odcinków, od razu hurtem, jak to jest w zwyczaju Netflixa, który uważa, że sen jest dla słabych… połknęłam je wszystkie w ciągu 48 godzin i z wypiekami na twarzy. Okazuje się, że nawet doskonale znane historie można opowiedzieć na nowy i świeży sposób.

Najmocniejsze strony Daredevila to dla mnie obsada i inteligentne prowadzenie narracji z naciskiem na rozwój postaci i konsekwencje ich wyborów. Scenarzyści nie boją się mocnych ciosów – telewizja rzadko mnie obecnie zaskakuje, a temu serialowi udało się to dwa razy z taką siłą, że cofałam sceny, żeby upewnić się, że tak, naprawdę to zrobili.

Zaskakujący jest też brak linearnej ekspozycji i wrzucenie widza w centrum akcji – po pierwszej wprowadzającej scenie Matta Murdocka spotykamy lata po wypadku, który odebrał mu wzrok. O historii dowiadujemy się pomiędzy flashbackami i dawkami informacji rozsianymi po całym sezonie, nikt nie mówi nam też wprost, jakie dokładnie są zdolności Matta i jak działają jego inne zmysły. Odcina to Daredevila od rzeszy jemu podobnych bohaterów – owszem, cały sezon służy jako origin story i kończy się nadaniem mu znajomego imienia oraz przyodzienia, ale zamiast typowej historii od zyskania mocy poprzez training montage oraz mechanicznie regularne wzloty i upadki aż do finalnego triumfu, dostajemy raczej opowieść o moralności, winie i gniewie.

Alex Maleev i obraz wykorzystany w ostatnim odcinku: http://alexmaleev.tumblr.com/

Alex Maleev i obraz wykorzystany w ostatnim odcinku: http://alexmaleev.tumblr.com/

Jerzy: Twórcy dobrze wiedzieli, jaką historię chcą opowiedzieć, i użyli do tego adekwatnych środków. Starannie przygotowali fabułę i dobrali do niej odpowiednie elementy z daredevilowej części świata Marvela. Co bardzo mnie cieszy – nie podeszli do oryginału na kolanach, twórczo wykorzystali dostępne materiały. Mieli świadomość, że nie muszą tworzyć wielozeszytowej sagi i mogą sobie pozwolić na ubicie kilku postaci,  które w komiksach żyły jeszcze długo. Było to rzeczywiście szokujące, ale jak najbardziej słuszne posunięcie.

Co ważne – łączność z resztą uniwersum zaznaczona jest bardzo subtelnie, o półbogach i skutkach ich działań napomyka się, ale nie stanowią ważnego elementu w tej historii. Oni gdzieś tam są, robiąc ważne superbohaterskie rzeczy, jednak w żadnym wypadku nie można liczyć na ich pomoc. Podkreśla to nieciekawe położenie mieszkańców Hell’s Kitchen, którzy nadzieję mogą pokładać co najwyżej w facecie przebranym za diabła. Albo w zwykłych ludziach. Bo właśnie im serial przyznaje dużą rolę – i to nie ze względu na braki budżetowe. W przeciwieństwie do innych seriali superbohaterskich w Daredevilu ci zwykli obywatele mają swoje miejsce, nie wyglądają jak doczepieni na siłę, tylko jak pełnoprawni pomagierzy faceta w masce. Prawnicy z początkującej kancelarii, pomagający lokatorom w starciu z korporacją,  reporter, starający się obnażyć przekręty, wreszcie mieszkańcy, którzy nie odwracają wzroku, widząc kogoś w potrzebie. Prowadzi to do bardzo wiarygodnego wizerunku miasta i motywacji, jakimi kierują się Murdock i Fisk, chcąc je ocalić. Przeciwnicy kochają swoją okolicę, widać to BARDZO wyraźnie (nie tak jak było choćby w Arrow, gdzie protagonista odmieniał miasto przez wszystkie przypadki, ale w ogóle go nie czuł). Obaj też pragną dla niej jak najlepiej – sposoby są odmienne, jednak twórcy serialu od samego początku podkreślają podobieństwa, jakie łączą postacie Daredevila i Kingpina (który jeszcze wprawdzie nie przybrał tego miana).

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Joanna: Superzłoczyńcy zwykle są dobierani tak, aby służyć za odbicie i cień bohatera – podobieństwa pomiędzy nimi mnożą się bardzo szybko. Obaj wychowali się w tej dzielnicy, wywodzą się z podobnych warstw społecznych, obaj nie do końca odcięli się od wpływu nieżyjących ojców. Ich cel jest ten sam, choć inaczej rozumiany i obaj dążą do niego za pomocą zarówno legalnych, jak i nielegalnych, często brutalnych, środków. Obaj wreszcie zmagają się z furią – albo umiejętnie nią władają. Pierwszy sezon to tak samo origin story Daredevila jak i Kingpina. Ostatni odcinek sezonu nadaje znane imię bohaterowi, ale odkrywa też prawdziwą naturę i rolę Fiska przed nim samym.

D’Onofrio w roli Fiska jest po prostu fenomenalny – cała obsada jest strzałem w dziesiątkę, ale D’Onofrio to ktoś niepokojący, straszny i fascynujący zarazem. Sposób, w jaki cedzi słowa, jakby sprawiały mu trudność, napięcie w całej linii ciała, gesty, wszystko to sprawia, że wydaje się, że w każdej chwili gotowy jest do brutalnego ataku. W kontraście pojawiają się jego sceny z Vanessą, gdzie te same zabiegi pokazują nerwy i strach przed skrzywdzeniem jej. Związek Fiska i Vanessy jest dla mnie jedną z najbardziej fascynujących telewizyjnych relacji, a już na pewno nietypową dla głównego antagonisty. Desperacko opiekuńczy, ale jednocześnie szanujący decyzje Vanessy Fisk to zdecydowanie jeden z najciekawszych elementów serialu.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Jerzy: Fisk to nie jest typowy villain, któremu sklepie się michę i po sprawie. Twórcy (i D’Onofrio) zrobili wszystko, żeby pokazać go z różnych stron. Można zrozumieć jego zachowanie i motywy. Co najbardziej uderza, to jego liczne słabości, które w przypadku sztampowych Wielkich Złych byłyby nie do pomyślenia. Najczęsciej na jego twarzy nie gości gniew ani radość z sukcesów, ale troska. Obawa, że coś pójdzie nie tak, że nie jest wystarczająco dobry, silny czy twardy. Fisk bezustannie drży o swoje życie: ukrywa się, podczas występów publicznych wyraźnie się denerwuje, zawsze towarzyszy mu obstawa trzech samochodów. Wyraźnie zdominowany jest przez kobiety: matkę, Vanessę i Madame Gao. A przy tym wciąż pozostaje budzącym grozę, wszechwładnym i wszechobecnym bossem przestępczego świata. W ostatnich odcinkach za każdym razem, gdy któryś z bohaterów szedł samotnie ulicą lub znajdował się sam w pustym pomieszczeniu, bałem się, że zaraz za jego plecami pojawi się Kingpin albo któryś z jego zbirów. On sam z kolei w głębi duszy wciąż pozostaje zwyczajnym chłopakiem z sąsiedztwa, o raczej prostych upodobaniach i przyzwyczajeniach.

Vanessa widzi w nim potencjał do wielkości. Kształtuje go, daje mu impuls do działania, dla niej Wilson się zmienia. To ona jest dominującą osobą w ich związku, o niej też dowiadujemy się niewiele poza anegdotkami, które opowiada. Końcówka finałowego odcinka może wskazywać, że w kolejnych sezonach zajmie miejsce Kingpina i napsuje krwi Daredevilowi.

Joanna: D’Onofrio nie jest jedynym dobrym wyborem w kwestii obsady – nie od dzisiaj wiadomo, że Marvel musi posługiwać się nadnaturalnymi praktykami w kwestiach castingowych. Charlie Cox jest czarujący jako Matt i wiarygodny jako zamaskowany bohater, mimo że w obu przypadkach często nie może wykorzystywać połowy twarzy do pokazywania emocji. (Mistrzem grania samą szczęką pozostaje Karl Urban jako Dredd, ale Cox radzi sobie całkiem nieźle.) Razem z Deborah Ann Woll i Eldenem Hensonem mają uroczą chemię, bardzo potrzebną w dość mrocznym i ponurym serialu. Zurer, Dawson i Curtis-Hall są znakomici w swoich rolach, tak samo jak aktorzy drugoplanowi, a trzeba przyznać, że mało kto ma proste zadanie – brak tu jednoznacznych i płytkich postaci, a większość przechodzi intrygujące przemiany i rozwój wymagający wysiłku od aktorów. Zwłaszcza Woll i Zurer pokazują cały wachlarz emocji pozornie bez wysiłku.

Jakkolwiek jednak zachwycam się postaciami, muszę wytknąć dosyć mocną wadę Daredevila – zawodzi trochę w koncepcji postaci kobiecych. Pod wieloma względami serial jest trochę zawieszony w czasie – gdyby nie telefony komórkowe i ironiczne wspominanie blogów trudno by było powiedzieć, czy mamy do czynienia z 2015, czy z 1995: Hell’s Kitchen nie przypomina swojej obecnej inkarnacji, budynki i ciemne zaułki mogłyby w zasadzie znajdować się gdziekolwiek. Flashbacki do dzieciństwa Matta równie dobrze mogłyby mieć miejsce w latach 50… przypomina mi to trochę Gotham, kolejny superbohaterski serial, gdzie miasto tkwi trochę w zawieszeniu pomiędzy komiksową a kreskówkową estetyką. Gotham jednak ma do tego trochę większe prawo – jest w końcu tylko reprezentacją Nowego Jorku, a nie tym miastem. MCU przyzwyczaiło nas raczej jednak do teraźniejszości niż tej dziwnej bezczasowości Daredevila… Równie dobrze moglibyśmy mówić o latach 50. czy 80. i to trochę przekłada się na postaci kobiece. Sekretarka i pielęgniarka? Nie zrozumcie mnie źle, zawody jak każde inne, ale przeciwstawione mężczyznom jako prawnikom, lekarzom, policjantom i dziennikarzom? Poza tym Vanessa, której praca w galerii jest raczej pretekstem do spotkania Fiska i spotkania z Mattem niż do pokazaniem jej kariery. No i Madame Gao, która przez pierwszą połowę serialu wypowiada się w pozbawionym napisów chińskim – nawet jako podstęp czy gra nadaje to ton reprezentacji kobiet na ekranie. Do tego Karen i Claire w ciągu kilku pierwszych odcinków zostają obie zaatakowane i potrzebują ratunku. Osobno żaden z tych elementów nie jest aż taki zły, razem sprawiają, że zastanawia mnie brak kobiet po drugiej stronie kamery – wśród twórców jest tylko jedna scenarzystka i żadnych reżyserek odcinka. Być może rozpuściła mnie Agent Carter, ale naprawdę oczekiwałam więcej.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Jerzy: Wydaje mi się, że pod względem postaci kobiecych Daredevil i tak przewyższa większość produkcji marvelowskich. Wyjątkiem jest wspomniana przez Ciebie Agentka Carter i może jeszcze Agenci SHIELD (choć nie oglądałem całości, więc mogę się mylić). Tutaj, mimo mało prestiżowych stanowisk, kobiety pełnią ważne funkcje. Zanim Daredevil uratował Claire, ta wcześniej wyciągnęła go ze śmietnika i połatała. Karen przez prawie cały sezon prowadziła śledztwo, a swoim uporem nakręcała do działania Bena i Foggy’ego. Madame Gao jest jedyną osobą ze świata przestępczego, której naprawdę boi się Kingpin. W dodatku zdaje się być najbardziej ogarniętą osobą z całej grupy. Vanessa to niezwykle wykształcona kobieta, przewyższająca Wilsona obyciem i nadająca dynamikę ich związkowi. Doris Urich i pani Vistain mają bardziej pasywne role, ale nie można powiedzieć by były jedynie dekoracją. Więc chyba nie jest aż tak źle.

Pozorna bezczasowość wynika z tęsknot bohaterów – Matta za dzielnicą z czasów dzieciństwa (kiedy jeszcze normalnie widział) i Bena za okresem, kiedy jego praca miała większy wpływ na rzeczywistość. Z kolei Wilson, którego wspomnienia z młodości nie są tak różowe, chce wyburzyć te stare kamienice i pchnąć Hell’s Kitchen w XXI wiek. Gdyby nie kiepska sytuacja dzielnicy, ani Kingpin, ani Daredevil nie mieliby motywacji do podjęcia tak zdecydowanych działań – Murdock działałby jako prawnik, a Fisk byłby co najwyżej jednym z wielu szemranych przedsiębiorców.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Joanna: Dwie rzeczy, które mnie zaintrygowały, to format i ton serialu. Hurtowa polityka Netlixa sprawia, że przerwy pomiędzy odcinkami nie przerywają przepływu narracji. Jednocześnie większość odcinków jest strukturalnie i narracyjnie różna od siebie na tyle, że oglądanie w ciągu nie nudzi widza. Nie ma czasu na „sprawy odcinka” czy inne tego rodzaju zabiegi, zamiast tego akcja wartko podąża tropem głównego wątku, krok za krokiem pokazując konsekwencje każdej decyzji.

Kolejna rzecz, która odróżnia Daredevila od rzeszy jego zamaskowanych pobratymców, to powaga bez przesadnego popadania w grittiness i grimdark. Większość ekranizacji komiksowych wydaje się iść w jeden z dwóch kierunków – epatowanie strumieniami krwi i fetyszyzacją przemocy w stylu Sin City albo uderzanie metalowymi rzeczami w inne metalowe rzeczy tak, żeby przypadkiem nie zahaczyć o kategorię R.

Daredevil jest brutalny, ale nie celebruje przemocy; traktuje ją zarazem jako narzędzie i jako problem. Walki są widowiskowe, ale spektakl nie dominuje nad narracją, cały czas wiemy też, co się dzieje. Jednym z moich głównych problemów w 90% filmów akcji jest to, że gubię się w natłoku eksplozji i piruetów i nie wiem, kto bije kogo, a czasami dlaczego. W Daredevilu walka jest osobista, brudna i przede wszystkim – głośna. Nie wiem, czy to celowy zabieg oddający supersłuch bohatera, ale spece od dźwięku spisali się na medal, sprawiając, że walk naprawdę trudno się słucha – w najlepszym tego słowa znaczeniu. Wzdrygałam się parę razy na dźwięk łamanych kości czy pękającej skóry. Bryzgająca na ekranie krew już dawno przestała na mnie działać, ale dreszcze przechodziły mnie niejednokrotnie przy dźwiękach walki i muszę przyznać, że jest to nowe i wysoce nieprzyjemne doznanie i bardzo je doceniam. Proszę o nigdy więcej.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Jerzy: Akurat walki mnie średnio rajcują. Doceniam kunszt, bo przedstawione zostały rzeczywiście udanie, ale mi się one trochę dłużyły. Ja wiem, że większość osób tego oczekuje od produkcji superbohaterskich, ale ja nie. Nie od Daredevila. To był dla mnie zawsze komiks bardziej „gadany”. Jasne, tłuczenie po mordach, strzelaniny i bieganie po dachach (którego notabene było ciut za mało) – te elementy zawsze występowały. Ciężar spoczywał jednak na relacjach miedzy bohaterami oraz konsekwencjach ich decyzji. To na szczęście zostało w serialu zachowane i ukazane bardzo dobrze. Dialogi postaci są naturalne, a one same zachowują się w miarę racjonalnie – nie strzelają dziwnych fochów, nie tworzą wydumanych problemów, a konflikty rozwiązują, po prostu rozmawiając.

Główne dzięki temu Daredevila ogląda się tak dobrze. Ta, dość prosta w gruncie rzeczy, historia nie wciągałyby aż tak, gdyby nie sposób jej przedstawienia. Twórcy pokazali rzeczywistość, gdzie nie ma łatwych wyborów, a większość zwycięstw okupiona jest olbrzymim kosztem. Podobało mi się, że nie traktują widza jak dzieciaka, któremu co dwadzieścia minut trzeba pokazać goliznę, bo inaczej straci zainteresowanie serialem. Postaci nie rzucają też bez przerwy mięsem (a jeśli już, to zwykle po rosyjsku). Za to chleją prawie jak w Mad Menach :). Cieszy również wyjście poza główny wątek i zasygnalizowanie zdarzeń, które prawdopodobnie pojawią się w kolejnych sezonach. Zrobiono to na tyle subtelnie, że nie zaburza to płynności narracji, ale wyraźnie dając do zrozumienia, że świat Daredevila jest dużo większy niż Hell’s Kitchen.

Joanna: Konsekwencje decyzji, logicznie wynikające z historii wybory, emocjonalnie wiarygodne zachowania, wszystko to sprawiło, że Daredevil wybił się dla mnie na czołówkę ekranizacji komiksowych. Mam nadzieję, że to zapowiedź dobrej passy superbohaterskich seriali Netflixa – bring on AKA Jessica Jones! I jak najszybciej drugi sezon Daredevila, bo trochę mi mało.

Daredevil
superhero, action
Netflix, 2015–

Jerzy Łanuszewski
Ponownie student. Mimo ukończenia prestiżowego liceum z tradycjami, nie osiągnął sukcesu w życiu. Jeszcze. Może kiedyś mu się uda. Dąży do wielkości absorbując książki, komiksy i ruchome obrazki. A czasami (bardzo czasami) prowadzi bloga: dziwne-eony.blogspot.com.

Joanna Kucharska
Zawodowo ogląda seriale. Jeszcze jej za to nie płacą, ale pracuje nad doktoratem na temat seriali internetowych, więc prawie prawie. W międzyczasie hate-watchuje większość seriali, które ogląda i pasywno-agresywnie udziela się na tumblerze.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)