Fot. BBC

Prawdziwy romans (Poldark vs Outlander)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Ostatnio zaczęłam się zastanawiać nad podobieństwami i różnicami między Poldarkiem a Outlanderem. Jedno i drugie to przecież romans historyczny czy też kostiumowy, gatunek, którego dawno nie widziałam w wydaniu wysokobudżetowym i przeznaczonym dla dorosłego widza. Obydwa są adaptacją cyklu książek, będących niewątpliwie romansami. Romanse serialowe mają raczej czarny PR, pogardza się nimi na salonach, kojarzą się z ramotkami dla starszych pań, ze sztampową i przewidywalną fabułą, w ogóle lepiej się nie przyznawać w towarzystwie, że się je ogląda lub czyta. No chyba, że dla żartu i z dystansem. A tymczasem… od takiego Poldarka zdystansować się nie sposób. Przynajmniej ja nie umiem. Nie ma tu brania w nawias czy przymrużonego oka.

I to chyba pierwsza z różnic, które się narzucają. Poldark jest romansem stuprocentowym, pewnym siebie i z siebie dumnym, wypina pierś i mówi – hej, jestem najromantyczniejszym kawałkiem telewizji, jaki widzieliście! Patrzcie, dam Wam kilkanaście bezwstydnie przeciągłych zbliżeń na twarz Aidana Turnera, i to w każdym odcinku. Dam Wam rozwiane włosy, spacery nad angielskimi klifami z widokiem na Północne Morze, dam łąki pełne kwiatów i inne, niezliczone obrazy buzującej emocjami przyrody. Bohater będzie jeździł na koniku wzdłuż urwisk, z morzem w tle i z rozwianym włosem. Co tydzień. Bez tego ani rusz. I nie zapomnijmy też o kopalniach, mrocznych, chtonicznych. O więzieniach. Więzienia są zresztą ważne w obydwu tych serialach.

Fot. BBC

Fot. BBC

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Tymczasem Outlander jakby się bał. Jest produktem zachowawczym, wyważonym, ostrożnym. Mówi: nie jestem tylko romansem, mam poważne wątki historyczne, mam wątek podróży w czasie, mam procesy czarownic, klanowe walki. Brutalne, szokujące sceny. Jesteśmy obyczajowi, fantastyczni, historyczni. Jesteśmy czymś więcej niż TYLKO romansem. Można nas bez wstydu streszczać i polecać. Więc dlaczego to „więcej” działa jakby słabiej?

Mam wręcz wrażenie, że Poldark w swoim stuprocentowym wpisaniu się w gatunek, w swojej konwencjonalności jest odważniejszy i bardziej nowatorski niż wymuskany i na ile to możliwe „politycznie poprawny” Outlander. Czemu Poldarka oglądam w ekstazie, a Outlandera zaledwie z przyjemnością? Ciężko to uchwycić.

Z moich powyższych rozważań wynika też dość naturalna obserwacja, że postacie i fabuła w Poldarku są proste, metodą brzytwy Ockhama wybiera się najbardziej typowe rozwiązania i nie ma się co spodziewać niesamowitych twistów szokujących nas z odcinka na odcinek, tymczasem w Outlanderze obraz świata jest o wiele bardziej dynamiczny, ciągle mamy sytuacje graniczne, a postacie napisane zostały tak, by złamać kilka stereotypów (i, znowuż, pokazać, że „jesteśmy czymś więcej niż romansem”).

Fot. BBC

Fot. BBC

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Ross Poldark, podupadły szlachcic, bierze za żonę ubogą chłopkę. Prawda, nie jest to zwyczajny związek, raczej mezalians, ale jednak, ona jest młoda, niedoświadczona, pozostaje praktycznie dzieckiem, które trafia pod skrzydła możnego, otrzaskanego życiowo opiekuna. Dla romansu to klasyczny trop. Tak samo jak narzeczona, która nie czekała, aż oblubieniec wróci z wojenki, tylko wybrała innego. Tymczasem w Outlanderze mamy doświadczoną, także seksualnie, bohaterkę. Claire w alternatywnej rzeczywistości była mężatką, a teraz udaje wdowę. Jej wybrankiem staje się młodszy mężczyzna, do tego prawiczek. To ona jest przewodnikiem i mentorem. Związek, w który wchodzą, pod wieloma względami okazuje się nowoczesny, partnerski, a kostium historyczny wydaje się niczym więcej, jak właśnie kostiumem. Pokazujemy więc odwrócenie typowych reguł, jakby usprawiedliwiając zapędy do romantyczności, zamydlając widzowi oczy „reprezentacją”.

Zawsze jednak nad romansami wisi ryzyko popadnięcia w kicz. Sytuację w obu serialach ratuje, myślę, obsada, te często przepiękne, ale równocześnie normalne twarze, gesty, różnorodne sylwetki. Ale Poldark jest do cna brytyjski, a Outlander to angielsko-amerykańska koprodukcja. I to widać. Gdyby powstały w USA, cała gromadka pewnie byłaby uformowana od jednej, perfekcyjnej sztancy. A tu… Oglądanie codzienności z Rossem, tych płynących sobie cyklicznie pór roku, mniejszych i większych dramatów życia… i śledzenie awanturniczych, wojennych przygód Jamiego i Claire… to wszystko jest dzięki aktorom z Wysp Brytyjskich naprawdę wiarygodne, działa na emocje, a do bohaterów można się co najmniej przywiązać. Bo oni tacy prawdziwi są. I czasem uśmiechają się tak, że serce na moment staje w miejscu. I trzeba zrobić pauzę, albo nawet print screen, i się napawać. Taki Aidan… to znaczy Ross. Jak dla mnie mógłby przez czterdzieści pięć minut kosić bujną łąkę w zapętlonej wersji sceny, którą się już porównuje z Darcym wyłaniającym się z sadzawki.

Z tego stuffu zrobione są sny.

Fot. BBC

Fot. BBC

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Skoro romans, to mamy jeszcze otoczkę: romantyczną muzykę, w tym ludową lub dworską, czyli od razu plot się robi jakiś wznioślejszy, poetycki. Obydwa seriale dobrze sobie radzą na tym polu. O, i jeszcze przyroda. Przyroda się doskonale komponuje z romansem, nadając mu charakteru opowieści głębokiej i uniwersalnej, starej jak świat. W Outlanderze nieco zbyt mocno podkolorowana, pocztówkowa, bez wad, w Poldarku jest z kolei jakby bardziej organiczna, pełna, kapryśna, przepalona słońcem. Chyba to drugie bardziej pasuje do epickich romansów, jest odpowiednio zmysłowe.

Ale w obu serialach mamy zapierające dech widoki, mamy pałace lub zamki, bezdroża i morskie brzegi. Ogniska. Kopalnie. Przestrzeń. Wiatr, co rozwiewa… Naturę stroszącą piórka. Metafory oparte o przyrodę. Ale tu też wygrywa jak dla mnie Poldark. Przez nacisk na cykliczność, na chimeryczność, katastroficzność, jałowość, a z drugiej strony płodność, piękno, bogactwo przyrody. W Poldarku natura jest bohaterem, w Outlanderze raczej tłem. Tu i tam mamy żołnierzy, mundury, widmo wojny. Czy pominęłam jakieś komponenty serialowego romansu, których prawidłowa aplikacja sprawia, że wszystko kwitnie piękniej i się uszlachetnia? Nie wiem. Może te więzienia, duszy i ciała. I te tortury, biczowania, kopalnie sięgające aż do wnętrza ziemi. Męki, udręki miłości. I te związki rozgrywające się na drugim planie, będące jakby echem związku pierwszoplanowego. A czasem przestrogą. Musi być harmonia, musi być z morałem. Perypetie muszą być.

Fot. BBC

Fot. BBC

Fot. STARZ

Fot. STARZ

Pozostaje zapytać: czy mamy do czynienia z nową falą popularności romansów, czy raczej z wyizolowanymi przypadkami? Czy na fali Poldarka dostaniemy więcej fabuł serialowych, które już nie udają, że tkanką kasowego serialu muszą być po równi seks, polityka, bogactwo, piękne suknie, pola bitwy i różne niebezpieczne „gry o tron”? Czy czeka nas zalew seriali, które udowadniają, że można bez wstydu opowiadać na małym ekranie także o miłości? I to o miłości – centralnie, niemal wyłącznie, z pietyzmem i na piedestale? No i czy telewizyjne romanse są zarezerwowane wyłącznie dla kobiet? Jak myślicie?

Outlander
drama, fantasy, romance
STARZ, 2014–

Poldark
drama romance
BBC, 2015–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.