Fot. The WB

Sekrety i kłamstwa (Supernatural S10E15–18)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Kilka tygodni temu wiadomy odcinek zupełnie wytrącił mnie z równowagi i nastąpiła długa, bolesna faza, którą nazwałabym na tę okoliczność „żałobą po Kainie”. Objawiała się ona przede wszystkim niechęcią, a raczej niemożnością wzięcia się za bary z Supernaturalowym światem – nie chciałam oglądać odcinków, w których go nie ma. Odczuwałam niezgodę na uniwersum, w którym zginął. Nie. Dlatego przestałam śledzić przygody braci, a odcinki się magazynowały. Aż pewnego słonecznego dnia napięcie opadło – i zatęskniłam. Pomyślałam, że fajnie by było posłuchać, jak się kłócą, Sammy z Deanem, i jak czasem się im zbierze na poważną rozmowę w samochodzie, gdy opada adrenalina, a potwór ubity. Że dla smutnej minki Sammiego i dla udawanego uśmiechu zgnębionego Deana – warto. Skoro tacy biedni obaj w tym sezonie, to może im chociaż potowarzyszę.

I pewnie właśnie dlatego, że zrobiłam sobie sporą przerwę, a potem hurtowo obejrzałam cztery odcinki, te odcinki całkiem mi się podobały. Jestem jednak ciekawa Twoich odczuć i wrażeń, Cathio, bo może nie są podobne do moich, może są bardziej krytyczne?

Fot. The WB

Fot. The WB

Na początek przygoda, w której wrócił Cole, tym razem nie jako wróg, ale jako zapasowy braciszek. Sama intryga setnie mnie rozbawiła. Robale, łaźnia stanowiąca furtkę dla pozbycia się zła, klasycznie prowadzone śledztwo. Ale w tle zajmowaliśmy się tym, co centralne dla najnowszych sezonów i niejednokrotnie już eksponowane: dylematem, kto i kiedy jest monstrum, kogo i w jakich okolicznościach można zabić bez wyrzutu, a dla kogo i czemu robimy wyjątek. Wyjątek dla znajomych? Taryfa ulgowa dla osoby, wobec której mamy dług wdzięczności? A obcych to katrupimy bez mrugnięcia okiem?

To był odcinek o zamazywaniu granic. Cole został już w zasadzie kumplem naszych dzielnych bohaterów, zaczął rozumieć ich postawy i decyzje. Po raz kolejny zobaczyliśmy, że demon czy potwór czai się często w ciele niewinnego człowieka, którego przy odrobinie gimnastyki, sprytu i uwagi można oszczędzić, uwolnić, uratować. Co stawia pod znakiem zapytania szlak martwych ciał zostawiany przez Winchesterów na amerykańskich drogach od co najmniej dekady. Czy demony przeszłości zaczną ich ścigać? Czy wejście w strefę szarości sprawi, że będzie im jeszcze trudniej wykonywać swoją pracę? Co myślisz o tym odcinku?

Cathia: Ogólnie bardzo widać, że po tym, co zrobiono z najciekawszą postacią ostatnich sezonów, wątek wreszcie ruszył do przodu. Choć nadal, na bogów, nie mogę zrozumieć, dlaczego pozbycie się Kaina było konieczne. Ja, przyznam szczerze, nadal jestem w żałobie i prędko z niej zapewne nie wyjdę… Jednak z przyjemnością oglądam to, co ostatnio twórcy nam zaprezentowali, nawet jeśli czasami mam ochotę bohaterów walić w łeb młotem co najmniej pneumatycznym, a moją regularną pozycją jest podwójny facepalm a’la kapitan Pickard i komandor Ryker.

Fot. The WB

Fot. The WB

Jeśli chodzi o The Things They Carried, dla mnie był to przede wszystkim odcinek o tym, do czego nawiązywały hasła promocyjne dziesiątego sezonu – kto jest prawdziwym potworem. Jeśli pamiętasz, to nawet nie była kwestia kumplowania się Kita z Cole’em, to była kwestia tego, że z Cole’em został Dean. A to właśnie starszy Winchester jest ostatnio tym, który zachowuje się bardziej po ludzku niż jego młodszy brat. I to właśnie Dean nalegał na to, by znaleźć rozwiązanie, które nie wymagałoby przelewu krwi. Dean stawał na głowie, by wymyślić, jak ocalić Cole’a. Tymczasem Sam wolałby raczej zakończyć sprawę dosyć szybko i konkretnie – jednym strzałem. Smutna ta transformacja.

Pirjo: Rzeczywiście, smutna. Sammy wpada w rutynę i chce teraz widzieć świat uproszczony, czarno-biały. Skupia się na ratowaniu brata, reszta jest dla niego drugoplanowa. Szkoda.

Kolejny odcinek to wizyta w Piekle i powrót, w wielkim stylu, do wątku Men of Letters. Jak dla mnie było w tym epizodzie sporo doskonałych scen i irracjonalnie idealny (irracjonalnie, bo przecież kiczowaty i trącący myszką) wątek kościelno-kryminalny. Moje ulubione detale to Dean w konfesjonale, początkowo kpiarski, a potem poważny, filozoficzny; następnie jego relacja z ciekawską zakonnicą – to kolejna intrygująca postać kobieca w tym sezonie, pokazująca nam, jak wiele może być w uniwersum Supernatural różnorodnych podejść do zjawisk nadprzyrodzonych. A odcinek „zrobiła mi” Rowena mrucząca Scotland the Brave podczas rzucania mrocznych zaklęć. Perfekcja! Co do zagadki odcinka, dostaliśmy retelling Portretu Doriana Graya i opowieść o malarzu tworzącym swoje dzieło pod wpływem platonicznej miłości oraz… z fragmentów ciała i krwi swej muzy. To było niczym rzucanie czaru, artystyczny rytuał. W rezultacie skonsumowałam pierwszy w historii serialu odcinek z magią, który mi się szczerze podobał. Wróć, drugi, po Babie Jadze, która jednak była jeszcze lepsza. I miała w sumie dość podobny, baśniowy, staroświecki nastrój z nutką przeszywającej grozy.

Takiej magii chcę więcej, dziwacznej i pradawnej, zaskakującej, mogącej się równać z mocami Nieba czy Piekła. Ludzkiej, bo czarownice to jednak śmiertelniczki. A na deser została nam podana informacja o tym, że znamię Kaina jest wynikiem klątwy, i ten news też przyjemnie się wpisał w całość – czyż związek Pierro i jego ukochanej, uwiecznionej na obrazie, nie był rodzajem przekleństwa?

Fot. The WB

Fot. The WB

Cathia: O popatrz, to mamy o tym odcinku zupełnie inne zdanie! Dla mnie był absolutnie nie do zniesienia, kolejnym dowodem na to, że główny wątek jest tak słaby, że wymaga podparcia się zagadką kryminalną. Zagadką, powiedzmy sobie szczerze, dosyć kiepską, bo podzielenie czasu antenowego między Rowenę, Olivette i chłopaków zmagających się z zagwozdką w Kościele zaowocowało tym, że wątek potwora tygodnia, który mógł być całkiem zacny, został potraktowany skrajnie po łebkach. Właściwie niewiele w nim jakiegokolwiek dochodzenia ze strony Sama i Deana, mamy za to całe mnóstwo koszmarnych i dętych rozmów – ach, te nieszczęsne, zdradzone przez mężczyzn serduszka… W dodatku, mówiąc szczerze, od początku ujęcia z Isabellą powiewały subtelnym szesnastowiecznym klimatem, więc odkrycie kart wcale mnie nie zaskoczyło. Choć muszę przyznać, absolutnie piękne te przebitki na dawną Florencję! Takie w stylu dawnych renesansowych mistrzów! Niestety, zabrakło sensu, choćby w działaniu ducha. Dlaczego zaczął się mścić dopiero po pojawieniu się w Stanach? Dlaczego nie trzymał się jednego konkretnego powodu do działania? No tak, trzeba było dać czas na perypetie Olivette i Roweny.

Których „rozmowa” nie była specjalnie interesująca (choć i tak kocham Teryl Rothery!). Jedynym, co wynikło z niej istotnego, to informacja o artefakcie, który przechowują Ludzie Pisma. Jednak – tutaj mamy pewną nieścisłość. Jeśli Ludzie Pisma posiadali bunkry rozsiane po całym świecie, dlaczego nikt nie przybył, by zawłaszczyć dziedzictwo w USA? Natomiast Rowena może i posługuje się potężną magią, ale jednocześnie pokazuje, jak bardzo tchórzliwą jest gnidą. Zaczęła działać dopiero gdy miała za plecami synka, jego potęgę. Bogini, jak ja nie znoszę tej postaci! Nie, powiem Ci szczerze, że ten odcinek był dla mnie nie do zniesienia.

Fot. The WB

Fot. The WB

Pirjo: Wiesz, nie zawsze musimy się zgadzać – ja znalazłam w odcinku wszystko to, co lubię. No to weźmy następny odcinek. Bobby. Naprawdę, gdybyś mnie zapytała choć dzień wcześniej, co myślę o takim pomyśle, to bym się upierała, że chwyt poniżej pasa, niech już go zostawią w spokoju, nie podoba mi się, protestuję. Ale przecież dało radę, zgodziło się, zagrało. Bo ten odcinek przywrócił Bobbiego z dużym sensem i wyczuciem. W ogóle było w nim kilka świeżych konceptów. Włamywanie się do nieba, by wykraść Metatrona, i to przy pomocy tytułowego Inside Mana! Cóż za genialny, przegięty pomysł! I równoległa przygoda Deana, zaczynająca się od niewinnej, choć kozackiej rozgrywki w bilarda; bardzo sycącym było dla mnie oglądać taką zwyczajną, codzienną scenerię, i widzieć, że się nam dla odmiany Dean dobrze bawi. Moja czujność została uśpiona, dlatego epizod w łazience… podskoczyłam, widząc przez ułamek sekundy demoniczne, czarne oczy. Brrr…Nie chcę, żeby powrócił DemonDean, nie chcę, nie chcę, nie zgadzam się!

No i na dodatek dzięki temu wszystkiemu, dzięki brawurowej intrydze, mogliśmy zobaczyć trochę Nieba, ale nie z dotychczasowej perspektywy, z punktu widzenia najwyższych aniołów i ich domen czy strzeżonych więzień i priorytetowych osadzonych, tylko z poziomu zwykłych duszyczek. Niebo się nam poszerzyło. Nabrało ciała.

No i Crowley z Deanem w barze, scena natychmiast stająca się klasyczną, szklaneczka whiskey versus drink z parasolką, czyli każdemu wedle gustu. To taki wspaniały bromance! Ich przecudowna rozmowa o życiu, starzeniu się, rodzinie, mamie… i jeszcze potem były Fragglesy we wzmiance, ale to już Castiel i Metatron, dwaj boscy spece od popkultury. Tak samo rasowa jak pogawędka w barze okazała się rozmowa z Metatronem już po przejściu do świata ludzi, zabranie mu Łaski i uczynienie z niego człowieka. Ten strzał w kolano, kowboje i Indianie, uśmiałam się. Zrobiło to na mnie wrażenie. I biblioteka! Ale zakończenie całego bardzo zwartego, pełnego odcinka było emocjonalne, bo jedyne, o czym ekipa ratująca Deana chyba nie pomyślała, a ja nie mogę przestać się tym zadręczać, to dalszy los Bobby’ego. Nagrabił sobie, pomagając w ucieczce Metatrona. Ekipa ratunkowa zostawiła go w tyle, wracając do własnych, przyziemnych spraw. Czy teraz dusza Bobby’ego trafi do Piekła? Przestanie się mu należeć to w gruncie rzeczy przytulne, swojskie Niebo, ta zasłużona po stokroć emerytura, ulga po dekadach ryzykowania życiem? Och, tu jestem niesamowicie zła na Castiela i Sama. Że się posłużyli Bobbym i wykorzystali jego miękkie, kochające serce. Jestem zła, zła. Ale odcinek dobry!

I w ogóle, hej, Niebo znów stało się interesujące! I jeszcze, wisienka na torcie, czyli fakt, że pokorny, choć nieustępliwy i nieco zagubiony ostatnimi czasy Castiel odzyskał swoją Łaskę. Najwyższa pora. Cieszę się. A Ty?

Fot. The WB

Fot. The WB

Cathia: Popatrz, znowu się z Tobą nie zgodzę, chociaż w tym przypadku tylko częściowo. Jak dla mnie Niebo jest nudne jak flaki z olejem, a co gorsza, nadal nie ma na nie pomysłu. Ha, właściwie jest jeszcze gorzej! Twórcy idą w stronę tego skrajnie zbiurokatyzowanego Nieba, teraz nawet bardziej niż dotychczas! Niebo teraz wydaje się wręcz więzieniem dla dusz, które tam trafiły! Aniołowie? Banda gryzipiórków… Niestety… W dodatku okrutnych gryzipiórków, bo podobnie jak Ty – szczerze obawiam się o obecny los Bobby’ego. Nie sądzę, by jego dusza trafiła do Piekła, bo była jakby „przeznaczona” Niebu, jednak cela w anielskim więzieniu pozostaje teraz pusta i pytanie, czy dusza może ją zająć? A tak mu było dobrze!

Pojawienie się Bobby’ego w ogóle straszliwie zagrało na moich uczuciach, bo to trzecia ma ukochana postać w serialu. Mało się nie popłakałam, widząc jego mały prywatny raj: biblioteka, Kenny Rogers w radio oraz autobiografia Torri Spelling. A jednak był w stanie rzucić to wszystko w mgnieniu oka, kiedy jego chłopcy potrzebowali pomocy. Chłopcy, będący częścią jego szczęścia, bo przecież zdjęcie całej trójki też stoi w tym przytulnym pokoiku. Zagranie poniżej pasa.

Jak wiesz, ja zdecydowanie tęsknię za Demonicznym Deanem i cieszę się, że przypomniano nam o tym, że to zło nadal w nim drzemie i nagle może ponownie podnieść swój łeb. Podobało mi się jednak to, co zobaczyliśmy chwilę potem – Dean jest w stanie się powstrzymać, podobnie jak niegdyś Kain, on też potrafi kontrolować swoje uczucia. Tak trzymać!

Crowley! Wreszcie doczekaliśmy się zdecydowanego ruchu ze strony Króla, choć ruchu spowodowanego rozmową z Deanem. I jakkolwiek przedtem wspominałam, że jeśli zobaczę choćby jeszcze jedną scenę ich rozmowy w barze, zacznę wyć, tak ta mnie absolutnie i bezwarunkowo urzekła. To była tak dobrze i napisana, i zagrana scena! Zemsta Roweny jest nieunikniona, ale mnie zrobiło się lepiej. W dodatku wizualnie ich rozstanie było również absolutnie przepiękne.

Zupełnie nie rozumiem jednak punktu widzenia Roweny – dlaczego właściwie chciała zabić Deana tym razem? Powinno jej zależeć na dostaniu się do biblioteki Ludzi Pisma, a tutaj znowu zasłania się chęcią chronienia syna itp… Nie wiem, nie widzę tutaj konsekwencji.

Martwi mnie działanie Sama. Konkretniej – utrzymywanie tego wszystkiego, co robi, w sekrecie. A tak już się cieszyłam, że w tym sezonie chłopcy ze sobą rozmawiają!

Fot. The WB

Fot. The WB

Pirjo: Masz rację, Sammy podcina gałąź, na której siedzą razem z Deanem. Cóż. Taki urok Supernatural. Z całego zestawu najmniej podobał mi się chyba odcinek z Charlie. Cały czas nad tym rozmyślam. Biję się z myślami. Dlaczego? Uwielbiam Felicię Day, ale jakoś nie przepadam za odcinkami z nią, nie w Supernatural. Ona mi się wydaje wyrwana z innej konwencji, innej stylistyki, innego świata, jej osobowość jakoś przytłacza Winchesterów, nie ma chemii, chyba że chemia, która jest zła. Nie umiem tego lepiej opisać niż przez to, że jej obecność rujnuje u mnie kruche zawieszenie niewiary. A spora część odcinków, na przykład te z krainą Oz, była bardzo odległa od oryginalnego klimatu serialu. Nie podobały mi się. Dodatkowo nie lubię, gdy się znienacka wprowadza nowe wątki do metaplotu, takie jak rodzina Styne. I co, teraz będziemy ciągnąć walkę i podchody między Styne’ami a Winchesterami? Dwie rodziny z tradycjami wstępują na wojenną ścieżkę? Poświęcać temu całe odcinki i story arch’i? Nie, nie. Lubię nowe tematy w „sprawach odcinka”, czyli epizodycznie, ale nie gdy wyskakują deus ex machina w głównym wątku, i tak po tych wszystkich latach mocno przeludnionym. Rozczarowuje mnie to. To jest lenistwo, nie scenopisarstwo.

Ale żeby nie popaść za głęboko w defetyzm, powiem może, że najcudowniejszą rzeczą w odcinku, która mi wszystko wynagrodziła, była scena z Charlie grającą w papierowe Piekło-Niebo przy dźwiękach Behind Blue Eyes – piosenki z bardzo znaczącym tekstem – i zaraz po wielkim kłamstwie Castiela. Jak to się stało, że znów znaleźliśmy się w tym samym miejscu, w sytuacji, w której brat brata okłamuje dla jego rzekomego dobra? To musi boleć. Ta recydywa troski wywołującej nieszczerość. Och, Sammy, Sammy, w co Ty się znów wpakowałeś, chłopcze. Układ z Roweną? Boli widzieć, jak zataczacie kręgi i wracacie do punktu wyjścia. A mieliście być już mądrzejsi, nauczeni doświadczeniem, dorośli.

I jeszcze podobała mi się idylliczna, choć przecież podszyta egzystencjalnym smutkiem rozmowa braci – to marzenie Deana o odpoczynku, o nic-nie-robieniu, o plaży. I o wakacjach! Oby się nie spełniło w najgorszy możliwy sposób. Wiesz, jak to mówią twardziele, odpoczynek dopiero po śmierci…

Fot. The WB

Fot. The WB

Cathia: Kiedy Charlie pojawiła się w SPNie, była postacią nawet całkiem wiarygodną – w końcu znamy na pęczki takich geeków-geniuszy komputerowych i naprawdę byłam w stanie ją zaakceptować. Niestety, Charlie okazała się również doskonałym łowcą, a to już wieje marysueizmem do kwadratu i to jest powód, dla którego ją znienawidziłam. Mogę takie coś zrozumieć w przypadku chłopców, w końcu mieli na to tyle sezonów, ale geniusz Charlie we wszystkim, czego się tknie, denerwuje mnie ponad miarę. NIE.

Rodzina Styne’ów bardzo mi przypadła do gustu, może dlatego, że kojarzy mi się z Królewską Rodziną w Grimmie, a jest to jeden z mych ukochanych wątków. Zgadzam się jednak z Tobą, że trochę późno na takie duże objawienia… mam również nadzieję, że nie pójdzie to w stronę zemsty rodzinnej, bo to byłoby lekko bez sensu. Nie, kiedy bohaterami są Winchesterowie.

Cieszy mnie jednak to, że ostała się postać, która nadal bawi, choć wywołując zgrzytanie zębów – Metatron. Od momentu, kiedy Cas spuścił go z oka, wiedziałam, że coś się wydarzy, choć obstawiałam, że narysuje znak odpędzający anioły. Teraz, gdy posiada demoniczne słowo, jednak pozostając człowiekiem… do czego się posunie? To może karykaturalny, ale rewelacyjnie pisany przeciwnik i zacieram ręce, naprawdę!

Sam dumnie dzierży palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o poziom zdebilenia braci, tyle powiem. Ufanie Crowley’owi jest złe, ale układanie się z Roweną już ok? Nie, nie mogę tego pojąć i zrozumieć. Scena przy pizzy w Bunkrze bolała mnie do głębi, również dlatego, że przekreśliła to, co tak ładnie rozwijało się w tym sezonie. Ktoś sobie przypomniał o tym, że trzeba zagrać kartą „Winchesterowie knują za swoimi plecami”? Nie! Litości! Niech oni już się nauczą! To naprawdę zaczyna być nużące.

Pirjo: Dla mnie jest nie tyle nużące, co klasyczne i typowe. Pogodziłam się, że tak musi być, że oni zawsze się będą różnić.

Ale czas na podsumowanie: co sądzisz o kierunku, w jakim idzie serial i czego się spodziewasz po reszcie sezonu? Bo ja, rozochocona tym co widzę, chciałabym więcej magii i czarów, no i żeby chłopcy uratowali Bobby’ego od tego, co tam dla niego przyszykowały wkurzone aniołki. Żeby go nie zostawili bez wsparcia… I chciałabym więcej klasycznych, pięknych scen i dialogów, które tak dobrze mi „siadają”, bo rezydują na górce dziesięciu lat pogłębiania relacji między postaciami. Nie potrzebuję nowych elementów, chcę, żeby pierwsze skrzypce zagrały relacje znane i lubiane. Bo to one mają w sobie magiczną moc.

Cathia: Tak, zdecydowanie mam nadzieję na więcej prawdziwej magii, jednocześnie chciałabym jednak rozwinięcia wątku Wielkiego Kowenu, a nie skrajnie irytującej mnie Roweny. Chciałabym, żeby Sam postąpił jak Dean i wyznał wszystko bratu, nie ukrywając niczego. Chciałabym, żeby wyruszyli niczym ich odpowiedniki w Fan Fiction – „alone against the world”. Bo to jest serial o dwóch braciach i na nich to wszystko się opiera. Dodawanie innych elementów jest dobre, jeśli odświeżające, tymczasem Castiel, choć odzyskał Łaskę, nadal zachowuje się jak osioł, a Crowley, choć wreszcie pokazał, nomen omen, rogi, w tym sezonie głównie siedzi na tronie i pije whisky. Niech się coś wreszcie zacznie dziać!

Supernatural
S10E15: The Things They Carried, emisja: 18.03.2015
S10E16: Paint it Black, emisja: 25.03.2015
S10E17: Inside Man, emisja: 1.04.2015
S10E18: Book of the Damned, emisja: 15.04.2015

Cathia
Mól książkowy, zwierzę konwentowe, fangirl i Sheppardolożka. Wielbicielka czarnych charakterów, na czele z pewnym Królem Piekieł o brytyjskim akcencie. Kilka lat temu dosyć niespodziewanie zapadła na chorobę o nazwie Supernatural i modli się, by nigdy nie znaleziono na to leku. Aktywny członek fandomu od co najmniej 16 lat. W wolnych chwilach zajmuje się rękodziełem, robiąc kartki o fantastycznej tematyce, ostatnio zaczęła również pisać supernaturalowego bloga.

Pirjo Lehtinen
Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)