Fot. Netflix

Do Kitaju, młody człowieku! (Marco Polo, S01)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Jednym z ciekawszych paradoksów sukcesu Gry o tron jest to, że nie pociągnęła za sobą innych superprodukcji fantasy. Te kilka dotychczasowych (np. Atlantis i Olympus) wciąż tkwi obiema nogami w latach 90., a o Shannarze z MTV wiadomo na razie tyle, że będzie w tym roku. Za to wszyscy chcą robić widowiska historyczne. One właśnie są odpowiedzią konkurencji na sukces HBO.

Znakomici Wikingowie, szekspirowskie The Hollow Crown, nawet młodzieżowe do przesady Reign – wszystkie idą ścieżką wytyczoną przez martinowską sagę. Niedawno zaś do peletonu dołączył Netflix i jego Marco Polo. Olbrzymi, 90-milionowy budżet (dekadę temu stumilionowych sum wydanych na Rzym nie udźwignęło HBO), rozmach, nagość, egzotyka i przemoc miały przynieść serialowi sukces. Czy przyniosły? Na pewno wystarczyły, żeby dostać drugi sezon. Z kolei efekt artystyczny jest niepewny.

Fabułę luźno osnuto na wydarzeniach znanych z lekcji historii: Marco (Lorenzo Richelmy), XIII-wieczny wenecki kupiec, wyrusza z ojcem i wujem Jedwabnym Szlakiem do Chin. Na miejscu chłopak zostaje oddany w służbę granego przez Benedicta chana Kubiłaja (Chiny od kilkudziesięciu lat pozostają pod władaniem najeźdźców z Mongolii). Chłopak cieszy się względami władcy, ale jest to powód do radości, gdyż czasy są niepewne: dwór kipi od intryg, bracia chana opornie uznają jego zwierzchnictwo, następca tronu, książę Jingim (Remy Hill), nie radzi sobie z obowiązkami, a na południu trwa wojna z wciąż niepodbitym Cesarstwem Song.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Marco Polo ma więc trzy główne wątki. Pierwszym są podkoloryzowane dzieje Dalekiego Wschodu i one najbardziej pasują do tezy o tym, że Netflix zamarzył o swojej własnej Grze o tron. Pełna scen przemocy i nagości walka o władzę tocząca się po równi na polu bitwy, w geopolitycznych zagrywkach i w łóżku. Drugim wątkiem jest znana chociażby z klasycznego Szoguna z Chamberlainem opowieść o samotnym Europejczyku zagubionym w egzotyczny kraju, który powoli poznaje obcy świat, zaczyna go rozumieć, by w końcu stać się, choćby częściowo, członkiem społeczności. Wreszcie trzeci wątek to przygodowy serial akcji, gdzie tylko format 16:9 oraz budżet pozwalają ukryć, że Marco Polo to przybysz z lat 90.

Bo jeśli można wybaczyć zbytnie zapatrzenie w HBO i nieco zbyt toporne rozgrywanie szoku kulturowego, to ciężko zrozumieć, dlaczego twórcy postanowili zlekceważyć 90 milionów dolarów oraz dorobek Złotej Epoki Seriali i cofnąć się 20 lat wstecz. W „realistycznym” opakowaniu znajdujemy więc: ślepego mistrza kung fu rzucającego wschodnimi sentencjami, kung-fu w wykonaniu nagiej konkubiny (chociaż czapki z  głów przed operatorem, który potrafił tak sfilmować aktorkę robiącą na golasa kop z półobrotu, żeby nie przesadzić w pokazywaniu), typowy dla dalekowschodnich satrapów maniakalno-depresyjny sposób traktowania swoich ulubieńców i wrogów, antagonistę-mistrza wyrafinowanej intrygi (i kung-fu, w Chinach wszyscy je znają) oraz całego stada Xen: wojowniczych księżniczek i Mulan, twardych, bystrych i seksi. Gdzieś w oku tego cyklonu kręci się Marco, chłopiec tyleż ładny, co bezbarwny. Nic dziwnego, że następca tronu patrzy na niego krzywo – to musi być podejrzane, że tak nieciekawa osoba wpadła w oko Cesarzowi.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Czy to oznacza, że Marco Polo jest złym serialem? Chyba nie. Po prostu jest ofiarą stania w rozkroku.  Jeśli Netflix chciał własnej Gry o tron, powinien pójść w fantasy. Jeśli pragnął historycznego hardkoru, tu standardy wyznacza Rzym. Przygodówka też nie byłaby złym wyborem, ale wtedy trzeba by stonować rozmach i przyciąć budżet tak o połowę. Bo przecież nie godzi się rzucać takich sum na nowe Przygody młodego Indiany Jonesa.

O, to byłaby najlepsza analogia. Marco Polo to serial dla ludzi wychowanych na Młodym Indym, którzy chcieliby znowu obejrzeć coś w tym stylu, tylko z seksem i przemocą, skoro skończone osiemnaście lat im już pozwala. Jeśli łapiecie się do tej grupy, to polecam. Drugi sezon już zaklepany.

Marco Polo
historical drama
Netflix, 2014–

Piotr Górski

Krakowianin, Nowohucianin. Urodził się i na tym właściwie kończą się dramatyczne momenty jego biografii. Ekspert od seriali rosyjskich. Dużo czyta. Trochę pisze.