Fot. The CW

Burza mózgów (iZombie, S01E04–06)

Artykuł zawiera umiarkowane spoilery.

Pirjo: Cóż mogę napisać: po kilku kolejnych odcinkach serial nabiera rozpędu i kolorów, dotychczasowe atuty się umacniają, a braki, przynajmniej niektóre, zaczynają się wypełniać. To, co w serialu najfajniejsze, czyli opisywana przeze mnie ostatnio „sympatyczność”, pozostaje na swoim miejscu. Główna bohaterka, Liv, jest tak pozytywna i pozbawiona skłonności do dramy, że aż przyjemnie patrzeć. Nareszcie postać kobieca, która nie jest w przerysowany sposób rozedrgana i emocjonalna. Brawo! Tak jak chciałam, fabuła sezonu robi się spójniejsza, ponieważ współpraca naszej przemiłej zombie z policją, mimo że nadal często dotyczy przypadkowych spraw, zaczyna też orbitować wokół wątku tajemniczych zaginięć nastolatków, czyli śledztwa, które jest zombie related. Podoba mi się, że osobne do tej pory postacie, przebywające jakby w równoległych światach, połączonych tylko postacią głównej bohaterki, zaczynają się zazębiać. Major zamieszkuje razem z panem koronerem, a w czasie wolnym prowadzi własne, ryzykowne śledztwo. Wątkiem zaginięć interesuje się policja. Mama Liv jest na najlepszej drodze by wpakować jej brata a swojego syna w poważne tarapaty, oczywiście powiązane z tematem zombie. Podoba mi się ta tendencja, ta wzrastająca spójność. A Ty jak oceniasz progres w najnowszych odcinkach iZombie?

Mysza: Osobiście, oceniam systematyczny rozwój iZombie w samych superlatywach, a ci którzy mieli ze mną okazję o serialu dyskutować, wiedzą, że zupełnie niechcący stałam się obsesyjną fanką tej produkcji i jej najgłośniejszym kibicem oraz adwokatem. Zaś fakt, że równocześnie ze stopniowym odkrywaniem zombie-świata robię re-watch poprzedniego hitu Roba Thomasa, czyli Veroniki Mars, nadaje całemu doświadczeniu interesującej perspektywy. Wbrew moim początkowym przewidywaniom, iZombie i Veronicę Mars sporo dzieli. Wspomniany przez ciebie charakter Liv, głównej bohaterki, jest tu jedną z głównych różnic. Tak jak Veronica była, mimo swej zadziorności i dobrego serca, dość pesymistycznie nacechowaną postacią – wszak konwencja noir zobowiązuje, a i serialowy świat Veronica Mars był bardziej mroczny niż iZombie mimo współdzielenia aspektów kryminologicznych – tak Liv, mimo swego zombie-defetyzmu, jest osobą która, że tak powiem, „lgnie” do życia; Liv chce żyć i chce czerpać z niego pełnymi garściami – tym pełniejszymi, że dzięki swym umiejętnościom może doświadczać sytuacji, uczuć czy talentów, o których w normalnych warunkach nie mogłaby nawet zamarzyć. I rzeczywiście ten jej optymizm jest zaraźliwy. Tym bardziej, że iskrzące się dowcipem dialogi, będące specjalizacją duetu Thomas & Ruggiero, oraz cudowna chemia między aktorami dodają iZombie absolutnie niepowtarzalnego uroku. W połączeniu z główną bohaterką, serial tworzy radosny, sympatyczny „koktajl”, któremu naprawdę trudno się oprzeć.

Natomiast wzajemne przeplatanie się wątków to akurat cecha łącząca obie produkcje Thomasa i, moim zdaniem, jedna z cech, które charakteryzują Thomasa jako twórcę. Patrząc na to, jak zazębiają się wątki w Veronice Mars – i to często na przestrzeni nawet kilku sezonów – myślę, że możemy z lekkim sercem patrzeć w przyszłość iZombie. Jasne, mamy tu do czynienia z nieco inną kategorią wątków – w Veronice mieliśmy śledztwa związane z przeróżnymi zbrodniami, w iZombie osią serialu jest wątek zombie i ewentualnej apokalipsy nieumarłych – ale sądzę, że możemy liczyć na równie skomplikowaną, ciekawą, złożoną sieć wzajemnie przeplatających się wątków. Tym bardziej, że jeśli wierzyć zapowiedziom, wspólne mieszkanie Majora i Raviego nie będzie jedynym „skrzyżowaniem” na którym spotka się prywatne i służbowe życie Liv – podobno istnieje szansa na subtelny romans między Ravim a Peyton, współlokatorką Liv. Jeśli ma to oznaczać więcej czasu antenowego dla Aly Michalki – i w ogóle więcej powracających postaci kobiecych – jestem na tak!

Fot. The CW

Fot. The CW

Pirjo: Pomówmy chwilę o samym świecie zombie, wcześniej niedookreślonym, a teraz coraz mocniej się konkretyzującym. Zombie rezydują na obrzeżach cywilizowanego świata, pozostając w ukryciu i wyszukując sobie swoje nisze. Liv pozyskuje mózgi pracując w policyjnej kostnicy, Lowell dokarmia się w domu pogrzebowym. Zły Blaine twierdzi, że rabuje zwłoki na cmentarzach i na tym koniec, ale my wiemy, że powołał też do istnienia coś na kształt zombie-piramidy finansowej, słono i radośnie zdzierając kasę ze swoich klientów i klientek, którym dostarcza specyficznego pożywienia. Prowadzi też restaurację, w opcji „na wynos” obsługującą populację zombie w mieście. Mamy również zombiaka w szeregach policji. Większość z nich z powodzeniem udaje ludzi, lecz stara się za bardzo niczym nie wyróżniać ani nie ekscytować, emocje mogą bowiem prowadzić do „ataku”. Biedny Lowell zmuszony był z tego powodu porzucić aktywną karierę muzyka, a jedna z klientek Blaine’a straciła zimną krew, gdy delivery boy nie dostarczył jej codziennej porcji mózgu. Wiemy więcej o życiu i codzienności zombie, wiemy jak leczyć odpowiednik kaca, wiemy jak ważny jest w stylówce bronzer i farba do włosów, ale nie doszliśmy jeszcze do sedna – skąd w ogóle zombie w Ameryce? Zresztą, chyba także w Anglii? Z czego wynikła ta cicha epidemia? Masz jakieś pomysły? Jak podoba Ci się dotychczasowy zarys mitologii zombie?

Mysza: Pomysłów mam setki, jeśli nie tysiące, ale sądzę, że wciąż wiemy stanowczo za mało, by móc wysnuć jakąkolwiek sensowną teorię. Oczywiście to nas nie powstrzyma od spekulacji, ale chwilowo jestem przede wszystkim w fazie wchłaniania wszystkich informacji, którymi twórcy chcą nas uraczyć. Nie doszłam jeszcze do etapu prób ułożenia tej skomplikowanej układanki na własną rękę.

Natomiast w kwestii prowadzenia całego zombie story-arcu, jestem równie urzeczona co zniecierpliwiona. Żeby nie było, owo zniecierpliwienie w żadnym stopniu nie świadczy źle o serialu – raczej o tym, że scenarzyści bardzo zręcznie prowadzą wątek zombie. To naprawdę duża sztuka, odsłaniać ogromną układankę kawałek po kawałku tak, by co chwila zdradzić widzom coś nowego, a jednocześnie wciąż pozostawić pole do popisu wyobraźni. Dla mnie jedną z największych zalet iZombie – i jedną z największych przyjemności jaką czerpię z kolejnych odcinków – jest to, że co tydzień kończę seans z miliardem pytań. Oczywiście, samo zaintrygowanie widza jeszcze o niczym nie świadczy, bo jako wytrawni serialowi widzowie wiemy, że nasze zaciekawienie równie szybko potrafi przerodzić się we frustrację, jeśli twórcy nie dość szybko zaserwują nam kolejne elementy układanki lub zrobią to w niewiarygodny sposób. Na szczęście w przypadku iZombie mamy do czynienia z serialem, który zręcznie balansuje na granicy frustracji i ciekawości – odpowiadając na jedno pytanie, zadaje trzy kolejne. Tym samym produkcja przyciąga widzów nie tylko sympatycznymi bohaterami czy fajnymi dialogami, ale także naprawdę mądrze, sprytnie poprowadzoną intrygą i złożonym story-arkiem, który, miejmy nadzieję, okaże się wart poświęconego mu czasu. Jeśli Veronica Mars może tu być jakimkolwiek wyznacznikiem, sądzę że ostateczne wyjaśnienie tego, skąd się wzięły zombie i jak to się wszystko wzajemnie splata, będzie, jak to się mówi, kawałkiem świetnej telewizji.

Fot. The CW

Fot. The CW

Pirjo: Przejdźmy do tego, co ostatnio dosłownie spędza nam sen z powiek. Nie będziemy tu ukrywać przed czytelnikami, że obie jesteśmy psychofankami Bradleya Jamesa, aktora, który dołączył do obsady, a wcześniej wcielał się w księcia – potem króla – Artura w Merlinie BBC. Niesamowicie cieszy nas rozwój jego kariery – iZombie ma się coraz lepiej, a na horyzoncie Omen, w którym Bradley odgrywać będzie główną rolę dorosłego już Damiena, odpowiednika postaci znanej z filmu pod tym samym tytułem. Jeśli o mnie chodzi, to w ogóle zaczęłam oglądać iZombie skuszona jego planowanym pojawieniem się, to była moja główna motywacja. I nie jestem rozczarowana. Bradley ma nietypową urodę, roztacza wokół siebie jakiś taki niewymuszony, luzacki czar. To jest obecnie mój czołowy serialowy crush (wybacz, Ross…). W wersji zombie, jako ubierający się na czarno i na czarno zafarbowany muzyk, od czasu do czasu paradujący z (czarnym, obviously) futerałem od gitary, jest naprawdę hot. Jest też przekonująco napisaną i zagraną postacią, bardzo wiarygodną. Jego relacja z Liv, oparta na przekomarzaniu, rozmowach, żarcikach, ironii, generalnie na coraz głębszym porozumieniu, wydaje się jednym z najfajniejszych nowych aspektów serialu. Ten wątek wygląda bardzo świeżo i prawdziwie, nawet jeśli zombie z zasady są nieświeże :D.

Mysza: Rzeczywiście, spędziłyśmy już niejeden wieczór wspólnie zachwycając się Bradleyem Jamesem; co bawi mnie o tyle, że w czasach Merlina BBC skłaniałam się raczej ku postaci tytułowej, granej przez Colina Morgana. Bradley James był fantastyczny w tym konkretnym wcieleniu króla Artura – nieco bucowatym, ale dobrodusznym i lojalnym aż do przesady – ale to dopiero jego występ w iZombie sprawił, że zobaczyłam w nim coś więcej niż tylko zadufanego blond bubka o złotym sercu. I choć od samego początku oglądałam iZombie z ogromną przyjemnością, pojawienie się postaci Lowella definitywnie scementowało moją miłość do serialu. Oczywiście, silne przywiązanie do postaci wywołuje całą lawinę niewygodnych z punktu widzenia fanki pytań: co jeśli między Lowellem i Liv się nie ułoży? Co jeśli twórcy planują tę postać tylko jako chwilową przeszkodzę na drodze true love story Liv i Majora? Co jeśli Rob Thomas znów postanowi złamać mi serce, tworząc jedną z piękniejszych will they/won’t they relacji, jakie widziałam w TV (tak, piję do Logana i Veroniki!)? Co jeśli Bradley James będzie miał inne zobowiązania służbowe?…

Póki jednak romans między Liv a Lowellem rozkwita i póki co tydzień dostajemy kolejną dawkę zombie-zalotów, staram się być dobrej myśli. Tym bardziej, że relacja naszych dwóch ulubionych nieumarłych rzeczywiście jest świetnie rozpisana i rozegrana. Tu znów muszę chylić czoła przed Thomasem, bo co jak co, ale perypetie sercowe od zawsze wychodzą mu bardzo dobrze. Mam wrażenie, że w przypadku Liv i Lowella czuć, że nie jest to uczucie „wymuszone” przez scenarzystów, będące tam tylko po to, by stworzyć sztuczne napięcie – te postacie naprawdę się lubią i rozumieją, a ich doświadczenia, choć w pewnym stopniu ich definiują, nie są jedyną osią ich wzajemnego przyciągania. Widzieliśmy to chociażby w ostatnim odcinku (s01e07), gdzie planowana randka Liv i Lowella potoczyła się mocno nietypowo; a mimo to nie mieliśmy wątpliwości, że bohaterowie autentycznie lubią przebywać w swoim towarzystwie.

Nie wiem czy się zgodzisz, ale sądzę, że twórcy iZombie – a warto zaznaczyć, że wśród scenarzystów serialu jest sporo kobiet – autentycznie kibicują swoim postaciom i traktują ich jak ludzi z krwi i kości, a nie papierowe postacie, których perypetie mają jedynie zwiększyć wyniki oglądalności. Oczywiście dobre wyniki iZombie niezmiernie nas cieszą – bo im są lepsze, tym większa szansa na przedłużenie serialu! – ale osobiście, jako widza, o wiele bardziej cieszy mnie to, że w iZombie jest tyle… no cóż, serca. Widać, że twórcom serialu nie tylko mózgi w głowach ;).

iZombie

Fot. The CW

 

Pirjo: Jeśli chodzi o związek Liv, Lowella i mitologii zombie ogromnie mnie ciekawi, jak to zostanie rozegrane w perspektywie zmian charakterologicznych związanych ze spożywaniem posiłków. No bo pomyśl: wiemy już, że jeśli bohaterowie jedzą mózgi, które są ze sobą „sprzeczne”, to się nie są w stanie porządnie się ze sobą dogadać. A przecież takie rzeczy można planować. Dlatego zadaję sobie pytanie: czy jeśli zaczną ucztować razem i będą się dzielić jednym mózgiem, to osiągną głębię wzajemnego przywiązania? Staną się jednością? Ciekawią mnie implikacje kwestii kulinarnych, przyznaję. Wydaje mi się, że iZombie ma ogromny i realizujący się już pomału potencjał na zbudowanie wokół siebie aktywnej i oddanej społeczności fanów. Zgrany temat został zrealizowany ze sporą fantazją. Twórcy i obsada są bardzo aktywni w sieci, ciągle pojawiają się nowe bonusowe materiały, zdjęcia, filmiki i inne skrawki wiadomości z planu, granica między twórcą a odbiorcą jest skutecznie, odgórnie zamazywana. Mam wrażenie, że powstaje fandom podobny do tego, jaki kiedyś miał wspomniany Merlin, a może nawet, przez wzgląd na zbieżność gatunku, taki jak ma Supernatural. Fandom oddany, rodzinny i bardzo pozytywny. Co o tym myślisz?

Mysza: Jako aktywna część tego nowonarodzonego fandomu, muszę się z tobą zgodzić. Rzeczywiście, cała serialowa ekipa bardzo prężnie poczyna sobie na social media – aktorzy live-tweetują niemal każdy odcinek, a scenarzyści i reżyserzy co chwila wrzucają różne smaczki z odcinków lub zdjęcia zza kulis. Także Rob Thomas i Diane Ruggiero-Wright często wchodzą w internetowe interakcje z fanami – przykładowo, dzięki takiej dyskusji on-line, kanoniczne stały się nazwy tzw. „pairingów”, czyli serialowych par, którym kibicują widzowie (Liv i Lowell to „Livwell”, z kolei Liv i Ravi – „Ravioli”).

Trzeba przy tym wziąć pod uwagę, że iZombie ma, pod wieloma względami, przewagę nad wieloma serialami, w tym nad wieloma produkcjami The CW. Po pierwsze: jako serial tej konkretnej stacji iZombie ma od razu wbudowany młodzieżowy fanbase – pamiętajmy, że to właśnie The CW jest domem dla takich aktywnych fandomowo seriali jak wspomniane przez ciebie Supernatural, czy The Vampire Diaries/The Originals. Poza tym iZombie jest tzw. genre show, a te, ze względu na swój specyficzny klimat, z zasady przyciągają bardzo podobną widownię – podejrzewam, że gdyby przeprowadzić ankietę, okazałoby się, że fandom Supernatural i iZombie się mocno przenika. Pamiętajmy także, że do iZombie niemal z marszu zasiadł cały prężnie działający fandom Veronica Mars – a przecież jest to ta sama grupa ludzi, która dzięki Kickstarterowi doprowadziła do powstania pełnometrażowego filmu o dalszych losach Veroniki i to niemal 10 lat(!) po zdjęciu serialu z anteny. Dodajmy do tego niedobitki fandomu Merlina, które przyciągnął za sobą Bradley James, i mamy iście wybuchową mieszankę. Patrząc po stopniowo, ale systematycznie wzrastających wynikach oglądalności, widać że fandom iZombie jest, jak to mówią, „a force to be reckoned with”.

Fot. The CW

Fot. The CW

Pirjo: Jeśli miałabym się pokusić o update moich poprzednich rozważań, to sądzę, że iZombie idzie w dobrym kierunku. Nie jestem aż tak entuzjastyczna jak Ty, i nie jest to jeszcze mój „nowy, najulubieńszy serial”. Zagadki kryminalne są dla mnie nadal nieco wtórne i nudne, Evil Blaine strasznie mnie denerwuje jednowymiarowością i przerysowaniem, fabuła czasem kuleje, ociera się o kicz i nie wiadomo, dokąd to wszystko zmierza. Coraz jaśniej lśnią na tle banalnego scenariusza niektóre postacie, takie jak Liv, Lowell i Ravi i lśnią także „listy dialogowe”, czyli bohaterowie mówią do siebie bardzo fajnym naturalnym, niewymuszenie błyskotliwym tekstem. Oby tak dalej!

Mysza: A ja, niczym serialowa Liv, pozostaję nadal niepoprawną optymistką. Owszem, nie wszystko w serialu śmiga tak jak powinno – mimo przywdziania różowych okularów super-fanki widzę, że odcinki bywają nierówne, a niektóre policyjne case’y są mocno przeciętne – ale z całego serca kibicuję produkcji Thomasa i Ruggierio-Wright.

Veronica Mars również była niedoceniana za czasów swojej emisji. Dopiero teraz, z perspektywy czasu, widać jak wiele z tego, co w produkcji pokochaliśmy, pojawiło się z czasem; serial zdołał dojrzeć, nabrać charakteru. Obecnie jego kolejne seanse – a także niekończące się analizy – są wyłącznie źródłem radości.

Mogę jedynie życzyć sobie i Wam, aby iZombie przetrwało przynajmniej tyle, co poprzednie dzieło Thomasa. I by zebrało równie wierne grono oddanych fanów. Jak na razie wszystko wskazuje na to, że jesteśmy na dobrej drodze, by tak się stało :).

 

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Mysza

Fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)