Fot. HBO

Zima puka do drzwi (Game of Thrones, S05E03–05)

Artykuł zawiera spoilery.

Gra o tron zwolniła tempo, skupiając się na poszczególnych wątkach, rozbudowując tło, czyli oddając głos w narracji postaciom na drugim i trzecim planie. Właśnie teraz jest na to czas, bo znamy już doskonale każdy zamek, każdą krainę i możemy wejść odważniej, w głąb. Pomyślcie, jak dawno nikt nie zginął, no może poza sir Barristanem, niech mu starsi i młodsi bogowie szczodrze wynagrodzą idealizm i trud!

I przyznam, podoba mi się tendencja, ta przestrzeń, w której Podryk albo Sam Tarly mają szansę spokojnie porozmawiać z wielkimi tego świata, zadać swoje pytania, zrozumieć wartko zmieniającą się rzeczywistość. Tak, doceniam rozmawianie, które chwilowo zastąpiło bitwy, wyprawy, skrytobójcze akcje i widowiskowe pojedynki. Rozmawianie o radzeniu sobie, o emocjach. Starca smucącego się, że jego ostatnia krewna utknęła na końcu świata, bez porządnego doradcy, wyeksponowana na świeczniku, skąd łatwo można ją strącić. Młodzieńca, który musi w sobie zabić chłopca, by nareszcie stać się mężczyzną. Pannę na wydaniu, uwięzioną we własnym domu, samą jedną przeciw wrogim samcom, tylko z pozoru pełnym ogłady, a w swej istocie pozbawionym jakichkolwiek zasad i wynaturzonym. Panna ta jest uzbrojona wyłącznie w roztropność i siłę woli. I jest też jej młodsza siostra, wiedziona pragnieniem zemsty aż na krańce świata, tak jakby zemsta przywrócić mogła światu właściwe proporcje, jakby mogła podzielić znów rzeczy na dobre i złe oraz pozwolić odzyskać kontrolę nad malowniczo zrujnowanym życiem. Nad wrakiem licznej dawniej i szczęśliwej familii. Czy kiedyś się jeszcze spotkają, by porozmawiać? I inny młodszy brat, zaskakująco trafnie sparowany teraz z sir Jorahem, umykający przez nieprzyjemnym przeznaczeniem. Recytowanie poezji. Niespodziewane porozumienie dusz.

Po tylu zwrotach akcji czekanie jest torturą.

Fot. HBO

Fot. HBO

Naprawdę, gdy oglądam, to mam wrażenie, że postaciom doskwiera bezruch. Że będąc w trybie bojowym, nie potrafią zluzować. Stannis już, już się zbiera, żeby ruszyć na Winterfell, bo mu niespokojnie i niewygodnie na Murze, nawet jeśli zbliżają się Nieumarli. Sansa trzyma fason, niby w swoim domu, a jednak w obcym miejscu, nie wiadomo co będzie, niebezpieczeństwa czają się w znajomych jeszcze tak niedawno zakamarkach, trupy zmarłych nie w pełni ostygły. Ale trzeba trwać i nieść głowę wysoko. Bo Północ pamięta, bo są i tacy, którzy przysięgali wierność, a teraz czekają na sygnał. I na zadymę, niekoniecznie śnieżną. Szczerze: Ramsay Bolton wyrasta na jedną z ciekawszych postaci tego sezonu. Podchody w Winterfell interesują mnie bardziej niż zamorskie roszady, choćby nie wiem jak epickie. I to szerokie spektrum emocji między Sansą a Theonem! Perfekcja.

Daenerys też już okropnie długo zatrzymała się w jednym mieście, w Meereen, które działa jej na nerwy, mi zresztą też, i Dany zaczyna mieć problemy z rządzeniem, z podchodami Synów Harpii, bo to przecież nie jest jej docelowe miejsce, tylko zbyt długi przystanek na trudnej drodze do domu. Czy nie czas już ruszyć przed siebie? Dać smokom szansę na rozprostowanie skrzydeł? Myślę, że z względnie bezpiecznej, choć niewygodnej pod wieloma względami przystani wygna ją dopiero epidemia, której subtelne sygnały już widzimy w odcinkach. Cersei szuka sobie nowej pozycji w stolicy i próbuje na nowo wkupić się w łaski ludu, który zostanie przy niej, nawet jeśli na jaw wyjdzie kazirodczy romans. Królowa-matka staje się gorliwą, radykalną wręcz orędowniczką odradzających się bogów i fundamentalistycznych religii, co może jej się udać, bo to przecież czas trwogi, nadciągającej zimy. Taki czas woła o ikony, symbole, o kogoś do wielbienia i kogoś, kto poprowadzi. Najlepiej wie to Jon Snow (nareszcie coś wie!), niespodziewany młody komendant straży, na razie nadal bawiący się w negocjacje i politykę, nim ruszy w teren, do walki. Już czuje na barkach ciężar odpowiedzialności za tych, co go kochają, a na plecach zimny wzrok takich, którzy najchętniej podcięliby mu gardło albo przynajmniej podstawili nogę. Okropnie się o niego boję, bo przecież wiadomo, co czeka go niedługo, jeśli tylko scenarzyści pójdą po linii książkowego oryginału. Ale to potem, to jeszcze nie teraz. Teraz panuje cisza i narasta chłód.

Fot. HBO

Fot. HBO

Jeszcze przed nami głowy spadające jak domino. Te wszystkie z lękiem i niejaką chorą fascynacją wyczekiwane śmierci. Jak by to mogło wyglądać?

Nie wiemy, książki rozszczepiają się tu z serialową opowieścią. No powiedzmy, że najpierw Stannis zabije Roose’a, Theon zaś Ramsay’a, ale wtedy dopadnie go i uśmierci kruczowłosa Sansa, nadal przekonana, że jest odpowiedzialny za śmierć jej braci. Brienne ubija zgodnie z obietnicą Stannisa, lecz po chwili padnie ofiarą zrozpaczonej kochanki Ramsaya. Którą w zemście zabije Podryk, a na koniec Shireen i Sansa pójdą się napić herbatki wzmocnionej alkoholem. Piknik w ruinach zamku. Widzę to. Zresztą może być zupełnie inaczej. Ale czuję te liczne, skumulowane, antycypowane od pierwszej minuty pierwszego odcinka serii śmierci. One się muszą zdarzyć. One dążą do tego, by mieć miejsce. Nieuchronność ciąży jak miecz nad głową.

Bo na razie prawie nic się nie dzieje, ogromne potęgi przesuwają się ostrożnie, niezauważalnie niczym płyty tektoniczne. Zmiany są ukryte pod powierzchnią. Fabuła drży jak naciągnięta do granic możliwości nitka, która kiedyś będzie musiała pęknąć. Niebawem. Ale jeszcze nie teraz, teraz jeszcze tańczymy dworskie tańce, z uśmiechami przyrośniętymi do twarzy i czujnym wzrokiem, bo może uda się coś dostrzec, jakieś pierwsze oznaki, jakąś szansę, szczęśliwą kartę, niewyraźny cel. Miotamy się w naszych klatkach. Czasem są to pułapki zaciskające się bez naszej wiedzy. Pomyślcie, Brienne poprzysięgła chronić Sansę, ale także przysięgała ubić Stannisa, który maszeruje właśnie do Winterfell i jest chyba jedyną nadzieją na ocalenie naszej bezcennej gołąbeczki z rodu Stark. Dwie obietnice zetrą się ze sobą. Jaką ścieżkę wybierze honorowa dama z Tarth? Jeszcze obracamy w myślach sojusze i linie pokrewieństwa, ja się nawet ostatnio zastanawiałam nad shipowaniem Rickona i Shireen: moim ogromnym marzeniem, o którym pisałam ostatnio, jest zobaczyć w finałowym epizodzie serialu Nowy Początek dla Winterfell. Rozmawiamy, próbując ująć sedno spraw w okrągłych słowach, łatwych do noszenia w sercu, i zaakceptować nowe porządki. Trenujemy odporność na ból.

Fot. HBO

Fot. HBO

Dzięki zwolnieniu tempa odcinki są wystudiowane, dopracowane, epickie, obfitują w stylowo pokazane i nakręcone momenty. Szczególnie ten ostatni, Kill the Boy. Odświeżająco odległy od książkowego oryginału.

I powiem szczerze na koniec, że najpiękniejszą ze wszystkich była ta scena, w której Tyrion – sceptyk, płynąc łodzią przez oniryczną, zaskakująco postapokaliptyczną scenerię Valyriańskich ruin – widzi nagle smoka. Och, Drogon!

Nic nie przygotowało mnie na ten obraz. Umarłam z zachwytu. Proszę, odchodźcie częściej od książek w stronę czegoś takiego, czegoś, co udźwignie tylko kadr, tylko film. Czegoś, czego Martin nie mógłby napisać. Bo tego się napisać nie da.

How many centuries before we learn how to build cities like this again?

Game of Thrones
S05E03: High Sparrow, emisja: 26.04.2015
S05E04: Sons of the Harpy, emisja: 3.05.2015
S05E05: Kill the Boy, emisja: 10.05.2015

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.