Fot. CBS

Podróż za jeden uśmiech (The Mentalist)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

W lutym skończyliśmy naszą siedmioletnią przygodę z Patrickiem Jane’em, który w naszej świadomości na zawsze pozostanie po prostu Jane’em – albo dla mniej wciągniętych w serial – Mentalistą. Ostatni odcinek (którego oglądalność plasuje się aż 9 milionów widzów za najpopularniejszymi epizodami) zostawił jednych usatysfakcjonowanych, drugich oburzonych (welcome to my world), a trzecich nieświadomych, bo to właśnie ci skończyli przygodę z serialem w momencie, kiedy CBI przestało istnieć, a zagadka Red Johna została rozwiązana. Nie ma jednak wątpliwości, że nie było to najlepsze zakończenie, jakie mogliśmy dostać. Nie było w nim Jane’a, jakiego poznaliśmy dawno temu. A mimo to łezka będzie się kręcić w oku na wspomnienie wszystkich siedmiu sezonów.

Nie do końca pamiętam na jakim etapie serialowej edukacji byłam w momencie, kiedy zaczęliśmy z Tatą oglądać Mentalistę, ale bez wątpienia Patrick Jane był pierwszym z Bardzo Mądrych, Przystojnych (Simon Baker, everybody) I W Miarę Młodych Śledczych. Pardon – konsultantów. Patricka nie dało się nie kochać. Nie dało się nie uwielbiać jego nonszalanckiego stylu (nieodłączne kamizelka i marynarka) i gracji, z jaką popijał herbatę zawsze i wszędzie. Nie bez znaczenia była też kultowa kanapa – bo każdy szanujący się serial powinien mieć swoją – na której przesypiał pół dnia tylko po to, żeby zaraz po obudzeniu rozwiązać kolejną sprawę morderstwa, nad którą jego przyjaciele głowili się od tygodnia. Jego bezpośrednie pytania („Zabił pan swoją córkę​​?”) czy rządzenie się w cudzych kuchniach bawiły, a zdolności obserwatorskie zawsze zadziwiały (i potem każdy z nas próbował bawić się w takie zgadywanie w prawdziwym życiu). Krótko mówiąc Jane był w moim serialowym światku tym, który torował drogę innym aroganckim, ale rozczulającym i sympatycznym śledczym, którzy dzięki swoim super zdolnościom pomagali rozwiązać setki spraw.

Fot. CBS

Fot. CBS

Oczywiście Patrick jak każdy miał swoje fiksacje – Red John aka Czerwony Jaś bawił się z nim (i ze wszystkimi fanami) w kotka i myszkę przez sześć sezonów. Odkrycie jego tożsamości i śmierć były szokiem pod wieloma względami – bo Red Johnem to miał być ktoś inny, bo kto będzie teraz Jane’owym archenemy, bo co stanie się z pozostałymi bohaterami, skoro już nie pracują w CBI, co się w ogóle stanie z serialem? Czy złapanie Moby Dicka nie powinno być swoistym katharsis? Tymczasem po sześciu sezonach otrzymaliśmy odpowiedź na dręczące nas pytanie kim jest mężczyzna, który zamordował żonę i córkę Jane’a, i już wiemy, że wolelibyśmy, by okazał się być kimś innym, oraz że bardzo, bardzo chcielibyśmy, żeby żył dalej. Bo teraz ani my, ani Jane nie mamy celu w życiu (możemy co najwyżej przerzucić nasze rozważania pt. „kim jest…” na inne seriale jak np. niekończące się Pretty Little Liars).

Właściwie to takiego celu nie mają też przyjaciele Jane’a. Lisbon, była szefowa, jest najpierw szeryfem w małym miasteczku na kompletnym zadupiu. Silna kobieta, która tworzyła z Patrickiem idealny bromance, który nie powinien był przerodzić się w późniejszy związek, w końcu znajduje pracę w FBI. Tutaj Lisbon znowu pracuje z Jane’em i nawiązuje uroczą, romantyczną relację, na którą nikt nie czekał. Kolejne półtora doprowadziło Teresę i Patricka do zniszczenia mitu ich przyjacielskiej relacji utraty charakteru przez jedno i drugie. On stał się szczeniacko zakochany, ona uroczo się na to zgadzała, tracąc swoją lisbonowatość, którą wszyscy uwielbialiśmy.

Fot. CBS

Fot. CBS

Jedyna słuszna para tego serialu – Wayne Rigsby i Grace Van Pelt (czyli drużynowy wesołek i idiota oraz średniego szczebla hakerka) od szóstego sezonu praktycznie przestali istnieć, żeby na koniec stać się postaciami pojawiającymi się gościnnie. Rigsby, którzy może nie wnosił za dużo do rozwiązywania spraw samych w sobie, niezaprzeczalnie dodawał serialowi uroku, co jest niezbędne, żeby nie umrzeć od naprawdę niezbyt ekscytujących mądrości służbistki Grace. Usuwając tych agentów, którzy were meant to be together, Bruno Heller złamał jedno z podstawowych przykazań: nie rozbijaj zgranych ekip serialu swego, jeśli szanujesz fana prawdziwego.

Łamiąc tą zasadę, Heller uznał, że Jason Wylie, młody analityk FBI, będzie idealnym zastępstwem dla Wayne’a. Te same maślane oczy, którymi wpatrywał się w młodą agentkę Vegę (z charakteru i wyglądu podobną – o dziwo! –- do agentki Van Pelt) budziły sympatię i sprawiały, że chciało się kibicować tej nowej, niedoszłej parze. Parze, która nie miała kiedy przestać sprawiać wrażenia tymczasowej – tak samo jak wszyscy nowi bohaterowie, którzy pracowali FBI. Półtora sezonu na przekonanie do siebie fanów to zdecydowanie za mało czasu – półtora roku w porównaniu z sześcioma latami spędzonymi ze znaną ekipą. Nawet Robert Patrick miał więcej czasu w Archiwum X. I jak to się skończyło?

Fot. CBS

Fot. CBS

Jedynym jasnym światełkiem w tym czarnym tunelu rozpaczy i wszechogarniającej miłości była postać, na którą można było liczyć zawsze i wszędzie. Nikt nigdy nie powiedział, że Człowiek, Który Się Nie Uśmiecha, nie może być największym pocieszeniem w każdym momencie. Kimball Cho (ale mówmy na niego Cho, używanie imienia brzmi sztucznie) był zdecydowanie jedną z najciekawiej skonstruowanych postaci w proceduralu, jaką miałam przyjemność znać. Nie dlatego, że był najbardziej poważnym, stoickim, sprawnym i zaczytanym stróżem prawa (bo był). Prawdopodobnie nawet nie dlatego, że był wiernym współpracownikiem i przyjacielem, gotowym skoczyć w ogień nawet za Patrickiem. Nie dlatego, że był tajemniczy – każda drobna informacja z jego życia była natychmiast dołączona do jego ołtarzyka uwielbienia – i prawie się nie odzywał. Nie, Cho był kapitalną postacią, bo się nie zmieniał, a było tak, bo nie musiał się zmieniać. Od początku był w pełni ukształtowanym bohaterem, który nie potrzebował wielkich przełomów w życiu, chociaż wszyscy zawsze shippowaliśmy go z kim się dało (Summer!). Chociaż teraz jak o tym myślę, to chyba chodziło o to, że czytał książki i siedział godzinami w samochodzie z Rigsbym zajadającym marchewki.

Cho był tym trzecim, który dotrwał do końca serialu, który w swoich ostatnich dniach stał się zwykłym proceduralem, bez sensownego motywu przewodniego. Wciąż bardzo przyjemnym (Simon Baker im starszy tym lepszy) i w jakimś sensie wciąż bardzo swojskim – wciąż mamy głównego bohatera, a przecież i jego Heller mógł zastąpić. Równia pochyła, która doprowadziła nas do radosnego ślubu, wesela i ogłoszenie przez Lisbon big news (małe Patryczki są już w drodze) była w gruncie rzeczy równią przyjemną. Bez szału (bo jak mogłoby być ekscytująco, skoro już nie ma narysowanych krwią redjohnowych buziek?), ale jeśli mogliśmy w ostatnich scenach zobaczyć Cho robiącego selfie i uśmiechającego (!) się na nim radośnie to hej – było warto!

The Mentalist
procedural
CBS, 2008–2015

Paulina Szadkowska

Psychofanka Alicji w Krainie Czarów, która do tej pory twierdzi, że jedynym słusznym serialem na tym świecie było Z Archiwum X (ale tak, ogląda też bardzo dużo innych, dziwnych rzeczy). Serialowe emocje zatrzymuje dla siebie, co kiedyś się źle skończy. Ogląda wszystko, od dziecka niezmiennie miłością darzy fantastykę, dinozaury i Indianę Jonesa, ale zawsze znajdzie czas dla wszystkiego co ma w sobie morderstwo, cyrk, skomplikowane i niezrozumiałe (głównie dla niej samej) analizy psychologiczne czy przystojną twarz. Przyszły stały bywalec SDCC, a obecnie studentka na pewnej dzikiej, krakowskiej uczelni.

Latest posts by Paulina Szadkowska (see all)