Kill’em All! (Supernatural, FINAŁ: S10E19-23)

Kill’em All! (Supernatural, FINAŁ: S10E19-23)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Czy mogę zacząć od marudzenia na finał? Mam dwie rzeczy, które bardzo mi się nie podobały. Otóż po pierwsze zdenerwowała mnie brawura Deana w ostatnich odcinkach. Pamiętasz rozmowę w miasteczku – mateczniku „Frankensteinów”? Mieszkaniec ostrzega przed nestorami rodu: „they’re practically gods around here”, na co Dean odpowiada ze swadą: „well, I kill gods”.

A potem mamy ten cały patent ze Śmiercią, który był w moim odczuciu niepotrzebny, przeszarżowany. Kain vol.2. Napisany dokładnie po to, żeby Dean mógł w finałowym epizodzie wygłosić kwestię „I killed Death”. Tak, właśnie po to, żeby później to „Zabiłem Śmierć- Dean Winchester” mogło się znaleźć na koszulkach, kubeczkach i na profilach fanów.

Nie zrozum mnie źle, sama przemiana Deana, upadek, walka z demoniczną stroną, wreszcie trafienie na chwilkę – w formie iluzji – do idealnego miejsca, do Czyśćca w którym można zabijać bez końca i bez konsekwencji, to wszystko było w porządku. Dean zmieniał się zgodnie z zasadami prawdopodobieństwa, aż do samego końca. Logicznie. Przeszedł na naszych oczach wszystkie etapy buntu i godzenia się z niemożliwą sytuacją. Ale teksty które rzucał, i czyny, których dokonywał – czy koniecznie musiały to być przegięte one-linery oraz pozbawianie życia postaci, stanowiących centrum, niewidzialną oś Supernaturalowej mitologii? Dla mnie to osłabiało, zamiast wzmacniać przekaz. Czy nie dało się inaczej?

Fot. The WB

Fot. The WB

Cathia: Powiem tak, oglądałam finał w towarzystwie osoby, która mnie w serial wciągnęła. Obie jesteśmy fankami, jednak obie miałyśmy na twarzach wymalowane takie wielkie znaki zapytania, a wino skończyło nam się w połowie odcinka, bo na trzeźwo się nie dało. Finał, podobnie jak cały dziesiąty sezon, był rozbity między totalnie przypadkową sprawą tygodnia, prowadzoną zresztą przez Deana z jakimś przypadkowym łowcą, do którego raczej nie zdołaliśmy się przywyczaić i którego śmierć nas zupełnie nie wzruszyła, a spotkaniem z ostatnią wielką postacią – Śmiercią. Który zresztą zachowuje się nieco out of character, bo normalnie wzrusza ramionami i odchodzi, tutaj jednak namawiał Deana cały czas do zabicia Sammy’ego i ogólnie brakowało mu jeszcze pomponów cheerleaderki.

Ja wiem, że Sam nie spocznie, jeśli będzie jakaś szansa uratowania Deana, i tak, jego zabicie to jedyna rozsądna opcja, ale dlaczego miałby to zrobić Dean? Tego nie mogę zrozumieć i to prowadzi mnie do następnego pytania – czy Śmierć naprawdę był Śmiercią? Nie chce mi się bowiem wierzyć w to, że tak łatwo można zabić tego, któremu kiedyś przyjdzie zabić Boga. Odmawiam uznania tego za kanon. Po prostu. Zwłaszcza że gdyby serial nie został przedłużony, ten odcinek byłby ładnym zakończeniem serialu, odwróceniem sytuacji z pierwszego odcinka. Tam Dean ocalił brata, tu go zabił, by ocalić świat. I mógłby odejść do jakiegoś innego wymiaru.

Pirjo: I druga rzecz, The Darkness. Znów zupełnie bez sensu i – jak sami zresztą przyznają – ex nihilo scenarzyści wyjęli z rękawa kolejne zagrożenie, kolejną Apokalipsę, której się nikt nie spodziewał. Odrobinę większą i starszą niż poprzednia. Poprzez zdjęcie klątwy Kaina uwolniony zostaje pierwotny mrok, taki który był związany i spętany przy początkach świata. Hej, jeśli istnieje jakiś Bóg w świecie Supernatural to jest to totalnie moment w którym powinien wyjść z szafy i wziąć do roboty! O aniołach nie wspominając. Jedyny plus, skrzydlaci wojownicy nareszcie dostaną jakieś stosowne zadanie i może się ruszą zza biurek. Jak dla mnie takie rozwiązanie było sztampowe, świadczy o lenistwie piszących ten serial, albo o braku wyobraźni.

Moim zdaniem z już rozdanych kart można było wydusić o wiele więcej, nie trzeba było sięgać po nową rzecz, nawet jeśli ma ona na celu wprowadzenie nas w kolejny sezon. Wątek czarownic, rzekomo najważniejszy w sezonie, okazał się pobocznym. Wątek ksiąg magicznych, stanowiących ciekawą przeciwwagę dla Tablic zamajaczył tylko w kadrze. Arcyinteresujący temat Man of Letters i ich dziedzictwa został ledwo liźnięty. Super-bohaterów, Kaina i Śmierć, zdmuchnięto z nadnaturalnej szachownicy jednym podmuchem kapryśnego wiatru. Metatron i Crowley byli epizodyczni, a przecież to na ich charakterkach zasadza się połowa uroku – i dramaturgii! – serialu. Wiesz, o co mi chodzi? Zamawiałam szarlotkę, jem szarlotkę, lubię szarlotkę, a tu nagle ktoś mi podstępnie serwuje ciastko z wiśniami. Smaczne, lecz dojmująco pozbawione jabłek. Nope.

Cathia: Dla mnie to po prostu jakieś nieporozumienie. Jasne, rozumiem, uporządkowanie chaosu to element obecny w tak wielu mitologiach, w Księdze Rodzaju również mamy oddzielenie Światła od Ciemności, ale na litość Kaina, przecież tutaj pojawia się to totalnie od czapy! I zabija połowę serialowej mitologii, na czele z sezonem piątym i kwestią wolnej woli. Rozumiem, że gdyby nie Znamię, Lucek nadal patrzyłby Bogu z uwielbieniem w stópki, a przy okazji leczyłby chore dzieci? NIE! Odmawiam uznania takiego zaprzeczenia wielkiego storyarcu, który uczynił Supernatural tym, czym jest. W dodatku patrząc na to, co się ostatnio działo z takimi pomysłami, Ciemność w pierwszym odcinku wcieli się w kogoś, najlepiej przypadkowego, choć podejrzewam podpakowaną Rowenę, a potem przez cały sezon będzie knuła w tle, od czasu do czasu pojawiając się w odcinkach z głównego wątku. Dick Roman się kłania.

Crowley cierpi na schizofrenię – zaledwie odcinek wcześniej miał piękny występ jako ten zły, a tutaj już wystarczy, że Castiel zatrzepocze firankami rzęs i powie „Proszę” i leci na zakupy. Których, dodajmy, Castiel dokonać nie mógł. Po co ktoś trzyma jeszcze tego janioła w okolicy, no po co? Ach, przepraszam, by mógł być cliffhanger. Szczerze – nie obchodzący mnie specjalnie.

Fot. The WB

Fot. The WB

Pirjo: Widzę, że obie jesteśmy rozczarowane finałem. To może spróbujmy złapać oddech i nieco się cofnąć czasie. Jeśli chodzi o odcinki wiodące do końca, ogromnie podobał mi się ten eksplorujący związki między Men of Letters i światem czarownic. Uwielbiam retrospekcje w Supernatural, a także podróże w czasie i przestrzeni. Dlatego odcinek z „magiczną kasetką” sprawił mi przyjemność. Tym bardziej że mogliśmy zajrzeć do wnętrza głów naszych bohaterów i dowiedzieć się, czego się boją, czego pragną, i co może ich zaprowadzić na krawędź zwątpienia i skusić do samobójczych myśli. Dowiedzieliśmy się też, że Znamię Kaina zwycięża wszystkie inne rodzaje czarów. Raz jeszcze wspomnę, że cudownie rozegrana została wycieczka Deana – z powrotem do krainy beztroskiego zabijania. A Tobie jak się podobał ten odcinek?

Cathia: Oj tak, tak! To był bardzo dobry odcinek, również dlatego, że pojawił się w nim znowu Cuthbert Sinclair, który mi się szaleńczo w poprzednim sezonie podobał, a który również szybko zakończył żywot! Teraz już wiemy, dlaczego nawet Ludzie Pisma odmówili mu współpracy i wcale się im nie dziwię.

Pirjo: Kolejny odcinek to ten o córce Castiela… no, technicznie córce Jimmiego, choć wraz z końcem epizodu można w sumie uznać, że dokonała się wtórna adopcja. Ta opowieść była dla mnie rodzajem wytchnienia, wzruszyła mnie relacja dziewczyny z Deanem, szczególnie w świetle wszystkich innych jego związków i znajomości tego typu na przestrzeni lat, to jak szybko się dogadali i jak łatwo on stał się dla niej mentorem i kumplem i może też kimś, w kim się docelowo można zakochać. Najbardziej jednak podobał mi się happy end – jak na warunki Supernatural śmierć matki jest niewielką stratą, szczególnie że zobaczyliśmy urywek kolejnego etapu jej istnienia, czyli obraz szczęścia i odpoczynku w Niebie. Sparowanie Claire Novak z szeryf Jody Mills sugeruje, że jeszcze spotkamy te postacie, i może nawet w żeńskim tandemie lub – hello, Donna – trio! Bohaterowie SPN giną ostatnio jak muchy, niebezpiecznie jest się kręcić w okolicy Sama i Deana, więc dobrze było dla odmiany obejrzeć odcinek o ocalałych. Dobrze, że ktoś nam jeszcze został do lubienia.

Cathia: Usilnie staram się zapomnieć o wszystkich odcinkach z Claire, naprawdę. Koszmarnie rozwydrzona głupia nastolatka, która naprawdę nie wiem jak dożyła tych osiemnastych urodzin, skoro cały czas trafia to na nieomalże alfonsa, teraz wchodzi do baru z nastawieniem, że przyjdzie i postraszy… to czarny charakter na pewno się przelęknie. Wątku Amelii nawet nie chce mi się komentować, choć cieszę się, że w Niebie spotkała swojego Jimmy’ego – partnera duchowego, bo jak pamiętamy z Dark Side of the Moon, tylko tacy mogą Niebo dzielić. Nie mam zielonego pojęcia, dlaczego Cas nie mógł jej uleczyć – jest coraz bardziej bezużyteczny. Jedyne, co zacne w tym odcinku, to nawiązanie do aniołów obserwatorów, grigori. Bardzo ładne uzupełnienie mitologii.

Fot. The WB

Fot. The WB

Pirjo: No i wreszcie, wiodąc nas do finału na ekranie pojawili się (Franken)Stynowie i śmierć, która najmniej mnie obeszła w tym sezonie – śmierć Charlie. W tym nudnawym odcinku, opowiadającym o nudnej rodzinie w nudnym miasteczku, podobała mi się tylko nonszalancka Rowena, trzymająca wszystkich w garści, i wyrazista akcja, w trakcie której znużony Dean zabija młodego, niewinnego nerda wyłącznie dlatego, że chłopak ma w sobie potencjalnie „złą krew”. To był taki statement, wiodący do zakończenia serii, odsłaniający bezradność bohatera, jego radykalizm, już tylko killing spree może go ukoić… nie, nie ukoić, ale po prostu zająć myśli i ciało, zaabsorbować. Ogólnie jednak była to kiepska historyjka. Taka pod hasłem „jakbyście jeszcze nie widzieli belki w waszym oku, przegapili drugą połowę sezonu i nie zauważyli, że Dean jest na krawędzi, to my wam to ponownie, wyraźnie pokażemy. Just in case”.

Cathia: Rowena – jak kiedyś Crowley – ratowała ten odcinek. Natomiast co do Charlie, to ja już nie mam słów. Nie lubiłam robienia z niej totalnej Mary Sue, rozumiem nerda i geeka, ale skakanie po pociągach i znajdowanie ksiąg, których nie może znaleźć jakaś starożytna mroczna rodzina, to już przegięcie. Ale załóżmy, że już mamy ową Marysię Sójkę i co? I głupie stworzonko wieje z bezpiecznego miejsca, zamiast po prostu założyć sobie słuchawki na uszy, ucieka do zamkniętego pomieszczenia bez drogi ewakuacyjnej, a do tego melduje się pod swoim klasycznym aliasem – wielkich postaci i nazwisk fantastyki. Do cholery, trochę konsekwencji w tworzeniu postaci!

Rodzina Styne’ów… no do jasnej cholery! Spodobał mi się wątek, ja mam np. słabość do Rodziny Królewskiej z Grimma, ale wprowadzanie na tym etapie takiego tematu z takim zakończeniem… Mamy więc „Frankensteinów”, eksperymentujących na swoich ciała od wieków, eksperymentujących z powodzeniem, stojących za krachem lat 30., dojściem Hitlera do władzy i 9/11. Słowem – mrok, zło i prawie że szmatan. Akurat na dwa odcinki. Potem wychodzi na scenę Dean i sprząta wszystko… Nie, nie, nie!!!

Pirjo: No właśnie, Dean stanowczo przegiął w tym sezonie z „trofeami”. Ale czas na podsumowania. Czy ten sezon miał sens jako całość? Czy ekscytujesz się na myśl o nadejściu Ciemności? Czy w następnym sezonie fokus przesunie się z Deana na Sama? Czy poznamy jakąś nową kategorię bytów, straszniejszą niż Lewiatany, która będzie reprezentować nowe Zło? Czy Rowena powróci? Czego się spodziewasz? Na co czekasz?

Cathia: Ten sezon się naprawdę kupy nie trzymał. Odcinki MOTW były znakomite, ale główny wątek rozłaził się w szwach, a zakończenie było z kapelusza. Dodatkowo, dwóch fan favorites – Castiel i Crowley – pętało się po uniwersum, nie robiąc właściwie nic. Na tym etapie lepiej byłoby ich chyba już jednak zabić. Co do Ciemności… Nie wierzę w straszliwe byty, gorsze niż Lewiatany, nie wierzę. Zresztą, pewnie Złem będzie Rowena, w końcu to ona w jakiś sposób Ciemność wyzwoliła. Nie wiem, czy na cokolwiek czekam, powiem Ci szczerze, bo nadal jeszcze nie przetrawiłam bezsensowności finału. Co to, na bogów, było?

Pirjo: Coś dziwnego i niestety niezbyt fajnego. Trzymajmy kciuki za pozytywne zaskoczenia i więcej spójności w nowym sezonie!

Supernatural
S10E19–23, emisja: 22.04.2015–20.05.2015

Pirjo Lehtinen
Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Cathia
Mól książkowy, zwierzę konwentowe, fangirl i Sheppardolożka. Wielbicielka czarnych charakterów, na czele z pewnym Królem Piekieł o brytyjskim akcencie. Kilka lat temu dosyć niespodziewanie zapadła na chorobę o nazwie Supernatural i modli się, by nigdy nie znaleziono na to leku. Aktywny członek fandomu od co najmniej 16 lat. W wolnych chwilach zajmuje się rękodziełem, robiąc kartki o fantastycznej tematyce, ostatnio zaczęła również pisać supernaturalowego bloga.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)