Fot. HBO

Weird fiction w serialu Detektyw (True Detective, S01)

Artykuł zawiera spoilery.

Detektyw to serial, który zyskał błyskawiczną popularność, stając się kolejnym dużym sukcesem HBO. Stacji, która przyzwyczaiła nas, że oprócz epatowania seksem i przemocą serwuje w swych produkcjach dobry poziom aktorstwa i wysoki poziom realizacji. Detektyw oczywiście takowe walory posiada. Ale nie to przesądziło o jego sukcesie, a przede wszystkim świetna opowieść i sposób jej podania. Twórcy serialu Nic Pizzolatto oraz Cori Joji Fukunaga, prezentując historię kryminalną, odwołali się do klasyki weird fiction i świadomie wykorzystali gatunek aby całość pogłębić i uczynić jeszcze bardziej fascynującą. Dzięki temu co odcinek mogliśmy doszukiwać się tropów, dywagować na temat rozwoju wydarzeń i chłonąć atmosferę niesamowitości.

Aby mówić jednak o weird fiction w kontekście Detektywa musimy zacząć od teorii. Będę się opierał na definicji, jaką przedstawił H.P. Lovecraft w swym eseju Nadnaturalny horror w literaturze. Jest to bowiem nadal, mimo 90 lat, jakie minęły od publikacji, chyba najlepszy i najpełniejszy opis gatunku. Lovecraft we wstępie do eseju tak pisze o weird fiction.

Naprawdę niesamowite opowieści (Weird tales) to coś więcej niż historie o tajemniczych mordercach, skrwawionych kościach, czy postaciach w prześcieradłach podzwaniających łańcuchami. Wyróżnia je szczególna, zapierająca dech w piersiach atmosfera zagrożenia, której naukowo, posługując się racjonalną logiką, nie można wyjaśnić, nieznane, niepojęte moce, wreszcie zagadnienie dla grozy podstawowe: wyrażona z całą powagą i złowrogością najstraszliwsza koncepcja ludzkiego umysłu: zawieszenie tych niezmiennych praw natury, które są naszą jedyną ochroną przed atakami chaosu i demonów z pozaziemskich przestworzy.

H. P. Lovecraft „Nadnaturalny horror w literaturze”, Fantasmagoricon, Warszawa 2008, s.10

Jak widzimy, w myśl tejże definicji kluczowe są atmosfera, nieznane i niepojęte moce oraz zawieszenie obowiązujących praw natury. Ten opis oddaje dość dokładnie ducha czegoś, co zwykło się nazywać „horrorem kosmicznym” i kojarzyć właśnie z samym Lovecraftem. Ale możnaby się zacząć zastanawiać, czy i ewentualnie w jakim stopniu serial mieści się w ramach tej definicji. Zanim więc przejdziemy dalej przytoczę dalszy fragment wstępu do Nadnaturalnego horroru w literaturze, który wydaje mi się nawet lepiej oddawać ducha tego jak ja pojmuję weird fiction.

Jedynym więc realnym sprawdzianem niesamowitości jest to, czy opowieść budzi u czytelnika głębokie uczucie bojaźni, stwarza kontakt z nieznanymi sferami i mocami, wywołuje pełne zadumy słuchanie, jakby łopotu czarnych skrzydeł, pozwala dostrzec obcy wszechświat.

H. P. Lovecraft „Nadnaturalny horror w literaturze”, Fantasmagoricon, Warszawa 2008, s.11

W myśl takiego ujęcia tematu kluczem i elementem niezbędnym nie jest wcale obecność nieznanych mocy, a wystarczy odpowiednio zbudowana atmosfera, która mu wzbudzać lęk, kreować poczucie niesamowitości i obcowania z nieznanym. I patrząc z tego punktu widzenia możemy zauważyć, że twórcy serialu nie tylko wykorzystali odniesienia do klasyki, ale także konsekwentnie budowali atmosferę typową dla najlepszych dzieł weird fiction. A aby taki efekt osiągnąć wykorzystali szereg różnych elementów i zabiegów, których połączenie przesądziło o końcowym sukcesie.

Pierwszym z elementów jest lokalizacja. Nic Pizzolatto pochodzi z Luizjany i postanowił wykorzystać jej krajobraz i znajome otoczenie, aby wykreować atmosferę niesamowitości. Luizjana to teren dość zróżnicowany. Łączy się tu ocean z lądem, mamy bagniska, karłowate lasy, podmokłe tereny. Do tego ze względu na obecność ropy ten niezbyt przyjazny do życia teren stał się dość silnie uprzemysłowiony. Ale wybierając miejsce akcji twórcy chcieli także wykorzystać zniszczenia, do jakich doszło w trakcie huraganu Katrina, o którym odnajdziemy liczne wzmianki w samym serialu. Klęska, jaka dotknęła Nowy Orlean i okolice, spowodowała, że część terenów się wyludniła, a niektórych obiektów w ogóle nie przywrócono do stanu używalności. I to specyficzne połączenie dzikiej przyrody, ciężkiego przemysłu i po części zdegradowanej na skutek pohuraganowych zniszczeń okolicy świetnie buduje atmosferę. A twórcy, doskonale zdając sobie z tego sprawę, często korzystali z szerokich ujęć prezentujących lokalizacje w pełnej krasie.

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Na tym jednak nie poprzestano i w trakcie rozwoju opowieści przyjdzie nam odwiedzić wiele fascynujących miejsc. Czasem wykreowanych na potrzeby serialu, jak choćby spalony kościół, w którym detektywi odnajdują tajemnicze malowidła. Kościół, który stworzono od zera, w specjalnie wybranej lokalizacji (która miała łączyć przyrodę z terenem przemysłowym). Innym przykładem jest posiadłość Errola Childressa z ozdobioną niepokojącymi rysunkami szopą i domem, którego wystrój bardzo mocno skojarzył mi się z tym, jak Tobe Hopper zaprezentował domostwo kanibali w Teksańskiej masakrze piłą mechaniczną. Ale wykorzystano także obiekty istniejące, dostosowując je tylko do potrzeb serialu, jak w przypadku sekwencji w szkole na Pelican Island (w tej doskonałej scenie udało się twórcom wykreować bardziej namacalną atmosferę grozy i przerażania niż w wielu horrorach), czy Fortu Macomb, w którym stworzono specyficzną świątynię ku czci Króla w Żółci.

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Elementem, który chyba jednak najsilniej oddziaływał na wyobraźnię i był najszerzej dyskutowany, było zaprezentowanie ofiar, głównych antagonistów oraz całej masy różnorodnych przedmiotów. I możemy to zaobserwować już na początku serialu, kiedy detektywi badają miejsce zabójstwa Dory Lang. Wszystko jest tu (i w przypadku pozostałych miejsc zbrodni) podporządkowane zbudowaniu atmosfery niepokoju, grozy i zasugerowaniu istnienia „czegoś więcej”. Ofiary są upozowane z wykorzystaniem korony z gałązek oraz rogów (motyw, który będzie powracał i który jest łączony z obchodami święta Mardi Gras) i oznaczone poprzez namalowania na ich ciele tajemniczego symbolu.

Malowidła to zresztą kolejny motyw, jaki twórcy wykorzystują w kreowaniu poczucia niesamowitości. Widzieliśmy je na szopie Childressa, Rust znalazł je w szkole na Pelican Island, a jeden z większych rysunków odnaleziono w spalonym kościele. Sprawdza się to znakomicie, bo tak naprawdę znaczenia większości z nich nigdy nie poznajemy, co zostawia pole do snucia własnych teorii.

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Ale już w pierwszym odcinku pojawia się motyw charakterystyczny dla całości serialu, czyli pułapki na ptaki. Czy jak w trakcie rozmowy z detektywami mówi pewien pastor – „Pułapki na diabły”. Co ciekawe w tym samym dialogu pastor opowiada, że dowiedział się o tym od babki, ale dodaje, że „ona miała santerię w sobie”, wskazując tym samym pewne związki z religią i wierzeniami ludowymi. Pułapki na ptaki, swoisty podpis morderców, będą nam towarzyszyć do samego końca. Za ich wygląd odpowiadał Joshua Walsh, który przy ich tworzeniu bazował na oryginalnych cajuńskich przedmiotach. A jeżeli ich wygląd kojarzy się Wam z leśnymi artefaktami z Blair Witch Project, to nie są to skojarzenia bezpodstawne, bo zarówno twórcy filmu o wiedźmie z Blair, jak i Pizzolatto, jako źródło swych inspiracji wskazywali opowiadanie Karla Edwarda Wagnera Stick. Tekst, który także jest przez niektórych zaliczany w poczet weird fiction jako przedstawiciel opowieści bazujących na mitologii Cthulhu.

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Pułapki na ptaki pojawiają się wielokrotnie, a poprzez konotację „rzeźba-morderstwo” budzi to narastającą grozę. Co ciekawe, w finałowej sekwencji w Forcie/Carosie możemy zaobserwować swoistą eskalację zjawiska. Elementy, które widzieliśmy do tej pory w skali mikro, teraz obejmują powierzchnię całych korytarzy, budując poczucie zagrożenia i niesamowitości, i znajdując kulminację przy ołtarzu ku czci Króla w Żółci.

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Wspomniałem jednak o antagonistach i także sposób ich przedstawienia wpisuje się w tę konsekwentnie budowaną atmosferę grozy. Spójrzmy na pierwsze pojawienie się Reggie’ego Ledoux. W masce przeciwgazowej, wytatuowanego, w bieliźnie i z maczetą w dłoni (na marginesie genialnym zabiegiem było moim zdaniem wprowadzenie go w finale trzeciego odcinka i powrót do tego wątku dopiero w odcinku piątym, dając widzom sporo czasu na snucie najbardziej makabrycznych wizji z nim związanych). To samo się tyczy Errola Childressa, którego pierwsze pojawienie się jako zidentyfikowanego antagonisty nastąpiło dopiero w finale, ale ukazanie go ze skaryfikacją na karku, w makabrycznym otoczeniu, nadało całości bardzo silnego wyrazu.

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Ta konsekwentnie budowana atmosfera niesamowitości została rewelacyjnie spotęgowana i podkreślona dzięki wykorzystaniu nawiązań dla klasyki literatury weird fiction. A te pojawiają się bardzo wyraźnie już w drugim odcinku serialu, kiedy detektywi odnajdują notatki Dory Lang, w których znajdują odniesienie do Carcosy. Mitycznego miejsca, które pojawiło się po raz pierwszy w opowiadaniu Ambrose Bierce’a z 1886 roku Mieszkaniec Carcosy (u nas można je znaleźć w zbiorze Czy to się mogło zdarzyć?). U Bierce’a Carcosa to upadłe miasto, kiedyś potężne i pełne chwały, ale teraz prezentowane już po jego upadku. Samo słowa Carcosa było (i jest) jednak wykorzystywane przez wielu autorów, oznaczając czasem miasto, czasem jakieś tajemnicze miejsce. Jak u Roberta W. Chambersa w jego cyklu o Królu w Żółci, do którego to cyklu w serialu znajdziemy najwięcej odniesień.

Fot. Wydawnictwo C&T

Fot. Wydawnictwo C&T

Chambers w 1895 roku wydał zbiór opowiadań, pośród których znalazły się cztery teksty tworzące nieformalny (nie są bowiem połączone ani fabularnie, ani poprzez główne postaci) cykl o „Królu w Żółci”. W skład cyklu wchodzą Naprawiacz reputacji, Maska, W smoczym dworze oraz Żółty Znak. To, co łączy wszystkie te teksty, to atmosfera niesamowitości i grozy związana z dramatem Król w Żółci, księgą, która potrafi doprowadzić do szaleństwa. U Chambersa znajdziemy zaledwie parę jej opisów jak choćby dwa fragmenty prezentowane poniżej.

Nieziemskie te wersy nie gwałcą żadnej konkretnej zasady, nie głoszą żadnej doktryny, nie urągają żadnym przekonaniom. Nie sposób je ocenić wedle jakichkolwiek znanych norm, a jednak, choć powszechnie uznano, że w „Królu w Żółci” znać sztukę najwyższych lotów, to zapanowało przeświadczenie, że ludzka natura nie zdoła znieść budowanego w nim napięcia ani rozkwitnąć, karmiąc się słowami, które sączą truciznę w najczystszej postaci.

To dzieło dotyka wielkich prawd – powiedziałem.
Tak – odrzekł – „prawd”, które doprowadzają ludzi do obłędu i rujnują im życie.

Robert W. Chambers „Król w żółci” C&T, Toruń 2014, s.10, s. 31

Chambers nie tylko ograniczył do minimum opis księgi, ale zaprezentował w opowiadaniach zaledwie dwa jej fragmenty. Pierwszy z nich, przytoczony poniżej, możemy znaleźć zacytowany w zeszycie Dory Lange, a fragment o czarnych gwiazdach i Carcosie będzie w trakcie opowieści powracał wielokrotnie.

Chmur fala za falą po niebie goni,
Dwa słońca gasną w jeziora toni
I cień wydłuża się
Już w Carcosie.
Przedziwne noce czarne gwiazd rodzą,
Przedziwne księżyce po niebie brodzą,
Dziwniejsza wszak sama
Jest Carcosa.
Hiad pieśni umrą niewysłuchane,
Gdzie wicher Królewskiej szaty łachmanem
Targa wśród mroku i
Mgieł Carcosy.
O, pieśni mej duszy, już martwy mój głos,
Podzielisz i ty niewlanych łez los,
Co zginą i umrą tak
Jak Carcosa.
Pieśń Cassildy z Króla w Żółci, Akt I, scena 2.

Robert W. Chambers, „Naprawiacz Reputacji”, C&T, Toruń 2014, s. 5

Fot. HBO

Fot. HBO

Odniesienie do drugiego fragmentu, choć z perspektywy historii opowiedzianej w Detektywie mniej znaczące, także w serialu się znalazło. I to w trakcie finałowego starcia Rusta z Childressem, kiedy ten drugi mówi: „Zdejmij maskę, kapłanie”.

Camilla: Powinieneś, panie, zdjąć maskę.
Nieznajomy: Doprawdy?
Cassilda: Doprawdy, już pora. Wszyscyśmy wyzbyli się przebrania prócz pana.
Nieznajomy: Jestem bez maski.
Camilla: (Przerażona, na boku do Cassildy) Bez maski? Bez maski!

Król w żółci, Akt I, scena 2
Robert W. Chambers, „Maska”, C&T, Toruń 2014, s. 43

Ale Nic Pizzolatto nie serwował nam tylko oczywistych nawiązań. W serialu nie ma mowy, przynajmniej wprost, o ważnym elemencie łączącym opowiadania z cyklu Król w Żółci, czyli o Żółtym Znaku. Znaku, który u Chambersa opisany jest w następujący sposób:

każdy (…) otrzymał Żółty Znak, którego żadna żyjąca istota ludzka nie ośmieli się zlekceważyć.

Robert W. Chambers, „Naprawiacz Reputacji”, C&T, Toruń 2014, s. 35

(…) ze złotą inkrustacją dziwnego symbolu bądź litery. Znak ten nie pochodził z pisma arabskiego, ani chińskiego, ani, jak się później dowiedziałem, z żadnego ludzkiego języka.

Robert W. Chambers, „Żółty Znak”, C&T, Toruń 2014, s. 90

Jeżeli spojrzymy na powyższe cytaty, widzimy, że Żółty Znak wyróżnia wyznawców, poddanych Króla w Żółci.  Łącząc ten fakt z tym, co mówi Reggie Ledoux („Dzieci Króla zostały naznaczone jako anioły”), myślę, że z dużym prawdopodobieństwem możemy założyć, że spirala, którą znaczone są ofiary/wyznawcy to nic innego jak Żółty Znak.

Co ciekawe twórcy, cytując i nawiązując do klasyki, potraktowali ją jako fundament do zbudowania własnej opowieści. Wykorzystując motywy Króla w Żółci, Carcosy, Żółtego Znaku wykreowano wokół nich mroczny kult składający Królowi ofiary z kobiet i dzieci. Pizzolatto nie poprzestał także na odniesieniach i starł się całość rozbudować, czego ślady widzimy wielokrotnie w trakcie prowadzonego przez detektywów śledztwa. Jak choćby w rozmowie z Reggie’em Ledoux, kiedy mówi on: „Zamknąłem oczy i zobaczyłem idącego przez las Króla w Żółci” albo w trakcie spotkania z służącą Sama Tuttle, która w uniesieniu zaczyna majaczyć: „Widział pan Carcossę? To ten, co pożera czas. Jego szatą jest szept niewidzialnych głosów. Radujcie się. Śmierć nie jest końcem. Poznałeś Carcosę. Raduj się!” Wszystko to z jednej strony wpływa na całość symboliki serialu, z drugiej, dzięki spójnie wykreowanej atmosferze i konsekwentnie współgrającym ze sobą elementom, daje nam poczucie obcowania z mocami, których rozumem do końca objąć się nie da. Oczywiście, mogą to być po prostu szaleni kultyści, ale co jeżeli za tym stoi coś więcej?

Mówiąc jednak o weird fiction w kontekście serialu, warto wspomnieć, że twórcy cały czas, nawet poprzez pozornie nieistotne elementy, bardzo konsekwentnie budują atmosferę niesamowitości. I, co ważne, umiejętnie grają niedopowiedzeniem. Spójrzmy np. na scenę z pierwszego odcinka, kiedy najpierw słuchamy monologu Rusta o świadomości, a wkrótce potem do przejeżdżających detektywów macha mała dziewczynka. A Rust mówi: „Marty, wierzysz w duchy?” Czy to przejaw tego, że widzi on więcej? Czy może to tylko zwykła dziewczynka? Albo kiedy Marty znajduje w pokoju swoich dziewczynek lalki upozowane na coś, co wygląda jak scena gwałtu. Patrząc przez pryzmat tego, czego dowiadujemy się dalej na temat działania kultystów w szkołach, czy to oznacza, że córki detektywa miały z nimi bezpośrednią styczność? Czy może zostały podpuszczone przez inne nastolatki? Albo zdjęcie nieletniej Dory Lang w otoczeniu konnych, ubranych w stroje kultystów. A może to stroje typowe dla wiejskiego Mardi Gras? Takich elementów mamy całkiem sporo i kapitalnie działa to, że twórcy nie próbują ich na siłę wyjaśniać, dając widzowi możliwość interpretacji. W końcu ludzka wyobraźnia może często wykreować wizje straszniejsze niż rzeczywistość. Zresztą Pizzolatto świetnie o tym wie, co widać w genialnym rozegraniu scen z odnalezionym nagraniem z rytuałów kultystów. Nagraniem, którego nigdy nie jest nam dane obejrzeć. Możemy jednak obserwować siłę jego oddziaływania na tych, którzy je oglądają. I działa to na widza znakomicie. A to nadal nie wszystko. Twórcy wielokrotnie jeszcze bardziej próbują namieszać widzom w głowie. I to z wykorzystaniem ciężkich dział, czyli filozofii.

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fot. HBO

Fakt, że Rust Cohle często prowadzi monologi i dialogi o silnym nacechowaniu filozoficznym, dość szybko spotkał się z zarzutem, że to próba uczynienia zwykłego kryminału ambitniejszym i zabieg przygotowany pod nagrody. Absolutnie się nie zgadzam z takim podejściem. Twórcy faktycznie świadomie zastosowali ten element, ale celem nie był tani poklask.

Rust, odwołując się do klasyków filozofii pesymistycznej z Nietzsche i Schopenhauerem na czele, jawi się na nam jako postać pozbawiona złudzeń co do otaczającej go rzeczywistości. Choć sam uważa siebie za realistę i nie postrzega swojego podejścia do życia w kategoriach pesymistycznych. W serialu pojawiają się trzy bardzo ważne monologi/dialogi filozoficzne. Pierwsze dwa – monolog Rusta o świadomości i iluzji świadomości, w którym sugeruje on, że istnienie, wolna wola i poczucie tego, że żyjemy, to iluzja, którą lubimy się karmić, oraz dialog z Martym na temat religii, w którym przyrównuje on wiarę do wirusa tłumiącego myślenie – mają na celu kreację atmosfery typowej dla horroru kosmicznego i wzbudzenie u widza niepokoju i lęku. Czyż bowiem sugestia, że nasze życie to iluzja, nie powoduje podskórnego strachu? Trzeci – o czasie jako spłaszczonym kole, o tym, że wszystko, co przeżyliśmy, wraca i będzie się powtarzać w kółko, teoretycznie zawiera mniejszy ładunek negatywny. Ale sposób jego wprowadzenia jest obliczony na grozę w czystej postaci. Wszystko przez to, że monolog o tym, że wszystko wraca, Rust wygłasza, wspominając moment, w którym uratowali dzieci od Reggie’ego i Dewalla Ledoux. Dodając, że fakt, że dzieci zostały uratowane, nie przyniesie im ulgi, bo całe cierpienie, jakiego doznały, będzie do nich wracać po wieczność. W zestawieniu z tym, że nie wiemy, co tak naprawdę dzieci spotkało, i przez to wyobraźnia podpowiada nam najstraszniejsze rzeczy, ten monolog działa jak celnie wymierzony w widza pocisk.

Ale przedstawienie Rusta jako twardo stąpającego po ziemi realisty ma bardzo ciekawe konsekwencje w zestawieniu z tym, że jest to jedyna postać w serialu, która doświadcza rzeczy mogących uchodzić za nadnaturalne. Jak choćby widok symbolu (Żółty Znak), który układa się z ptaków przy spalonym kościele. I z jednej strony możemy przyjąć, że to zwidy mózgu uszkodzonego narkotykami. Rust przecież sam wspomina, że z zażywania narkotyków w okresie pracy pod przykrywką w jego mózgu zaszły nieodwracalne zmiany powodujące to, że czasem ma zwidy. Wspomina jednak również, że zawsze wiedział, kiedy ma halucynacje. I wtedy ich nie miał. Czy zatem Rust jako jedyny dostrzegał prawdziwą naturę świata? Co ciekawe, takie podejście jest swoistym odwróceniem konstrukcji typowego bohatera weird fiction. W klasycznym podejściu zaczyna on jako „zwykły człowiek” i dopiero na skutek wydarzeń, które się stają jego udziałem, opada kurtyna przysłaniająca rzeczywistość, a poznanie prawdziwej natury rzeczy doprowadza go na skraj szaleństwa. W Detektywie Rust przechodzi niejako drogę odwrotną, zaczynając jako pozbawiony złudzeń realista i sceptyk, przechodzący swoiste katharsis po konfrontacji z Errolem Childressem. Katharsis, które skutkuje iskierką nadziei. Najpierw symbolicznie, jako flara sygnalizująca pojawienie się wsparcia dla umierających detektywów, potem w finałowym dialogu z Martym, gdzie Rust mówi: „Kiedyś była tylko ciemność. Teraz mamy też gwizdy ją rozświetlające, zatem moim zdaniem światłość wygrywa”.

Fot. HBO

Fot. HBO

Ta przemiana była zresztą jednym z bardziej krytykowanych elementów, co dla mnie jest o tyle zaskakujące, że taka iskierka nadziei w moim odczuciu wcale nie zmienia nastawienia Rusta do świata. To nadal miejsce, które potrzebuje „złych ludzi, aby chronili świat przed tymi gorszymi”. Zresztą finał głównego wątku też był przez wielu oceniony negatywnie. Narzekano, że po tym, jak przez siedem odcinków twórcy budowali atmosferę niesamowitości i grozy, wszystko zostało sprowadzone do paru świrów. Nie mogę się zgodzić z tego rodzaju argumentacją, bo dla mnie finał jest konsekwentną pointą tej historii, która utrzymuje klimat zagrożenia do samego końca. W końcowych sekwencjach widzimy, jak w wiadomościach pojawia się wzmianka, że senator Tuttle zaprzeczył związkom mordercy z jego rodziną, co jednoznacznie wskazuje, że kultyści zaczęli już działać. Organizacja nie została rozbita, straciła wiernego i efektywnego członka, ale należy przypuszczać, że będzie funkcjonować dalej. I dalej będę ginęły kobiety i dzieci. Tym bardziej, że nie wiemy nawet, jak daleko w przeszłości ten mroczony kult się rozpoczął. Służąca Sama Tuttle wspominająca Carcosę pracowała u niego 40 lat temu. A Childress mówi w pewnym momencie „Moja rodzina żyje tu od bardzo, bardzo dawna”.

Fot. HBO

Fot. HBO

Jak widzimy, Detektyw nie ogranicza się do prostego ogrywania nawiązań do klasyki. To autorskie dzieło i spójna opowieść, którą. jak sądzę, śmiało możemy w wielu momentach zaliczyć do nurtu weird fiction. Spójrzmy zresztą na cytat, który świetnie podsumowuje charakterystyczne dla gatunku elementy, jakie w serialu znajdziemy:

Posążek, bożek, fetysz – cokolwiek to było – wpadł w jego ręce kilka miesięcy wcześniej podczas najazdu na otaczające Nowy Orlean lesiste bagna, będące jakoby siedliskiem obrzędów wudu; odprawiane tam rytuały okazały się tak osobliwe i odrażające, że policjanci rychło zdali sobie sprawę, iż mają do czynienia z wyjątkowo mrocznym, a przy tym nieznanym kultem, nieskończenie bardziej diabolicznym niż najczarniejsze afrykańskie wudu.

Celne podsumowanie, tylko to nie opis produkcji, a fragment jednego z najciekawszych opowiadań klasyka gatunku, Zewu Cthulhu H.P. Lovecrafta (Vesper, Poznań 2012, s.99).

Tekst ukazał się po raz pierwszy na blogu Jerry’s Tales.

True Detective
crime drama
HBO, USA, 2014–

Michał Rakowicz

Michał „Jerry” Rakowicz – miłośnik horroru, kryminału i fantastyki w niemal każdej postaci, nieustannie walczący z pokusą dokupienia kolejnej książki, komiksu czy filmu do systematycznie puchnącej kolekcji. Na co dzień pisze na swoim blogu Jerry's Tales (jerrystales.blogspot.com), udziela się w licznych projektach podcastowych i jest redaktorem serwisu Carpe Noctem.

Latest posts by Michał Rakowicz (see all)