Fot. Lifetime

Test pilota (Wayward Pines, The Whispers, Aquarius, Stitchers, UnReal, Sense8)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery z pilotów seriali.

Czasem, gdy w telewizyjnej ramówce następuje wysyp premier, zupełnie to ignoruję, wręcz unikam pogoni, tego niezdrowego fermentu, odrzuca mnie nagły nadmiar. Wolę przeczekać i zobaczyć, co zostanie na placu boju, co się uchowa, gdy opadnie kurz. O których serialach się będzie nadal mówić, które mnie zaintrygują swoją otoczką, wygłoszonymi opiniami.

Innym razem, tak jak teraz, mam ochotę wysforować się przed szereg, dać szansę nowym treściom, zanim dotrą do mnie jakiekolwiek refleksje znajomych, i pierwsza rzucam się w wir, jestem w awangardzie, oglądam hurtowo, w nadziei że coś przykuje jednak moją – nieskażoną krytyką – uwagę. Szanse są zwykle mizerne, choć tym razem kilka tytułów zadowalająco przeszło „test pilota”. Poza tym: doświadczenia kształcą. I warto się nimi dzielić! No to jedziemy.

Z nowinek obejrzałam piloty The Whispers i Wayward Pines. Obydwa seriale to produkcje z dreszczykiem, dość przemyślane i na pewno znajdą swoją publiczność, ale dla mnie pod wieloma względami sztampowe i nudne, na krawędzi ziewania. Obydwa podejmują tematy z miejskich legend, można je porównać do dziesiątek innych tytułów z ostatnich lat, obydwa są toporną, pozbawioną polotu, zachowawczą zbieraniną popkulturowych tropów. Wayward Pines – obejrzałam trzy odcinki – to daleki kuzyn Twin Peaks pozostający pod mocnym wpływem Under the Dome, filmu Truman Show, a może nawet w relacji z bajkowym Storybrooke. Bohater, super tajny agent szukający innych, zaginionych super tajnych agentów trafia do dziwnego, pozornie idyllicznego miasteczka, w którym czas płynie wolniej (czary!), mieszkańców łączy jakaś konspiracja, inwigilacja, wspólne tajemnice, a na dokładkę z tytułowego Wayward Pines nie można się wydostać, raz się tam wlazło i już nie ma ucieczki. W pakiecie dostajemy policjantów, szeryfa, bar z barmanką, nastolatków w szkole, lokalny szpital, krezusów i złoczyńców. Klasykę gatunku. Sekrety się mnożą, mnożą się niewyjaśnione zbrodnie, las otaczający miasto jest mroczny i mityczny, mieszkańcy tylko z pozoru przyjaźni, nauka pokazana jest jako rodzaj magii: nie ma znaczenia, czy to dziwne miejsce okaże się tajnym, rządowym eksperymentem czy wynikiem działania nadnaturalnych sił.

Fot. Fox

Fot. Fox

Nawet Matt Dillon, ba, nawet Juliette Lewis nie ratują dla mnie serialu, przy którym mam wrażenie, że widziałam go już wiele razy, i że nigdy dotąd nic sensownego z tego nie wynikło. Solidna rzecz, choć bez iskry oryginalności. Ale powtórzę: solidna, ładna, da się oglądać, może się spodobać osobom, które dotąd niczego w tym stylu nie oglądały, więc dam jeszcze trochę szansy, obejrzę kolejny epizod. Niemniej ten serial nie jest moim wakacyjnym priorytetem.

Fot. ABC

Fot. ABC

To samo z mocno przereklamowanymi The Whispers. Tu motywem przewodnim jest „wymyślony przyjaciel”, który naprawdę istnieje i komunikuje się z dziećmi, rzecz jasna w złowrogich celach, prowadząc z nimi grę, która wiedzie do tak ponurych rezultatów, że serią dziwnych zdarzeń interesuje się policja i ekspertka od spraw związanych z przestępczością nieletnich, główna bohaterka serialu, grana przez Lily Rabe. Oprócz zagadki nadnaturalno-kryminalnej mamy też w pilocie drugi niesamowity wątek: rozbity samolot, rozbitka z tegoż samolotu, i znów coś, co może być fenomenem naukowym, a może magicznym, lecz w gruncie rzeczy jest po prostu tym samym co zwykle, czyli zlepkiem banalnych tajemnic ubranych w (póki co) mało odkrywczą formę.

Serial teoretycznie powinien mi się podobać, bo jest oparty na opowiadaniu Raya Bradbury’ego, jednego z moich ulubionych pisarzy. A na dodatek lubię opowieści o nawiedzonych czy przerażających dzieciach. Jednak coś tu nie działa, przynajmniej w pilocie. Duchy, światło, podróże w czasie i przestrzeni, policja i wojsko, to już było. Sposób podania daleki jest od oryginalności. Postacie sztampowe i schematyczne. Ale, jak mówię, jest przyzwoicie, starannie, rzemiosło które ma szansę dobrze się sprzedać. Po prostu ja już jestem tym stylem znudzona. On już mnie nie nęci.

Chyba, że twórcy dorzucą coś ekstra, puszczą oko, zabawią się konwencją. Having said that, zauroczyłam się pilotem Stitchers. To bardzo rzadki typ serialu: totalnie głupawa fabuła (słowo bonkers przychodzi na myśl jako pierwsze), o eony głupsza od wymienionych przed momentem The Whispers i Wayward Pines, taka w stylu The CW a nie ABC, które serial wydało na świat, ale za to wiodącą rolę gra tu genialna, cudowna bohaterka, która zdobyła mnie od początku i, jak to czasem bywa, tylko dla niej będę rzecz dalej oglądać z niesłabnącą – miejmy nadzieję – przyjemnością. Co więcej, serial błyskawicznie trafił do Top 3 moich najlepszych nowych tytułów, mini-rankingu, który niniejszym rozpoczynam, przyznając Stitchers brązowy medal.

O co chodzi fabularnie? Hmm… czy naprawdę chcecie wiedzieć? No dobra.

Fot. ABC

Fot. ABC

Grupa naukowców na usługach FBI pracuje nad tajnym projektem. Otóż wyobraźcie sobie, że zagadki kryminalne można rozwikłać hakując wspomnienia zmarłych osób, włamując się do ich świeżo wygasłych umysłów przy pomocy żywej świadomości. Jeśli przełkniecie tę bolesną dla poczucia prawdopodobieństwa i sensu pigułkę, reszta pójdzie jak z płatka. Nowym rekrutem raczkującego projektu jest doktorantka – zawieszona zresztą w prawach studenta – cierpiąca z powodu schorzenia mózgu które sprawia, że ma zaburzone poczucie czasu, a w zasadzie w ogóle nie czuje jego upływu. W tym konkretnym wypadku niezwykła wada okazuje się zaletą. Tajni agento-naukowcy szantażują dziewczynę, a ona zgadza się im pomóc i trafia do bazy ukrytej głęboko pod ziemią, przypominającej wszystkie najbardziej sztampowe tajne bazy, takie, do których się wchodzi przez chińską restaurację…nie żartuję… i natychmiast, bez żadnego przeszkolenia, zostaje przetestowana, wrzucona do cudzego umysłu. Hej, zamysł jest tak głupawy, że gdyby nie ironiczna postawa bohaterki, byłby nieznośny.

Ale bohaterka sama kwituje nam co słabsze rozwiązania face palmami i zgryźliwym „seriously?”, więc my już nie musimy się trudzić. I jeszcze wrzucono nam w pilota wątek personalny – ojciec dziewczyny właśnie zginął, policja ocenia że to było samobójstwo, ale nasza młoda geniuszka ma inne zdanie. Czy dość wyraźnie napisałam, że właśnie zmarł? Konkluzję odcinka znamy zanim dojdziemy do jego połowy. Ach, i jest jeszcze nerd-naukowiec, który przed zanurzeniem Kirsten w zbiorniku z cieczą (deprywacja sensoryczna, wiadomo) deklaruje „Trust me!”, podczas gdy wcześniej chciał, żeby mu dziewczyna wymieniła z pamięci „nazwiska wszystkich aktorów, którzy grali Doktora”. I amant ten nosi fryzurę „na Matta Smitha” oraz koszulę w kratę. Hej, czy tylko mi się zdaje, że fanowanie DW jest w amerykańskiej popkulturze nowym wyznacznikiem „wyższego stopnia wtajemniczenia w geekowstwo”, takim kodem, którego użycie w mainstreamie pokazuje, jak bardzo ta ekskluzywność już nie działa w rzeczywistym świecie? W każdym razie, Doktorek jest miły, a jego towarzyszka…. Cóż, w osobie Kirsten Clark fraza o bohaterce z silną osobowością zyskała nowe wcielenie, nową definicję. Grająca ją Emma Ishta, znana zupełnie znikąd, charyzmatem osobowym wygrywa z wplątanymi w wyżej opisane seriale gwiazdami o kilka długości. A może to jest po prostu ten przypadek, kiedy serial nie będzie podobać się tylko mi jednej, i skasują go po paru odcinkach, i będę cierpieć samotnie? (Och, Selfie…) Albo, kto wie, w perwersyjny sposób spodoba się fanom Doctora Who? Ma sporo absurdalnego uroku, choć ani za grosz brytyjskości.

Fot. ITV

Fot. ITV

Obejrzałam też cztery odcinki Aquarius, serialu teoretycznie opowiadającego o zbrodniach Charlesa Mansona i o tropiącym go policjancie, a de facto będącym fantazją o Davidzie Duchovnym grającym Davida Duchovny’ego. Jak ktoś jest jego fanem lub fanką (ja jestem!) to będzie się rozkoszował osobowością aktora szczelnie wypełniającą ekran, ciętymi ripostami, ironicznym spojrzeniem, albo spojrzeniem znużonym, scenami gdzie paraduje bez koszulki i momentami, w których bohater odsłania swą wrażliwą stronę. Nie wiem, czy będziecie mieć podobne odczucia, ale kostium historyczny wydaje się tu właśnie tym – kostiumem. Daleko produkcji do pieczołowitości Mad Men czy kompletnej iluzji jaką udaje się wytworzyć w Halt & Catch Fire. Lata sześćdziesiąte są raczej pretekstem, a sama historia którą podejmuje serial jest jak na razie dość banalna. Wszelkie szanse pogrążenia się w wykreowanej fikcji psują mi też aktorzy kojarzeni z innych formatów, czyli tak zwane fandom collision. „Matty McKibben” z komediowego Awkward znowuż gra tu nastolatka, w obsadzie pojawiają się Emma Dumont z Bunheads i Claire Holt, czyli Rebeka z The Vampire Diaries. Poza Duchovnym aktorstwo jest takie sobie. No dobra, niejaki Grey Damon jest niezły w roli młodego policjanta. Ale serial nie boli, da się to oglądać bez poczucia żenady i bez ziewania co kwadrans. Na wakacje jak znalazł. Jeśli nie macie nic lepszego do roboty…

A teraz drugi serial, który absolutnie skradł mi serce, choć też nie jestem przekonana, że nadaje się „dla każdego”. Ze srebrnym medalem staje na podium UnReal, kolejna produkcja Marti Noxon, a ja jestem jej oddaną fanką, i pisałam już o tym choćby przy okazji niedawnego Girlfriends’ Guide to Divorce. Ale w tamtym serialu, mimo że obejrzałam wszystkie odcinki, nie do końca umiałam się odnaleźć, opowiadał wszak o rozwodniczkach z dorastającymi dziećmi i problemy bohaterek nijak się miały do moich. Za to nowy serial pasuje mi perfekcyjnie.

Fot. Lifetime

Fot. Lifetime

Rachel, młoda reporterka, po przymusowej izolacji wraca do pracy w telewizji, przy ironicznie (lecz czy aby na pewno?) wzorowanym na serii Bachelor reality show Everlasting. Bogaty kawaler szuka sobie żony pomiędzy różnorodnymi kandydatkami, w sztucznym świecie bajkowej rezydencji, ściśle objętej monitoringiem. Pracę przy telewizyjnej produkcji obserwujemy od kuchni. Jest ciężko, brutalnie, niemoralnie, liczy się wyłącznie tania sensacja i słupki oglądalności. A Rachel jest doskonała w tym, co robi, choć wykonywany zawód kosztował ją utratę zdrowia psychicznego. Ma świetne „wyczucie dramy”, obcy ludzie z miejsca jej ufają, a tego, jak mówi jej szefowa „nie można kupić”. Rachel jest w stanie wyciągnąć na wierzch emocje gości przed kamerami, jedną celną uwagą dotrzeć do sedna, otworzyć uczestnika lub uczestniczkę show. Zmusić do wyznań, do płaczu, do ataku wściekłości. Jest szalona i ironiczna, wypalona zawodowo ale wciąż skuteczna, świetnie działająca pod presją, wydaje się więc perfekcyjną dokumentalistką i producentką.

A sam setting jest nietypowy. Oglądanie kulisów telewizyjnego reality, ba, osnucie na tym pomyśle serialu – jest zabiegiem śmiałym i oryginalnym. Telewizja o telewizji, pomyślcie. Satyra na komercję żerującą na naszych najniższych instynktach. Wikipedia wyrokuje, że UnReal to „czarna komedia”. Trudno się nie zgodzić. I znów, jest to serial z ciekawą bohaterką, graną w wiarygodny, nieprzeszarżowany sposób przez Shiri Appleby (Roswell, anyone?), i z dialogami autorstwa Marti, czyli dostajemy jakość nie do podrobienia. Trzeba tylko lubić seriale obyczajowe. Ja lubię.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

A na koniec miejsce pierwsze i złoty medal za pilota: Sense8. Tak, obejrzałam kolejny hit Netflixa, czyli produkcję rodzeństwa Wachowskich i J. Michaela Straczynskiego (ale za reżyserię niektórych epizodów odpowiada Tom Tykwer!). I jest dobrze.

To serial o grupie młodych ludzi, których łączy nadnaturalna, mistyczna więź. Synchronizacja, synestezja, synergia. Czytają sobie w myślach, widzą swoimi oczami – nawzajem – i dzielą też zdolności, talenty i moce. Mogą się ze sobą komunikować telepatycznie, są w pewnym sensie jednym bytem. Największe plusy? Poza drobnymi wyjątkami (Daryl Hannah, Freema Agyeman z dredami na głowie!) twarze aktorów nic mi nie mówią, to zupełnie nowe dla mnie osoby, co sprzyja pogrążeniu się w wykreowanym świecie. Podoba mi się sposób podania serialu, detale za pomocą których przedstawiane są nam postacie; to, że nie trzeba ich w zasadzie przedstawiać czy opisywać, wystarczą małe, konkretne sytuacje, oszczędne ale treściwe sceny. Postacie są nietypowe lecz prawdopodobne. Pojawiają się ładnie i bez wysiłku podane wątki LGBT. Widać kunszt scenarzystów. Staranność, przemyślane kadry, trafne dialogi. Z ulgą ogląda się coś, co nie jest toporne – czyli sposobem opowiadania historii różni się od połowy wymienionych tu tytułów, odbitych od jednej sztancy. Kolejna odświeżająca różnica – w pozostałych serialach poruszamy się od szczegółu do ogółu, zaczynamy z perspektywy małego miasteczka i pojedynczej rodziny lub bohatera, tu natomiast optyka jest od początku globalna, a bohater zbiorowy. Poznajemy osiem osób z różnych krańców świata i dopiero potem, wraz z biegiem zdarzeń, dowiadujemy się, co ich łączy.

Od razu w polu widzenia jest intryga na wielką skalę, planeta Ziemia, od początku wiemy, że chodzi o losy naszego świata, ludzkości, naszych miast. Podkreśla to epicka muzyka czołówki – w ogóle muzyka jest totalnie filmowa, tak samo jak sposób kręcenia, rodem z dużego ekranu i wysokobudżetowych produkcji – i robi wrażenie. Rzecz dzieje się współcześnie, operuje wątkami nadnaturalnymi, ale też bardzo wiarygodnie pokazaną „prawdziwą rzeczywistością”. Zawiązanie scenariusza nieco przypomina Heroes, ale nie jest to zła cecha – dziwne sny, halucynacje, przepowiednie, omeny, celnie wrzucone retrospekcje z dzieciństwa bohaterów – po prostu typ snucia historii do jakiego dawno nikt nie nawiązał. Losy bohaterów przeplatają się, są oni ze sobą blisko, wręcz fizycznie związani, choć zamieszkują różne kontynenty i kraje. Odmienne światy przenikają się i spotykają w krytycznych momentach, chwilach zagrożeń i emocji. W świecie coraz większej alienacji i indywidualizmu, samotności i wyizolowania jednostek triumfuje wspólnota, bliskość. Podoba mi się taki przekaz. Ten serial jest tak dobrze napisany! Lubię, gdy coś jest przygotowane z szacunkiem dla mojego czasu.

I mniej więcej od drugiego odcinka zaczynamy czuć, o co chodzi, rozpoznawać postacie, widzieć, że jest miejsce na intensywną akcję, ale też na dłuższe wypowiedzi czy rozmowy, które podbudowują mitologię serialu, i że to nie jest rzecz infantylna czy wyłącznie fantastyczna. Tomasz z Akwinu, afrykańskie mity, hinduizm, wschodnie sztuki walki. Tożsamość, seksualność, religia. Postmodernistyczny konglomerat tropów, ale złożonych w całość z głową, z sensem. Podporządkowanych reżimowi scenariusza. Dlatego przyznaję serialowi złoty medal.

I nawet jeśli sama fabuła, gdyby ją spróbować streścić, nie jest innowacyjna, to sposób podania rekompensuje braki. Jak dla mnie najlepszy, najstaranniejszy serial jaki widziałam ostatnio. I jeden z niewielu, w których ciekawi mnie, co będzie dalej. Bo na razie – surprise, surprise – nie mam bladego pojęcia.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

 

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.