Fot. HBO

Przecinek zamiast kropki (Game of Thrones, FINAŁ: S05E06–10)

Artykuł zawiera spoilery.

Do oglądania ostatniego odcinka przystąpiłam z pewną obawą, lękiem na który powinnam się już chyba dawno uodpornić – przed śmiercią ulubionych postaci. Już poprzedni epizod, ten z dziwnie nieprzystającym do całości, przesadzonym i nieprawdopodobnym mordem Shireen zupełnie mnie zniesmaczył i wytrącił z równowagi, ale przecież miałam jeszcze świeżo w pamięci przygody Jona Snow na dalekiej północy, piękny i dynamiczny odcinek z olbrzymem, martwakami i, jakby to nazwać… heroiczną ucieczką na Mur?

Uczucia przed finałem były więc mocno mieszane. Czy ten sezon, pomału się rozkręcający, z rozproszonymi wątkami – do czegoś doprowadzi? Ja wiem, że wojna równa się śmierć, w tym śmierć na szczytach piramidy władzy, wśród rządzących rodów, ale kumulacja zgonów nie jest sama w sobie finałem. Szokuje, lecz nie wystarcza. Potrzeba jeszcze narracyjnej klamry.

A tej nie dostajemy. Sezon nie kończy się kropką, tylko przecinkiem. Zawieszeniem.

Fot. HBO

Fot. HBO

I dlatego mam wrażenie niejakiego rozczarowania, pustki, nie na taki serial się pisałam. Pamiętam, jak pięknie wybrzmiewała w pierwszych sezonach śmierć Neda Starka, jakie miała znaczenie i jak długo odbijała się echem. Jakim szokiem było – nawet dla osoby, która jak ja, czytała książki – krwawe wesele. Grze o tron udawało się sprzedać fantazję jako coś prawdziwego, czyli prawdziwie mrożącego.

A teraz? Teraz notorycznie wypadam z pozycji „zawieszenia niewiary” i podczas finału zamiast być zła na Westeros byłam zła na scenarzystów. Połowa pokazanych zdarzeń mogła być dramatyczna także bez radykalnych rozwiązań. Szczególnie że ich spora część zupełnie nie zgadzała się z dotychczasowym prowadzeniem postaci. Ja wiem, że wojna to chaos, ale snucie opowieści rządzi się swoimi prawami. Nie po to zgłębiamy moralne dylematy Jona Snow, żeby go zwyczajnie ubić, choćby i w finałowej scenie sezonu. Tu rzecz jasna liczę – za dobrą monetę biorąc niejasność książkowego pierwowzoru – że to nie koniec jednego z centralnych bohaterów sagi. Ale chodzi mi o generalną tendencję do ozdabiania serialu śmierciami, które w rezultacie coraz mniej znaczą, i coraz słabiej się nimi przejmujemy, coraz bladziej pamiętamy.

Fot. HBO

Fot. HBO

Sansa… przez pół odcinka cieszyłam się, że nareszcie wzięła sprawy w swoje ręce i korzystając z bitewnej zawieruchy ucieknie z Winterfell i poszuka schronienia w miejscu nieco przyjaźniejszym. Biorąc pod uwagę post-bitewną reakcję Melissandre, umykającej ze strefy zagrożenia co-koń-wyskoczył, na Mur nie było daleko, Sansa spokojnie mogła popędzić do przyrodniego brata, o którym wiedziała, że został komendantem Straży. Byłam tak pewna jej zdrowego rozsądku, zastępującego książkowe rozwiązania, że końcowe sceny z udziałem bohaterki, nagły brak rozumu, ten desperacki skok – skwitowałam gwałtownym facepalmem.

Serialowa Sansa, jaką znamy od paru już sezonów, jest mistrzynią przetrwania. A dokonuje tego przy pomocy środków absolutnie pozbawionych radykalności, zdaje się elastyczna, miękka, choć w gruncie rzeczy nieustępliwa. Ta nagła reakcja, ryzyko, niespodziewana komitywa z biednym Theonem były zgrzytem, którego nie umiem sobie wytłumaczyć.

Fot. HBO

Fot. HBO

Z drugiej strony mamy Tyriona w Meereen, pojawienie się Varysa (też poczułam ulgę i rozumiałam tęsknotę za kojącą obecnością mistrza szpiegów), czyli wątek bardzo ładny i domagający się kontynuacji. Tyrion był najjaśniejszym punktem odcinka, najlepszy jest wtedy, gdy nikt go nie docenia, ale przecież daje się mu szanse, z których ten skwapliwie i nonszalancko korzysta. Jeśli na coś teraz czekam, to na dalsze podboje Jasnowłosej Królowej, z Tyrionem u boku. To może być niezwyciężony team.

W miarę spójne były też końcowe sceny z Aryą, która nareszcie miała satysfakcję dopadnięcia jednego ze swoich „wymodlonych” wrogów. Niestety, nie dane się jej było cieszyć zwycięstwem. Wszędzie tam, gdzie w ludzkie losy wtrąca się religia, efektem jest ból.

Tak, mówię o Cersei i kolejnym całkiem dobrze poprowadzonym wątku finału. „Walk of shame” przywołał jako żywo średniowieczne sceny publicznej pokuty, z symboliką obnażenia wiodącego ku oczyszczeniu. Ten plebejski charakter rytuału ładnie pokazał relacje królowej z ludem, pogardzającym nią, ale z drugiej strony wielbiącym. Nawet pozbawiona zdobnych szat i złotych pukli była Cersei dumna, królewska i w swej nagości zaskakująco skromna. Lwica, która zrobi wszystko by bronić młodych. Jak nie przepadam za tą bohaterką, jej story arc w tym sezonie całkiem mi się podobał.

Fot. HBO

Fot. HBO

Stannis… postać, której od początku serii, także książkowej, było mi nieco żal. Szczególnie zresztą widać to w serialu, gdzie Stannis jest panem w średnim wieku, niezbyt przystojnym w porównaniu z innymi pretendentami do tronu – co jest, obawiam się, nie bez znaczenia. Choć ma sporo atutów, doświadczenia, siły, to jednak fanów GoT, którzy realnie widzieli go jako zwycięzcę „wojny domowej” nigdy nie było wielu. Stannis był tak pisany i pokazywany, że nie traktowaliśmy go jako potencjalnego laureata. A przecież w realnym świecie totalnie mógłby wygrać. Pomyślcie przez chwilę, hipotetycznie, o finale serialu – i tomach książkowego cyklu – w którym to Stannis pokonuje oponentów, jednego za drugim, włącznie z zamorską królewną i jej smokami, a wszystko przy pomocy swojej świetnie zarządzanej i ciągle rosnącej w siłę armii.

Nie powiecie mi, że to jest rozwiązanie całkiem bezzasadne? Gdyby nie religijny fanatyzm i narastające szaleństwo w które musieli go wpakować, żeby zepsuć tę mocną postać, z solidnym zapleczem i zestawem cech dających przewagę, czyż Stannis nie byłby sensownym władcą? Ale nie, nie, w GoT liczą się inne walory, i niektóre postacie, wątki, skazane są na upadek. Pewne rzeczy da się przewidzieć nawet w świecie który tak szczodrze szafuje zaskakującą śmiercią.

Żałuję, bo bez tej postaci na placu boju zostają w zasadzie młodziki, nie ma nikogo z doświadczeniem, rzecz robi się mocno wydumana i nierealna. Przyznam szczerze, że trzymając się rozsądku i prawdopodobieństwa po cichutku kibicowałam – skazanemu na porażkę – Stannisowi. Że jeśli nawet nie wygra, to dotrwa do samiuśkiego finału. Powinien. Był potrzebny fabule.

Fot. HBO

Fot. HBO

I jeszcze, na deser, Myrcella… hej, żal mi tej dziewuszki, którą ledwie zdołaliśmy poznać. I bardzo liczyłam że dane nam będzie zobaczyć, jak sobie radzi na dworze, jak konfrontuje się z bratem-królem i matką-histeryczką. Ledwo rzuciłam na nią okiem, ale wydała mi się interesująca – a ciekawych nowych postaci było w tym sezonie jak na lekarstwo. Nie ma już też prawie żadnych dam, panien, wojna przetrzebiła szeregi tego co piękne, lekkie, barwne i niewinne.

Byłoby fajnie zderzyć ją z mechanizmem wojennej zawieruchy, z napięciami w Kings Landing, z dorosłością i zmianą. Miałam ochotę obejrzeć jej konfrontację w zasadzie ze wszystkimi osobami dramatu. Myrcella wzbudzała sympatię, a to u Lannisterów rzadkość. Pokazała też, na tyle na ile to było możliwe, mocny charakter. I romantyczną duszę. Oj, piąty sezon to jednak nie czas na romanse. Wycieczka Jaimego do Dorne w rezultacie nie ma wielkiego sensu, chyba że chodzi o zaostrzenie stosunków między sojusznikami. Wielka bitwa o Winterfell, do której prowadził cały sezon, ledwo została pokazana – gdyż cały budżet poszedł „w smoki”. Tak, było sporo rozczarowań.

Ale podsumowując, choć końcówka sezonu miała kilka wspaniałych momentów i część wątków idzie w dobrym kierunku, finał był nie tyle kumulacją zgonów, co nieprawdopodobieństw i zachowań nie zgadzających się ani z utrwalonym „rysopisem postaci”, ani z prawidłami prowadzenia narracji, ani z oczekiwaniami publiczności. Zawieszeniu uległa iluzja realności, przedstawiony świat wydał się nagle płytki, pisany na kolanie przez kogoś, komu się już nie bardzo chce wysilać.

Całe to oczekiwanie i nabudowywanie napięcia, o którym pisałam wcześniej, a które wydawało mi się zapowiedzią czegoś wyjątkowego – pękło jak przekłuty balonik, pieczętując przerost formy nad treścią.

Fot. HBO

Fot. HBO

Wątki urwały się w połowie, niektóre pewnie na zawsze. Brakło scen naprawdę się wyróżniających. A równocześnie zbyt wiele było grubymi nićmi szytych epizodów nakierowanych na szokowanie – gwałt na Sansie, zabójstwo Shireen, niepotrzebne epatowanie przemocą. Jakby narracja nie broniła się bez tego. Patrząc na reakcje widzów, dzięki topornym zabiegom GoT może być teraz w tarapatach, po raz pierwszy od rozpoczęcia serialu znajduje się w niełasce fanów. Zamiast wzrostu emocji dostaliśmy bowiem znaczny spadek jakości, pieczołowitości.

Sezony ocenia się po tym, jak się kończą, a nie jak zaczynają, prawda? Zatem powiedzmy sobie szczerze: ten był niespójny, nierówny, rozchodzący się w szwach, i choć dało się go oglądać, momentami nawet z przyjemnością, to jako całość nie zrobił na mnie spodziewanego wrażenia.

Game of Thrones
S05E06-10: emisja: 17.05-14.06.2015

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.