Fot. Showtime

Natura mroku (Penny Dreadful, FINAŁ: S02E06-10)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Drugi sezon Penny Dreadful zakończył się… chyba dość satysfakcjonująco? A przynajmniej miałam wrażenie, że tym razem, w przeciwieństwie do sezonu pierwszego twórcy wiedzą, co robią, wiedzą, dokąd zmierzają, i zgodnie z tą wizją kontrolują scenariusz. Niektóre wątki się zakończyły, a inne dopiero zostały zainicjowane. Bohaterowie rozproszyli się po świecie. Sam odcinek finałowy został interesująco podzielony na dwie połowy, z których tylko pierwsza dotyczyła sezonowego story arcu, druga zaś służyła pchnięciu naprzód wątków pobocznych, tak, by nabrały rumieńców i mogły w przyszłości stać się centralnymi. A co Wy sądzicie o zakończeniu? Czy spełniło oczekiwania? Czy rozwiązanie historii z czarownicami podobało Wam się?

Mysza: Rzeczywiście, nietrudno odnieść wrażenie, że John Logan – dla którego pierwszy sezon Penny Dreadful był debiutem w roli serialowego twórcy – nieco się wyrobił, dzięki czemu drugi sezon serialu oglądało się znacznie lepiej. Nie tylko finał okazał się satysfakcjonujący (ten cliffhanger w przedostatnim odcinku był istną torturą!), ale cały sezon układał się w spójną całość, a i poziom, i tempo były tym razem w miarę równomierne, przez co nie mieliśmy, tak jak w pierwszym sezonie, fluktuacji między odcinkami świetnymi a beznadziejnymi. Osobiście jestem pod wielkim wrażeniem tego, jak Logan zakończył ten sezon – decyzja, by zamknąć wiodący wątek czarownic w pierwszej połowie odcinka była szalenie odważna. Wszak od początku Evelyn i jej „córki” były kreowane na przeciwników nie do pokonania, a przecież, w gruncie rzeczy, grana przez Evę Green Vanessa dość szybko sobie z nimi poradziła.

Była to jednak fantastycznie napisana i zagrana scena – pomysł, by konflikt rozegrał się między dwiema „wersjami” Vanessy, pięknie wpasował się w motyw serialu, jakim jest zaakceptowanie drzemiącego w nas mroku. Tym bardziej poetycka jest ostatnia scena odcinka, w której widzimy Vanessę wyglądającą przez okno – to jedyna bohaterka, która pogodziła się ze swoim wewnętrznym demonem. Reszta naszej dzielnej drużyny – sir Malcolm, Ethan, Victor, John Clare – ucieka, każdy na swój sposób, bojąc się zmierzyć z tym, z czym Vanessa już wygrała. Zresztą nie jest to pierwszy raz w serialu, gdy John Logan zdaje się pokazywać widzom, jak ogromna siła drzemie w kobiecych bohaterkach; ba, często nawet większa niż w ich męskich towarzyszach. Może to tylko moje wrażenie, ale biorąc również pod uwagę jak poprowadzono wątek Lily/Brony, myślę że nie jest to bezpodstawna teoria: Penny Dreadful to serial nacechowany feministycznie.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

MrYoda: Zakończenie drugiego sezonu – i w ogóle ta seria jako całość – zdecydowanie scenariuszowo bije sezon pierwszy na głowę. Dostaliśmy znacznie mniej „dziwnych” decyzji naszych bohaterów i zwrotów akcji, które miały mniej więcej tyle sensu, co klasyczne horrorowe „Rozdzielmy się!”. Ponadto dialogi jak gdyby się wygładziły, rzadziej słychać w nich było sztuczność i płaskość, która tak irytowała mnie przedtem w Penny Dreadful. Gra aktorów była zawsze na świetnym poziomie, ale trudno stworzyć jakąś niewiarygodną jakość w oparciu o kiepsko napisane teksty.

Zgadzam się, że czarownice zostały ostatecznie pobite śmiesznie łatwo, podobnie jak Wampir w finale poprzedniego sezonu, ale w tym serialu akurat w ogóle nie chodzi o rozwlekanie w nieskończoność i utrudnianie boss fightów. „Nie żeby złapać, ale gonić coś jest ważne”. To w trakcie przygotowań do ostatecznego starcia bohaterowie i związane z nimi wątki mają możliwość ciekawie się rozwijać; kiedy „żetony lądują na stole” jest już czas tylko na walkę, życie albo śmierć, ostateczne zwycięstwo lub upadek.
Vanessa pogodziła się z mrokiem w sobie i to pomogło jej pokonać wrogów. Ważny jest tutaj jednak pewien szczegół – Upadły domagał się od niej duszy, jej nieśmiertelnej cząstki pochodzącej od Boga. Panna Ives nie przyjmuje układu, zwycięża. Ale czy oznacza to, że nie straciła swojej duszy? Przyjmując mrok z innych rąk, akceptując go w postaci skorpiona wnikającego w jej dłoń, oddała się ciemności, ale na swoich warunkach. Sama mówi o tym w rozmowie z Johnem Clare. Odrzuca ostatecznie znak krzyża, symbolicznie gasi światła w całym Domu Grozy i w końcu znajduje ukojenie…

Mnie ciekawi teraz, czy rozproszenie drużyny, rozrzucenie jej po całym świecie oznacza, że w przyszłości będziemy oglądać ich przygody w różnych miejscach, w których samotnie się znaleźli, czy jednak scenarzyści klasycznie znajdą sposób na zebranie całego gangu ponownie razem.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

Pirjo: Też mnie to ciekawi! Ale przejdźmy może do szczegółów. Pewne kontrowersje wywołało pokazanie portretu Doriana. Czy trzeba go było już teraz pokazać, zamiast zostawić zagadkę na kolejny sezon, jakoś ją „podbić”, uczynić ważniejszą? Czy w ogóle warto go pokazywać, czy nie lepiej się sprawdza, gdy jest ukryty przed naszym wzrokiem? Czy da się ten mityczny obiekt przedstawić inaczej niż w sposób nieco kiczowaty i nie spełniający tym samym wygórowanych oczekiwań?

Podobne reakcje pamiętam po premierze ekranizacji z Benem Barnesem. W ogóle: biedna Angelique! Jeśli zresztą chodzi o wizualizacje, to pokazanie wilkołaka nieco odbiegało od wysokich w tym serialu standardów. Był on zbyt kiczowaty, staroświecki, nieadekwatny do Penny Dreadful jako pięknej, artystycznej, wyestetyzowanej całości. Niebo a ziemia w porównaniu choćby z wilkołakami – i ich przemianą – z Hemlock Grove. Portret i wilkołak – yay or nay?

Mysza: Portret – nay, wilkołak – yay. Ale z bardzo konkretnych powodów: choć zgadzam się, że wilcza wersja Ethana nie umywa się do innych popkulturowych wilkołaków, które robiły na nas wrażenie (Hemlock Grove, Van Helsing), warto podkreślić, że w designie Ethana-po-przemianie twórcy w dużej mierze wzorowali się na oryginalnym wyglądzie Lona Chaneya. Widać to zresztą po tym, że prawdziwe imię Ethana to, jak się dowiadujemy, Ethan Lawrence Talbot – tak jak Larry Talbot, bohater filmu Wolfman z 1941, należącego do kultowych Universal Monster Movies.

Co prawda chciałabym, żeby serial poszedł pod względem lykantropii bardziej w stronę An American Werewolf in London, do którego, mam wrażenie, było w serialu kilka wizualnych odniesień, szczególnie w kadrowaniu pewnych scen, ale i tak jestem z efektu zadowolona. Zwłaszcza spotkanie Vanessy i Ethana twarzą w twarz zrobiło na mnie duże wrażenie.

Natomiast w wypadku portretu… sama nie wiem. To co twórcy serialu nam pokazali nijak nie umywało się do zwyrodniałego wizerunku Doriana, który wykreowałam sobie w głowie. Słusznie wspominasz o filmie Dorian Gray z 2009 roku – nie jest to może najlepsza produkcja, ale jeśli coś się twórcom udało, to odrażający wygląd słynnego obrazu. W Penny Dreadful, obraz ten wypadł jakoś tak… blado. Zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co w tamtej scenie stało się z Angelique. Ostatecznie myślę, że twórcy powinni byli się w ogóle wstrzymać z pokazywaniem obrazu – odwlekali to zbyt długo, by móc dorównać śmiałym wizjom snutym przez widzów. Sądzę, że sensowniej było w dalszym ciągu pozostawić pole naszej wyobraźni.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

MrYoda: Portret – meh, wilkołak – meh. Trudno mi się zdecydować, jak oceniać oba te elementy. Jedno i drugie widzieliśmy już w kinie (i innych tekstach kultury) wielokrotnie, trudno w tej kwestii odkryć Amerykę. Zawsze będziemy skazani na pewne powtórzenia. A my – widzowie ery post-modernizmu – jesteśmy już na tyle naładowani pewnymi ikonami, obrazami i kalkami, że prawie wszystko będzie już dla nas bardziej lub mniej udanym cytatem. Jeśli chodzi o poziom techniczny czy wizualny elementów serialu, to nie kłują mnie one w oczy.

Estetyka XIX-wieczna ma i zawsze miała w sobie coś z kiczu. Żal mi Angelique, miałem nadzieję, że jej wątek rozwinie się w jakiś ciekawy sposób. Jej postać była drugim z elementów, które uznałem początkowo za próbę wplatania ciekawych społecznych komentarzy w kostiumowo-historyczny serial. Pierwszym jest wspomniany już powyżej element feministyczny – rozważania Lily na temat kobiecych ubiorów i ich funkcji w zniewalaniu „płci pięknej” oraz centralizacja wielu wątków na Vanessie.

Pirjo: Idąc dalej: spójrzmy na wątek z doktorem Frankensteinem i jego dziećmi, nareszcie w komitywie, nareszcie uderzającymi w tę górną nutę, w to zrodzone z desperacji szaleństwo, które im każe porywać się na rządzenie światem. Przez mgnienie miałam nadzieję na twist, w ramach którego „głównym złym” sezonu okaże się Lily, która pociągnie za sobą starszego brata, Johna, i razem zwrócą się przeciwko swojemu stwórcy, a tym samym przeciw reszcie Mrocznej Ligi Sprawiedliwych. Że wątek z kart powieści Mary Shelley, powołanie Potwornej Rasy – rozwinie się tu i teraz.

Niestety, po chwili temat się rozmył, pan Clare znów okazał się ofiarą losu, która musi walczyć o własne przetrwanie i wolność, a potem pierzcha na koniec świata, a Lily póki co przedkłada towarzystwo Doriana nad inne, wywrotowe plany. Woli odpuścić swojemu ojcu i byłemu kochankowi, potorturować go jeszcze trochę, zanim dojrzeje do sfinalizowania zemsty. A miłość Ethana i Vanessy, przerwana dość raptownie, to ewidentnie dopiero połowa ich historii. Co myślicie o powyższych wątkach? Czy wątek potomków Frankensteina będzie centralnym w kolejnym sezonie?

Fot. Showtime

Fot. Showtime

Mysza: Szybciutko nadmienię tylko, że gorąco kibicuję Ethanowi i Vanessie. Nie zależy mi nawet na tym, by zostali kochankami – choć skrywana przez Vanessę wizja ich szczęśliwego pożycia szalenie mnie poruszyła – ale niezmiernie lubię obserwować, jak John Logan (i aktorzy) powoli budują relację między tymi postaciami.

A co do Frankensteinów: trudno się dziwić, że John Clare ponownie stał się ofiarą. Jako, poniekąd, alter ego Victora, jest on tak jak jego stwórca skazany na wewnętrzną walkę, którą przegrywa (właściwie odwiecznie, biorąc pod uwagę ile razy widzieliśmy adaptacje dzieła Mary Shelley). Natomiast postać Lily na razie rzeczywiście działa nieco chaotycznie. Niby owija sobie dookoła palca Victora, potem Johna Clare’a, wreszcie Doriana… ale chwilowo jej Złowieszcze Plany Przejęcia Władzy Nad Światem idą w odstawkę.

Jak podoba mi się wizja powolnego psychicznego torturowania Victora – bynajmniej nie chcę, by cierpiał, ot, daje to aktorom fantastyczny materiał do grania – tak uważam, że twórcy nie do końca wykorzystali możliwości drzemiące w relacji Victora z jego dziećmi. Co prawda mieliśmy cudownie przewrotny „zjazd rodzinny”, gdy Victor pod wpływem czarownic miał wizje rozmów ze swoim potomstwem, ale wciąż widzę w zarysowanych tu wątkach o wiele większy potencjał. Ufam jednak, że John Logan pociągnie je dalej w kolejnym sezonie. Wszak nie sygnalizuje się Złowieszczych Planów – ani nie serwuje nam tak upiornie pięknej sceny, jak „krwawe gody” Lily i Doriana – tylko po to, by ich później nie spełnić. Pytanie tylko: czy i jak zostanie w to wplątany Dracula, o którego powrocie do serialu John Logan od dawna przebąkuje?

MrYoda: Mam przeczucie, że scena tańca Lily i Doriana (czerwień krwi na bieli, pięknie kiczowata) oraz zgnębienie Victora jest zapowiedzią centralnego wątku trzeciej serii. Scenarzyści także pod koniec pierwszej serii podrzucili nam zapowiedź fabuły serii drugiej. Ja stawiam na wątek, w którym Lily (wykorzystując Doriana, a potem niszcząc go i odrzucając) wpadnie w szał zabijania, realizując plany Przejęcia Władzy nad Światem, a Frankenstein popłynie na biegun (swoją drogą – piękne nawiązanie literackie), by odszukać swe najstarsze dziecko i błagać je o pomoc.

A John Clare w końcu stanie się bohaterem, panem własnego losu i odnajdzie cel, dla którego warto istnieć. Cieszę się, że Clare nie okazał się na tyle głodny uczuć, by połasić się na fałszywą miłość „siostrzyczki” i przejść na Ciemną Stronę u jej boku. W tym wątku podoba mi się element testowania własnych granic, które można przekroczyć i możliwości, jakie daje nieśmiertelność z ciekawością godną nowo narodzonego dziecka. Można w tym wyczytać też metaforę emancypacji kobiety (o feminizmie już wspomniano powyżej), zwłaszcza, że Bronę poznajemy najpierw jako „kobietę upadłą”, poddaną każdemu mężczyźnie, którego na to stać… Teraz jest władcą wszystkich, nie pochylającą głowy przed nikim. Byłbym okropnie rozczarowany, gdyby wątek Lily nie wyszedł poza historię XIX-wiecznego Pigmaliona i jego tworu.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

Pirjo: Ciekawym zagadnieniem jest moim zdaniem mrok, stanowiący jakby naturę naszych postaci i oś ich działania. Żaden z bohaterów nie jest kryształowo czysty, większość ma na swoim sumieniu poważne zbrodnie, w tym morderstwa. Jest to więc w zasadzie banda morderców, oszustów, przestępców, nieszczęśników urodzonych pod ciemną gwiazdą.

Każdy z nich zmaga się ze swoją mroczną stroną, i każdy jej ulega. A jednak pokazuje się ich w pozytywnym świetle i usprawiedliwia postępki, co mnie niepokoi. Banda villainów, mrocznych, ale nie będących postaciami złymi. Subtelna różnica…

Apogeum mroku – i to takiego spod znaku uniwersum World of Darkness – był dla mnie moment odcinka finałowego, w którym panna Ives triumfuje nad Lucyferem, mówiąc łagodnie: „Beloved, know your master”. Sto procent gotyku w gotyku. Ciarki rozkoszy. Wspaniała puenta sezonu dotykającego wszak tematów nieśmiertelności, igrania z naturą, naginania jej do swoich celów, przekraczania granic i prób narzucania woli – światu i poszczególnym osobom. A na dodatek mocno już popkulturowo wyświechtana postać Upadłego Anioła – pojawiającego się w sporej ilości seriali z gatunku supernatural drama – tu jakby na powrót dostała troszkę głębi i melancholijnego piękna. Nieprawdaż?

Mysza: Prawdaż. A do tego jak cudownie podkreślony wątek feministyczny, gdzie to kobieca potęga zwycięża nad podstępnym Lucyferem, jakby w kontraście do biblijnego upadku Ewy. Weźmy jednak pod uwagę, że potęga Vanessy w tamtej chwili bierze się z akceptacji mroku, który od zawsze w niej drzemał. Przestaje się przed nim bronić, a wręcz bierze go „w siebie” – obejmuje, niemal czule, niczym stęskniona kochanka, co widzimy w symbolicznej scenie, gdy ostatni skorpion stapia się z dłonią Vanessy.

Stąd nie wiem, czy zgodzę się z Twoimi obawami, Pirjo. Owszem, cała nasza Mroczna Drużyna to ludzie, mający coś na sumieniu – często bardzo duże, bardzo mroczne „coś”. Zauważ jednak, że nie są to postacie, które czynią to zło bezrefleksyjnie – niemal każdy z bohaterów Penny Dreadful walczy ze swoim sumieniem; z tym, jakich okropnych, okrutnych czynów się dopuścił. Rzeczywiście, w tym kontekście niepokojący może być wydźwięk wątku Vanessy – tego, że w przeciwieństwie do sir Malcolma czy Ethana, zaakceptowała swój mrok, a co za tym idzie całe zło, które wyrządziła. Myślę jednak, że nie należy tych postaci odczytywać dosłownie – w gruncie rzeczy pod tym względem obsada Penny Dreadful łatwo wpasowuje się we współczesny trend wielbienia antybohaterów (Dexter, Breaking Bad).

Sądzę, że należy te postacie odczytać jako odzwierciedlenia nas samych – symbolizują naszą walkę z naszymi własnymi wadami i skazami, a także próbę ich akceptacji i pogodzenia się z nimi. John Logan zdaje się podkreślać, że „mrok” w nas drzemiący nie musi być wcale czymś wyniszczającym. Może być siłą, może być potęgą – czymś, co nas zmotywuje do walki z tymi, którzy stają nam na przeszkodzie. Jedyna różnica polega na tym, że bohaterowie Penny Dreadful są skrajnymi wersjami nas samych; bardzo łatwo jest prześledzić jaki „grzech” uosabia każda postać. Dodatkowo, „przesterowanie” postaci i ich złowieszczych czynów leży w konwencji groszowych koszmarów i ich sensacyjnego, przerażającego charakteru.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

MrYoda: Wszyscy zgadzamy się, że element mroku w bohaterach Penny Dreadful jest głównym spiritus movens serialu (przede wszystkim mrok w Vanessie w dwóch pierwszych seriach), ale raczej nie postrzegałbym tych postaci jako anty-bohaterów. Według mnie można rozumieć ich raczej jako bohaterów, którzy starają się być „dobrzy mimo wszystko”. Jest w tym pewien element antycznego tragizmu (który gotyk tak bardzo lubił) – czyny bohaterów rodzą się ze szlachetnych pobudek, gdzieś po drodze coś nie wychodzi i wszystko kończy się źle. Według tego schematu na przykład: Frankenstein chce pokonać śmierć, przeprowadza swój eksperyment, tworzy potwora, który dręczy go do końca życia, sam udręczony i niedoskonały.

Pytanie brzmi tylko: czy wszystkie działania bohaterów podyktowane dobrymi chęciami, a kończące się katastrofą, są skazane na porażkę bo świat jest zły? Czy nie mogą się udać przez wewnętrzne defekty tych, którzy się ich podejmują? Na którym etapie procesu wszystko idzie w diabły? Całe działanie kończy się pełnym cierpień, wyrzeczeń i walki odkręcaniem tego, co poszło źle, pokutą, czynieniem zadość i ponoszeniem kary…

Może właśnie w tym widzowie potrafią zobaczyć samych siebie i swoje codzienne zmagania? Co prawda nasze grzechy, za które musimy płacić. rzadko mają naturę paranormalną, ale mechanizm pozostaje ten sam.

Pirjo: Na koniec jeszcze – śmierć Sembene. Ostatnio mówiliśmy o tym, że ciekawi nas ten bohater, że chcemy wiedzieć więcej, pragniemy osobnego odcinka pokazującego jego historię. Tymczasem, według wszystkich znaków, postać ta żegna się z serialem. Czy jest Wam smutno? Czujecie rozczarowanie?

Mysza: Och, jestem ogromnie zła na ekipę Penny Dreadful za to, jak rozegrali ten wątek. Pociesza mnie jednak to, co o postaci Sembene mówił John Logan, a mianowicie, że bardzo zależy mu, by każda postać – w tym tajemniczy majordomus sir Malcolma – dostała odcinek flashbackowy, taki jak miała Vanessa. Wnioskuję stąd, że być może Sembene będzie miał taki odcinek w trzecim sezonie. Jeśli zastanawiacie się, jak miałoby do tego dojść, skoro postać nie żyje, zdradzę Wam swoją teorię: Penny Dreadful porusza temat mroku, magii i zjawisk ponadnaturalnych, a jak wiemy, Sembene pochodzi z Senegalu.

A choć Senegal jest w dużej mierze krajem muzułmańskim, ogromne wpływy ma tam także religia voodoo. Stąd obstawiam, że Sembene może jeszcze do serialu wrócić. Choć w nieco innej postaci.

Fot. Showtime

Fot. Showtime

MrYoda: Voodoo daje pewną nadzieję (jakkolwiek by to nie brzmiało…). Mam ogrooomnie za złe twórcom Penny Dreadful uśmiercenie mojej ulubionej postaci… Choć niestety spodziewałem się tego do pewnego stopnia. Cały czas jednak czekałem, aż okaże się, że Sambene jest szamanem, potężnym witch doctorem albo powiernikiem wielkich afrykańskich duchów…

Dawno nie przeżyłem aż tak silnie śmierci żadnej fikcyjnej postaci. Ale teraz już wyjaśniło się, że relacja, którą zbudowano między nim a Ethanem służyła temu, by można było go potem „wsadzić do lodówki” i by nasz Boży Wilk odnalazł motywację do oddania się w końcu w ręce władz. Nic tak nie obciąża sumienia, jak zabicie przyjaciela… Zwłaszcza, gdy stało się to dlatego, że nie posłuchaliśmy jego rad i ostrzeżeń…

Pirjo: Porozmawiajmy o nadziejach na przyszłość – czy czekacie na kolejny sezon? Czego się po nim spodziewacie? Czy serial jako taki jest już idealny, osiągnął w drugim sezonie pełnię mocy, czy może mógłby być lepszy? Macie pomysł, o której z literackich postaci mówili twórcy, rzucając ostatnio spoilerem, iż w sezonie trzecim pojawi się nowy bohater z kart książek grozy?

Mysza: Patrząc na tendencję zwyżkową, wiążę z trzecim sezonem Penny Dreadful bardzo duże nadzieje. Jeśli John Logan nadal będzie się „wprawiał”, skupiając się nie tylko na pisaniu świetnych postaci i relacji między nimi, ale także na tym, jak zazębia poszczególne wątki by stworzyć spójną, schludnie toczącą się fabułę, nie widzę powodów dla których Penny Dreadful nie miałoby się stać jeszcze większym sukcesem.

Zwłaszcza że w podgatunku telewizyjnych horrorów właściwie nie ma konkurencji – American Horror Story Ryana Murphy’ego ledwo zipie (wszystkie nadzieje w kolejnym sezonie, czyli Hotelu) – a nad innymi dramatami psychologicznymi obecnie wyświetlanymi w ramówce ma tę przewagę, że zapewnia nie tylko świetny scenariusz, ale i fantastyczny poziom realizacyjny, przepiękną muzykę Abla Korzeniowskiego no i niepowtarzalny klimat wiktoriańskiego Londynu. A jak możemy wnosić z finału drugiego sezonu, dalsze przygody bohaterów mają szansę rozgrywać się na nieco bardziej międzynarodowej płaszczyźnie. Czego bardzo bym sobie i innym widzom serialu życzyła.

A co do bohaterów literackich: mieliśmy motywy z Draculi, więc może w ramach trzymania się silnych postaci kobiecych, tym razem twórcy zaczerpną z Carmilli Sheridana Le Fanu, albo legendy o Elżbiecie Batory?… jest też Dr Jekyll/Mr Hyde, Upiór z Opery Leroux, cała spuścizna Edgara Allana Poe, The King in Yellow wykorzystany w pierwszym sezonie True Detective… lista jest długa. Osobiście byłabym przeszczęśliwa, gdyby w czasie afrykańskich wojaży sir Malcolma pojawiła się wzmianka (lub postać) podróżnika Davida Livingstone’a. Szkoda natomiast, że serial dzieje się nieco zbyt wcześnie na H.P. Lovecrafta – ciekawa jestem jak nasi bohaterowie poradziliby sobie na wybrzeżu Nowej Anglii, w starciu z Wielkim Przedwiecznym…

MrYoda: Mnie też wydaje się, że serial robi się lepszy z kolejnymi sezonami. Może i tutaj znajdzie potwierdzenie teoria o tym, że w czwartym sezonie seriale osiągają szczyt formy? Penny Dreadful można porównywać do różnych seriali, które powstawały lub powstają, ale jednak jest on z wielu względów jedyny w swoim rodzaju. Trudno więc szukać analogii i oceniać jego możliwy rozwój przez ten pryzmat.

Jeśli chodzi o literaturę XIX-wieczną i pulę bohaterów, spośród których możemy wybierać, to mam nadzieję, że będzie to ktoś ciekawy i jeszcze nie „wytarty”. Dr Jekyll/Mr Hyde, Allan Quartermaine – Kapitan Nemo czy Niewidzialny Człowiek to postaci ciekawe, ale mieliśmy okazję już oglądać ich na ekranie (w różnych wydaniach). Chociaż z drugiej strony scenarzyści Penny Dreadful pokazali nam, że potrafią opowiedzieć zgrane historie w całkiem nowy sposób… Poczekamy, zobaczymy!

Penny Dreadful
supernatural drama, horror
Showtime US

Pirjo Lehtinen
Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Maciej „Mr Yoda” Walasek
„Chłop z Mazur”, którego losy zagnały na południe. Człowiek, o którym powiedzieć można wiele, ale na pewno nie to, że jest nudny. Cierpi na wieczny brak czasu, chociaż sam nie wie, na co mu on ucieka. Czyta, ogląda, obserwuje, tłumaczy i dzieli się ze światem swoimi spostrzeżeniami – tym razem przez Pulpozaura.

Mysza
Fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)