Fot. SyFy

Powrót mesjasza (Dominion, S02E01–02)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Dominion – jak ja tęskniłam za tym serialem! Przypomina mi w dziwny sposób najlepsze sezony kończącego się właśnie Falling Skies, idealną mieszankę akcji i dramatu drzemiącego w polityce, miłości, lojalności, rodzinie, w wypowiadanych słowach. Pierwszy odcinek drugiego sezonu jest tak wartki i esencjonalny, że nie umiem przestać się uśmiechać. Tak, to serial, którego centralną cechą są wysokie obroty, jazda na rollercoasterze w szalonym parku rozrywki. W zasadzie nie ma tu czasu na refleksję, choć zdarza się, że odnosimy wrażenie, iż cały świat zamiera, wagonik zatrzymuje się na samym szczycie trasy i przez chwilę chłoniemy pojedynczy, piękny kadr.

Rzeczy dzieją się bardzo szybko, dynamicznie, a każdy wątek, w przeciwieństwie do prostolinijnego sezonu numer jeden ma już w sobie drugie dno; wiele scen to alegorie, symbole, ale dzięki równoważącym je ucieczkom, pościgom, walkom i strzelaninom poetyckie obrazy nie wydają się trywialne ani pompatyczne. Anioł kąpiący się w morzu, a potem odwiedzający opromieniony blaskiem świec kościół w małym, idyllicznym miasteczku – to chwile wytchnienia i zadumy, a nie powód do żartów. Nawet obrazek jak z klasycznego filmu o zombie, rozjeżdżanie samochodem ciał Opętanych, pył i kurz, krew i ostre zęby, zmienia się w kumulacyjnym momencie w scenę wypędzania złych duchów, pokaz nowych mocy Alexa – nową mocą jest wskrzeszanie – i w refleksję nad apokryfami.

Fot. SyFy

Fot. SyFy

Sceny z aniołami są w sezonie drugim gustowniejsze niż kiedykolwiek i zwyczajnie piękne. Archanioł Michael (Tom Wisdom), smukły i chmurny, w swoich czarnych rurkach, buciorach, bluzie z kapturem i z mieczami za pasem – jest postacią wizualnie doskonałą i najlepszym aniołem na ekranie telewizyjnym co najmniej od dekady (sorry, Cas…). Obcy w obcym kraju, samotny wędrowiec na pylistej drodze, samuraj o precyzyjnych, tanecznych ruchach i nieustannym skupieniu, mistrz powściągliwości podszytej udręką. Finałowa scena pierwszego odcinka, w której archanioł broni miasteczka, walcząc w rzęsistym deszczu z Opętanymi przy pomocy swoich dwóch mieczy – jest epicka i przepięknie sfilmowana.

Gabriel natomiast, zgodnie z najlepszą tradycją serialowych Gabrieli, pozostaje niebezpiecznym żartownisiem i antytezą Michaela. Wspaniale się uzupełniają, a fakt, że tłem ich zmagań jest postapokaliptyczny, industrialny, momentami też westernowy świat, dodaje całości uroku.

Fot. SyFy

Fot. SyFy

Nie można nie dostrzec, że mitologia serialu się rozrasta, postacie ewoluują, i coś, co zaczęło się jako kiepskawy (poza postacią Douga Jonesa!) film zatytułowany Legion (no dobra, widziałam go dwa razy, ale i tak nie sądzę, żeby się Wam spodobał…) staje się w drugim sezonie sycącym, porządnie nakręconym, a momentami trzymającym w napięciu widowiskiem. Z trochę plastikowej produkcji, gdzie anioły bliższe wydawały się parodią epickości (tak, nadużywam słowa epicki, ale nie da się inaczej) niż prawdziwej religijnej głębi, wyłania się rzecz nieco poważniejsza i z tą powagą jest Dominion do twarzy. Z tym zagęszczeniem akcji, wątków, motywacji, z rozbudową świata.

Michael nigdy wcześniej nie był tak romantycznie anielski, Alex tak cudownie, generycznie bohaterski, a David (niezrównany i czerpiący wyraźną przyjemność z odgrywania postaci Anthony Head) tak oślizgły, tchórzliwy, tak godny pogardy przemieszanej z lękiem. Jego metody działania są w sezonie drugim wyjątkowo podstępne i pokrętne, a dworskie potyczki w mieście Vega robią się prawdziwie niebezpieczne. Każdy z bohaterów ma jakiś mały, smakowity sekret – na przykład świeżo upieczona władczyni jest w ciąży z mesjaszem – albo skrywane szaleństwo – Davida prześladuje widmo jego syna, Williama.

Fot. SyFy

Fot. SyFy

Początek sezonu to drugie dna. Szkatułka w szkatułce, pogłębienie kontekstów. Okazuje się na przykład, że Eigth-balls nie są wcale tak bezmózgie i zombiakowe jakby się mogło zdawać, wystarczy z nimi porozmawiać, a nieskładne mamrotanie zamienia się w łamiące serce wyznania. W tych – pozornych – potworach kołaczą się okruchy dawnego człowieczeństwa i proste, naturalne pragnienia. Zaczynamy im współczuć – niższe anioły nigdy nie dostały fizycznej formy, łatwo ulegają wpływom, można nimi manipulować, a ich egzystencja jest ewidentnym, nieustannym cierpieniem. New Delphi, nowe miasto, które poznajemy w tym sezonie, to miejsce, gdzie upadłe (także te mocno upadłe) anioły żyją za pan brat z ludźmi i gdzie panują biblijne, starotestamentowe prawa – oko za oko, ząb za ząb, życie za życie.

Hej, w końcu jest to serial, w którym ostatecznym dowodem na istnienie Boga staje się… jego zniknięcie! Anioły są równie zagubione, co ludzie. A sprawę potraktowano znacznie poważniej niż w eksplorującym podobne wątki Supernatural. Stawka wydaje się tu o wiele wyższa.

Różnica między konstrukcją miast, zderzenie tego z małą osadą stanowiącą mistyczną anomalię, rozwarstwienie zamieszkujących świat „gatunków” – wszystko to sprawia, że zaczęłam się o wiele mocniej angażować w perypetie bohaterów i kibicować swoim ulubieńcom. Wiadomo, nadal jest to serial środka, żaden tam przebłysk geniuszu czy epokowe dzieło, ale w swojej klasie zaczyna się wybijać.

Drugi sezon jest lepszy niż pierwszy – co zdarza się, przyznacie, wielu serialom, ale za każdym razem warto to podkreślać. Jeśli szukacie rozrywki na wakacje, a dotąd nie mieliście żadnego sensownego pomysłu, polecam Dominion. Mimo że gęstszy i warstwowy, pełen wrastającej podniosłości i powagi, pozostaje lekkim serialem przygodowym w świeży sposób bawiącym się tradycyjnymi gatunkami i tropami, w tym motywami mitycznymi oraz opowieściami biblijnymi.

Polecam szczególnie, jeśli lubicie anioły. Bo w Dominion anioły są naprawdę cool.

Dominion
supernatural drama
Syfy, 2014–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.