Catherynne M. Valente: Regeneracja X (Doctor Who)

Catherynne M. Valente: Regeneracja X (Doctor Who)

Poniższy tekst ukazał się po raz pierwszy w nagrodzonym Hugo zbiorze esejów pt. Chicks Dig Time Lords (Mad Norwegian Press, 2010).

* * *

Zabawne w prawdziwym życiu jest to, jak bardzo przypomina ono serial telewizyjny. Jeśli się przyjrzysz, znajdziesz każde z nas w tym niesamowitym, podkolorowanym świecie. Wszyscy tam jesteśmy, chociaż odbici, zniekształceni, wyolbrzymieni. Nie mamy innego wyjścia, jak tylko się tam odnajdować – i nie tylko odnajdować, ale szukać. Każdego dnia poprzez książki, filmy i telewizję przeżywamy tuzin cudzych żywotów i chcemy wierzyć w to, że nie marnujemy czasu, że nasze poszukiwanie oznacza coś więcej niż zapadanie się poduszek na kanapie. Chcemy wierzyć, że życie może być tak samo cykliczne i karmiczne, tak bogate i głębokie jak sztuka. Że w życiu również poetycko powtarzają się motywy, a smutek znajduje swój kres. Na tym koniec końców polega działalność fanowska: na poszukiwaniu siebie, poszukiwaniu znaczenia w opowieściach. Wybieramy swoich bożków spośród dziesiątek, setek, i przywdziewamy odpowiednie szaty i symbole. Kupujemy na przykład absurdalnie długi szalik albo trampki Converse’a, żeby zaznaczyć swoją przynależność. Telewizja zupełnie dosłownie stała się nowym mitem. Definiuje i reinterpretuje świat. Pory roku nie zmieniają się, bo Persefona zeszła do podziemi, tylko dlatego, że wychodzą nowe odcinki, a badania oglądalności wymagają rytuałów i ofiar całopalnych. Serial telewizyjny wznosi się, osiąga punkt kulminacyjny, pogrąża się w przerwie i znów powraca z nastaniem świetlistej, płomiennej jesieni.

Niektórzy uznają to za upadek kultury wysokiej i wpadną w popłoch. Ja myślę inaczej – a jestem z wykształcenia klasycystką. Persefona to moja najlepsza kumpela. Ale bycie klasycystą oznacza między innymi obserwowanie, jak stare opowieści przybierają nowe kształty, jak pozostają niezmienione mimo nieustannego wpływu technologii. Telewizja stała się czymś nowym, dojrzała i spoważniała, kondensując się do trzynastu (szczęśliwa trzynastka!) odcinków zamiast rozwlekłych dwudziestu dwóch, dwudziestu czterech, trzydziestu dziewięciu. Dzieli mit na kawałki, które da się przełknąć. Stała się najlepszym sposobem opowiadania długich historii na ekranie.

A Doctor Who to bardzo długa historia.

Jestem fanką Nowego Who. Nigdy nie oglądałam starej serii – urodziłam się w 1979 roku, więc po prostu przegapiłam ją na wielu poziomach. Mętnie tylko kojarzyłam, że coś takiego istnieje, mimo że przez większość dorosłego życia obracałam się wśród fanów science fiction. Ale przez jakiś czas żyłam w południowej Wirginii i nie było tam zbyt wiele do roboty. W sklepie z filmami zobaczyłam małą niebieską budkę i postanowiłam zabrać ją do domu, żeby zobaczyć, o co tyle krzyku. A ona chwyciła mnie za serce jak niewiele innych seriali. Choć moim zdaniem DW nigdy już nie wzniósł się na wyżyny sezonu z Dziewiątym Doktorem, tyle wystarczyło, żeby złapać mnie na haczyk i utrzymać przy kolejnych, mniej ambitnych sezonach. W pierwszej serii zawierał się ból, intensywność i mityczny wymiar, jakiego inne seriale nie próbują nawet osiągnąć. I był jeszcze ten mały szczegół, że – przynajmniej w owym pierwszym sezonie – wszystkim nam wolno było mieć swoje historie: kobietom, gejom, poliamorystom i wszystkim rodzajom odmieńców. Byliśmy tam, na ekranie świata, tuż obok białych hetero bohaterów, i byliśmy im równi.

Kupiłam szalik. Kupiłam brązowy płaszcz i to wcale nie z powodu Firefly.

Mimo to zawsze było mi trudno wyrazić, co takiego widzę w Doctorze Who. W końcu nawet w swoim nowym wcieleniu bywa często głupawy, nonsensowny i emocjonalnie niedorozwinięty. Scenariusze są nierówne, fabuły niedorzeczne, kosmici bywają czasem wzniośli, a czasem infantylni. Miłość do Buffy czy Farscape względnie łatwiej jest obronić. Fan Doctora Who musi wybaczyć tak wiele. A jednak za tym wszystkim kryje się coś tak pierwotnego, że wszystkie tandetne styropianowe kostiumy świata nie są w stanie tego ukryć. Mechanizm identyfikacji widza z postacią obecny we wszystkich serialach znajduje szczególny – być może doskonały – wyraz w Doctorze Who. Ponieważ jeśli ten Doktor albo towarzysz nie jest lustrem, w którym odbija się twoja dusza, poczekaj kilka sezonów. Wszystko się zmienia.

Chociaż zdaję sobie sprawę, że regeneracja była na samym początku podyktowana koniecznością zmian w obsadzie, jej wdzięk zapiera czasami dech w piersi. Mówimy: mój Doktor. Twój Doktor. Spośród wszystkich jedenastu jeden zawsze jest nami. Moim jest Dziewiąty – jego smutek, dziwna intensywność, poczucie winy, desperackie próby nawiązania więzi. Może twoim jest Dziesiąty – jego nerdowska żywiołowość, entuzjazm, niemające końca przepraszanie, godzenie się z losem. Doktor jest każdym z nas, żyje i umiera tak samo jak my, a my potrzebujemy, by to robił – ponieważ pomijając nachalne przedstawianie Doktora jako Chrystusa, chodzi tak naprawdę o dużo starszą i dużo prostszą opowieść. Wszystko się zmienia.

Wszyscy przechodzimy regenerację. Nie jestem tą samą kobietą, która oglądała wzlot Rose. Mijają lata i staję się kimś innym, z tymi samymi wspomnieniami, ale inną twarzą, inną osobowością. Kiedy pierwszy raz patrzyłam, jak Doktor tańczy, byłam żoną wojskowego, nieszczęśliwą, uwięzioną, szukającą czegokolwiek, co pomoże mi połączyć się ze światem. Teraz szykuję się do drugiego ślubu, mieszkam na wyspie pośród morza, piszę książki i podróżuję w małej, nierzucającej się oczy skrzynce. Jestem większa w środku niż na zewnątrz. Kto wie kim będę, gdy pojawi się Dwunasty Doktor? Oboje się zmieniamy, uczymy, wzrastamy. Czasem nasi kochankowie, przyjaciele, wrogowie i towarzysze zostają z nami na dłużej. Czasem pojawiają się i znikają tak szybko, wśród rozbłysków światła i miłości, że upadasz po ich odejściu. Według cykli Doktora można nastawiać zegar wewnętrzny. To nie byłby mit, gdyby nie przewijał się w małej i dużej skali w naszym życiu, w trudnych wojskowych rozwodach, postuniwersyteckiej apatii, straconych posadach i spiraconych programach BBC – a więc i w historiach, które opowiadamy. Rodzimy się, toczymy swoje bitwy, popełniamy straszliwe błędy, tracimy towarzyszy, umieramy na próżno i na inne sposoby, a potem odradzamy się, by zrobić to wszystko jeszcze raz. To stara śpiewka o poświęcanym królu, gdzie Jezus gra ledwo na pierwszym flecie – ale jak słodko brzmi ona na gallifreyańskich fletniach.

hades2

No i jest towarzysz, którego twarz też się zmienia. W nowej wersji serialu mamy nieustannie do czynienia z duetem Doktor-mężczyzna/towarzyszka-kobieta (Jack zawsze działał na własną rękę, pojawiając się tylko na parę odcinków, co jest smutne, bo żadna kobieta nie ma w kontaktach z Doktorem takiej dozy autonomii). To złudne – sprawia wrażenie, jakby historia Doktora i towarzyszki zawsze opowiadała o kusicielskim tricksterze, Hadesie wiodącym Persefonę w ciemną, nieskończoną krainę czarów TARDIS. O amoralnym kosmicie zawsze kontrolującym sytuację, oferującym bogactwa, przygodę i przerażające/niesamowite piękno niewinnej młodej dziewczynie. I na tym poziomie dociera do pewnej grupy widzów – albo niewinnych i młodych, którzy chcą być kuszeni, albo starszych przemądrzalców, którzy chcą oczarować ponętną dziewoję. I jeśli oglądamy tę historię, możemy zmienić się razem z nią, ze sprzedawczyni w doktora, zagubioną duszę i znów w Doktora. Towarzysze zawsze się wznoszą, zawsze, niesieni w górę na własnym kole. Ale pod spodem rozgrywa się jeszcze inna historia. Towarzyszka nie jest niewinna, nie jest urzeczona. Ona wyciąga Doktora z żałoby, w stronę życia, w jakiś niewypowiedziany sposób jest siłą życiową, która raz za razem pcha go przez cały bohaterski cykl. Mimo że chciałby odpocząć. Mimo że od momentu, gdy widzi ją po raz pierwszy, wie, że umrze w jej ramionach, jeśli nie tej konkretnej dziewczyny, to podobnej, kiedy ona zmieni twarz tak jak on zmienia własną. Ona dosłownie jest Hadesem, śmiercią Doktora przybywającą, by zabrać go na jeszcze jedną – albo dwie, albo trzy – ostatnie przejażdżki, zanim przyjdzie czas na pogrążenie się w ciemności i bolesną wędrówkę ku światłu. Jego koło opada w dół, gdy jej obraca się w górę, gdy spogląda w wir czasu i przemienia się w światłość świata, boginię strasznego, niesamowitego światła – a gdy ich koła się stykają (a stykają się zawsze, raz na sezon, na krótką chwilę: policzki przyciśnięte do tej samej ściany, dotknięcie tego samego zegarka, dzielenie tego samego umysłu) i dziewczyna przekazuje mu światło, on zostaje przez nie wciągnięty z powrotem w cień, w zmianę, w chwilowe zapomnienie, jakie daje śmierć. Być może w pewnym sensie sezony istnieją tylko po to, by zbliżać te dwa symbole, Królową Życia i Króla Śmierci albo Pana Światła i Królową Powietrza i Ciemności, do siebie, jednoczyć je i nieuchronnie rozdzielać – a to jest jądro każdej opowieści. Nie ma tu „jego” i „jej”. Jest tylko binarny system poszukujący samego siebie, odpychający, niszczący, tworzący i znów przyciągający. Zawsze, gdy patrzyłam na Doktora, widziałam nie ojców, mężów, braci, mężczyzn przemieszczających się i drżących, ale siebie, bystrą, straumatyzowaną dziewczynę przemykającą przez życie innych ludzi tak szybko i jasno, pojawiającą się i znikającą jak magia, gdy przemierzyłam trzy kraje i pięć stanów w ciągu kilku lat, pisząc i przepisując opowiadania, aż wychodziły jak trzeba, proponując innym, by wyruszyli ze mną, raz za razem, aż ktoś powiedział „tak”, gadając bez ustanku, żeby nikt się nie zorientował, jak bardzo się boję, jak bardzo jestem samotna. Przepraszając, zawsze przepraszając. Zawsze patrzyłam na Doktora i widziałam siebie, patrzyłam na towarzyszy i widziałam życiowych towarzyszy.

Ale pamiętam też moją dawną dziewczynę, nieszczęśliwą, z oczyma pełnymi łez, powtarzającą: „Chciałam tylko być czyjąś towarzyszką. Nie jestem taka jak ty. Nie jestem Doktorem”. Pamiętam przerażenie, bo jej koło kręciło się tak daleko od mojego, a ja nie chciałam dziewczyny siedzącej w TARDIS i piekącej ciasteczka i nie wyobrażałam sobie, jak cykl, który rozpoczął się od zagubionej dziewczyny pracującej w sklepie, mógłby się skończyć złotym światłem wypełniającym łaską każdą komórkę ciała. Pamiętam, jak pozwoliłam jej odejść, bo nie potrafiłam jej kochać w żaden normalny sposób. Bo jeśli ten mechanizm nie jest uniwersalny, to pisanie głupich kosmicznych historyjek, w których powtarza się raz za razem, nie miałoby sensu. Wszystko się powtarza. Wszystko się zmienia. Wszystko zależy od tego, na którym jesteś kole. Czasem podróżujesz w górę, do nieba pełnego wściekłych robotów, które możesz obrócić w pył jednym gestem. Czasem podróżujesz w dół, do piekła pełnego demonów krążących w ciemności, czekających, aż znajdziesz się w ich zasięgu. Życie składa się głównie z przeskakiwania z jednego koła na drugie. Doktor robi to mniej więcej co trzynaście odcinków. My też. Życie tak właśnie płynie, tworząc wzory, kształty znajome i obce, i nie ma momentu, w którym kurtyna opada, a ekran przesłania czerń pulsująca pstrokatymi mgławicami. Czasem oglądalność jest niska i widzowie tęsknią za dawnymi atrakcjami. Czasem nasze demony są brzydkie i śmieszne, czasem są nudne i pojawiają się ciągle na nowo, chociaż wydaje nam się, że wyrośliśmy już ponad nie. Czasem żarty nie śmieszą, a wątek, który miał być podniosły, kończy się tragedią, porażką i wymazaniem wspomnień, ponieważ Życie i Śmierć nie mogą istnieć w tym samym ciele, ale na bogów!, jak byśmy chcieli, by mogły. Bardziej niż chcemy doskonałego świata i niemożliwego kochanka, chcemy, byśmy w tym świecie mogli być jednocześnie ludźmi i bogami, Światłem i Ciemnością, Donną i Doktorem, dwoma kołami wirującymi razem. Czasem wszystko wydaje się głupie i tandetne. Czasem śrubokręt dźwiękowy to tylko brzęczący, błyszczący kawałek plastiku. Czasem może zrobić wszystko. Wszystko się zmienia.

hades

Doktor i jego towarzysze to pinezki przypięte do mapy. Wciąż się regenerują, każdego roku, z zimy w wiosnę. Nasze reakcje: sympatia lub odraza, to, jak bardzo ich potrzebujemy, jak ich odrzucamy, mówią nam, jak daleko zaszliśmy, jak długa droga jeszcze przed nami. Są głupkowaci, odrażający, egocentryczni, wzniośli i niezwykli, i absolutnie niezbędni w świętym akcie tworzenia własnej mitologii.

Mówią nam też, że zawsze będzie następny sezon, gdy oglądalność wzrośnie, powrócą uśmiechy i wszyscy znów się spotkają. Odlecimy niebieską budką w stronę zachodzącego słońca, a naszą opowieść oświetli nareszcie blask dwóch kół, jednego opadającego w przeszłość, drugiego wznoszącego się wiekuiście w stronę przyszłości.

* * *

Fot. Koldun, en.wikipedia.org

Fot. Koldun, en.wikipedia.org

O autorce
Catherynne M. Valente jest amerykańską pisarką fantasy. Jej utwory wyróżniono m.in. nagrodami Andre Norton, Jamesa Tiptree Jr., Rhyslinga, Locusa, Mythopoeic, Lambdą. Rozgłos zyskała dzięki dylogii Opowieści sieroty i powieściom Palimpsest oraz Nieśmiertelny, wydanym również w Polsce. Catherynne Valente mieszka na wyspie u wybrzeży stanu Maine w towarzystwie rosnącej gromady stworzeń, z których niektóre są ludźmi.

 

Ilustracje: Karina Graj
Tłumaczenie z angielskiego: Artur Nowrot

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)