Fot. FX

Córeczka tatusia (Sex and Drugs and Rock & Roll, PREMIERA S01E01–05)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Pisząc o tym serialu, jestem strasznie skonfliktowana, bo to nie jest dobry serial. A już na pewno to nie jest serial dla wszystkich. To jest serial – ewentualnie – dla ludzi, którzy zrozumieją żarciki z historii Sonic Youth albo rozbawi ich dowcip o używaniu na backstage’u jednego eyelinera z Richiem Samborą. Czyli dla ludzi takich, jak ja. Takich, którzy powiedzą: O, jaki śliczniutki Marshall! Albo: hehe, basista komponuje rock opery, których nikt nie chce słuchać, bo kogo tam obchodzi basista w zespole, typowe, hehe.

Fot. FX

Fot. FX

Dla wszystkich pozostałych będzie to pełna niezrozumiałych referencji rzecz o treści dość banalnej. Starszy pan, niejaki Johnny, który ze dwie dekady temu był gwiazdą rocka, wokalistą (fikcyjnego) zespołu The Heathens, a teraz jest gwiazdą upadłą, na granicy bankructwa snującą sny o potędze – dowiaduje się, że ma córkę. Taką prawie dorosłą, imieniem Gigi. Do tego bogatą. I ta córka chce zostać gwiazdą w drugim pokoleniu. Jest gotowa zapłacić, jeśli tatuś napisze jej piosenki i namówi swoich dawnych kumpli, żeby nagrali z dzierlatką „prawdziwą” – aż się prosi o napisanie „true” – rockową płytę.

Rzecz dzieje się więc w salkach prób, w studiu nagraniowym, słuchamy sporo muzyki. I to też takiej roboczej, piosenek z „mruczandem” zamiast porządnych wokaliz; skrawków, pojedynczych riffów. Praca wre, pomysły się mielą i ścierają. Gościnnie zjawiają się w serialu prawdziwi i sławni muzycy oraz producenci, choćby Dave Grohl, Joan Jett, Greg Dulli czy Matt Pinfield. Momentami mamy do czynienia wręcz z konwencją documentary czy raczej w tym przypadku – mockumentary. Najlepszy i najbardziej prześmiewczy jest chyba Flash, grany przez Johna Corbetta (pamiętny „Chris o Poranku” z Przystanku Alaska), który w cudownie ironiczny sposób wciela się w dawnego kolegę z zespołu naszego bohatera, kolegę, któremu powiodło się znacznie lepiej i jest teraz producentem muzycznym, pracującym między innymi dla Lady Gagi. Wozi się limuzynami, operuje starannie wystudiowanym wizerunkiem dawnej ikony buntu i niezależności, jest znudzony, zblazowany, boski. Ale i do niego pomysł na powrót do aktywnego tworzenia i wykonywania muzyki na własny rachunek zaczyna powoli przemawiać. Razem z ponętną Gigi weterani zakładają wkrótce zespół The Assassins…

Fot. FX

Fot. FX

O czym są odcinki? A to tatuś usiłuje za namową wszystkich zainteresowanych rzucić dragi, żeby móc pisać lepsze, trzeźwiejsze piosenki dla córci – i cały epizod jest jedną, wielką, niezbyt skuteczną interwencją. A to znowu do sieci wycieka plotka o śmierci Johnny’ego i zamiast rzecz zdementować, management namawia naszego bohatera, żeby „pozostał martwy” przez dwa dni, bo sprzedaż starych płyt na iTunesach raptownie wzrosła. A to niespodziewanie zespół dostaje propozycję zagrania koncertu w Belgii i przez pół odcinka naśmiewamy się z ich ridera, czyli ekscentrycznych wymogów, dotyczących tego, co gwiazdorzy chcieliby mieć w koncertowej garderobie. Takie to są przygody.

Fot. FX

Fot. FX

A w backgroundzie plumka i dręczy, niczym szkic solówki, pytanie: kto będzie sławniejszy, seksowna córeczka o pięknym głosie czy może tatuś, który zaczyna odzyskiwać twórcze moce i apetyt na skakanie po scenie? Jak układać się będą ich relacje? W pewnym sensie najważniejszym tematem serialu jest związek ojca i córki, to jego dotykają kolejne odcinki.

Autorem serii i aktorem wcielającym się w główną postać jest komik Denis Leary, znany choćby z Rescue Me albo z Epoki Lodowcowej – gdzie jego głosem mówi tygrys szablozębny Diego. Bez względu na to, co myślą krytycy o cały serialu – tu zdania są podzielone – postać Leary’ego jest powszechnie chwalona, zabawna i nostalgiczna, idealnie pasująca do aktora. Wielowymiarowa. Dobra.

Podsumowując, serial polecam muzykom, weteranom salek prób i koncertowych scen oraz osobom, które głęboko siedzą w rockowych klimatach. Ewentualnie koneserom muzycznych seriali, bo jest tu sporo piosenek. Dla całej reszty świata ten średnio śmieszny sitcom będzie nieczytelny, a jego fabuła prawdopodobnie okaże się zbyt pretekstowa, luźna, pozbawiona dramatyzmu, żeby wciągnąć widza „sama z siebie”.

Fot. FX

Fot. FX

Jedno jest pewne: to mocny konkurent do tytułu najbardziej niszowego serialu tego lata. Kochaj albo rzuć!

Sex and Drugs and Rock & Roll
sitcom, musical
FX, 2015–

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.