Fot. MTV

Straszni doktorzy (Teen Wolf, PREMIERA: S05E01–05)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: Wskoczmy od razu w głąb akcji. W tym sezonie twórcy na całego bawią się formułą. Co sądzicie o zabiegu z retrospekcją? Przygoda zaczyna się od Lydii, znajdującej się w dość dramatycznym położeniu, a potem przeskakuje do początku, żeby nam pokazać, jak do tego wszystkiego doszło, w jaki sposób nasza wilcza kompania znalazła się w krytycznym stanie i na granicy śmierci. Ale nie tylko to jest szkatułkowe: jako poszlaka w toczącej się rozkmince pojawiają się wątki z nieco szmatławej książki dla nastolatków i o nastolatkach – dotyczącej dziwnych postaci znanych jako Dread Doctors. Takich trochę, nawiasem mówiąc, jak Silence z Doktora, bo się od razu zapomina, że się ich widziało.

Trochę Cybermeni, a trochę Silence. Teen drama i young adult novels. I jeszcze Doctor(s). Meta. Pomysł z książkami troszkę jakby ściągnięty z Supernatural. Cytaty, nawiązania. A poza tym, w rezultacie, przynajmniej jak dla mnie, ten sezon jest strasznie mroczny! Co Wy sądzicie o „głównych złych”, o konstrukcji całości i o zabiegu z retrospekcją?

Joanna: Mówiąc szczerze, początkowe sceny nastawiły mnie bardzo negatywnie do tego sezonu. Motyw z flashforwardem do sytuacji zagrożenia, a potem pokazywanie tego, jak do tej sytuacji doszło, uważam od dawna za jeden z najbardziej leniwych i tanich sposobów budowania napięcia. Jest to zabieg nie tylko wyświechtany (pojawia się w prawie każdym serialu, czasami na przestrzeni sezonu, czasami na płaszczyźnie jednego odcinka), ale i stanowiący wybitne pójście na łatwiznę – tworzy konflikt i napięcie w sposób dla mnie niezasłużony i sztuczny. Wolę konflikt wyłaniający się z przeciwstawnych motywacji czy charakterów postaci, czy stopniowe budowanie konsekwencji. Owszem, czasami flashforward się sprawdza (Lost, na przykład), ale w przypadku Teen Wolfa to nie jest raczej przemyślana narracyjnie strategia, tylko sposób na łatwy dramatyzm.

Początkowa scena zirytowała mnie jeszcze na innej płaszczyźnie – serial od dawna ma problem z Lydią, która zaczęła od bycia konsekwentnie okłamywaną (czasami „dla jej dobra”, co jest kolejnym zabiegiem, którego szczerze nie znoszę), a po poznaniu prawdy częściej jest zakładniczką własnych umiejętności niż osobą świadomie je kontrolującą. Lydia za często jest pozbawiana agency – kulminacją tego jest ta początkowa scena w szpitalu psychiatrycznym. Nie wspominając już o ciągłej i postępującej tendencji Teen Wolfa do traktowania szpitala psychiatrycznego, pacjentów i personelu, jako scenerii i środowiska horroru i dewiacji. Zdaję sobie sprawę, że to spuścizna gatunku, ale wybór lokacji i tematyki, a także konsekwentne wracanie do tematu, to już tylko i wyłącznie decyzja twórców.

Fot. MTV

Fot. MTV

Mysza: Poniekąd zgadzam się z Joanną. Również uznaję flashforward, po którym następuje wyjaśnienie jak do niego doszło, za jeden z najbardziej leniwych scenariuszowych tricków. Cieszy mnie też, że ktoś wspomniał o tym, jak bardzo Teen Wolf demonizuje schorzenia psychiczne i szpitale psychiatryczne. Rozumiem, że serial bardzo często przesterowuje pewne zjawiska poprzez przypisanie im ponadnaturalnych cech, ale w wypadku chorób psychicznych, które już i tak są tematem tabu, nie tylko wśród młodych widzów serialu, uważam, że jest to bardzo krzywdzące i szkodliwe zagranie. Tym bardziej, że Teen Wolf pod wieloma względami stara się jednak, w jakiś sposób, przekazywać te dobre wartości – przyjaźń, lojalność, umiejętność wybaczania, otwartość na innych, niewydawanie pochopnych osądów… tego typu wątki i akcenty widzimy niemal w każdym odcinku, przede wszystkim w relacjach między głównymi bohaterami (naturalnie poza momentami, gdy twórcy serialu sztucznie budują między postaciami konflikt).

Tym bardziej przykre jest, że tak, wydawałoby się, postępowy serial jak Teen Wolf wyświadcza sobie niedźwiedzią przysługę przy okazji poruszania wątków schorzeń psychicznych.

Niemniej sądzę, że warto zwrócić uwagę na coś, o czym wspomniała Pirjo: ten sezon rzeczywiście jest najbardziej mroczny z dotychczasowych. Jeff Davis i jego ekipa tym razem mocno uderzają w horrorowe tony. Z jednej strony mamy całkiem udaną próbę operowania napięciem i klimatem w postaci Dread Doctors, wobec których nasi bohaterowie są właściwie bezbronni. Nieubłagane, powolne zbliżanie się upiornych naukowców potrafi naprawdę wywołać ciarki na Mysim grzbiecie; podobnie zresztą jak ich konsekwentnie realizowany, tajemniczy plan. Z drugiej strony mamy w tym sezonie o wiele bardziej odważne operowanie akcentami gore – niemal w każdym odcinku znajdzie się jakaś wywracająca żołądek scena: wiercenie w uchu, pękające plecy, krwawiące rany, etc. Osobiście jestem zaskoczona za każdym razem, gdy widzę takie treści, oglądając Teen Wolfa – owszem, to serial o istotach ponadnaturalnych, ale to przede wszystkim produkcja dla młodzieży. Widać, że wraz z premierą Scream stacja MTV pozwala sobie na coraz silniejsze treści względem młodych widzów. Jestem jednak pełna podziwu dla Davisa i Spółki – efekty w tym sezonie, choć nieco obrzydliwe, stoją na bardzo wysokim poziomie i dodatkowo podkręcają jego niepokojący klimat.

Fot. MTV

Fot. MTV

Pirjo: Porozmawiajmy jeszcze troszkę o Dread Doctors. Z organicznego świata mitów celtyckich czy japońskich, nie wspominając już o folklorze wilkołaczym, przeskoczyliśmy do miejsca w którym mit i magia splatają się z nauką. Zagrożeniem są maszyny, szaleni naukowcy, oczywiście traktowani niezbyt poważnie, w sensie że nauka zachowuje się jak magia. Chodzi bardziej o technologię jako rekwizyt, moim zdaniem. I szczerze mówiąc, jest to jeden z kierunków, którego się spodziewałam, biorąc za wzorzec moją ulubioną Buffy, która też po wyczerpaniu najbardziej oczywistych wątków w kolejnych sezonach zboczyła w stronę eksperymentów, manipulacji genetycznych, rządowych spisków, robotów (i Buffybotów!) oraz całego niesławnego Initiative. Czyli z prastarych mitów do mitów bliższych współczesności.

Pojawiają się nam więc w Teen Wolfie chimery, niektóre naprawdę przerażające. Szczególnie krucza dziewczynka, ojej. W sezonie łączą się nauka, biologia, ale też magiczne, celtyckie drzewo. Nie zabrakło motywów szkolnych, o których mocy już nie raz pisałam. Biblioteka, szkoła po zmroku, korytarze, szafki, piwnice, moje ulubione detale. Podsumowując, podoba mi się kierunek, w jakim idzie serialowa mitologia, i sposób, w jaki stare łączy się z nowym. Jestem zajawiona i oglądanie sprawia mi przyjemność. A Wam?

Joanna: Wiadomo było, że w pewnym momencie serial zacznie zjadać własny ogon. Ale trudno mówić o wielkim wstrząśnięciu mitologią, jeśli ta w zasadzie była płynna i nie do końca przemyślana od samego początku – każdy sezon wprowadzał niejasności i niespodzianki, nie wyjaśniając ani nie stabilizując konkretów lore. Nie jestem zachwycona Dread Doctors – estetyka i zamysł są w porządku, zawiązania naukowe i technologiczne w miarę interesujące, cały wątek z książkami ma spory potencjał, ale… Nie wiem, nie ma tu dla mnie napięcia, nie ma punktu zaczepienia. Nie ma konfliktu, jest tylko zagrożenie. Nie tylko nie znam motywacji przeciwników, ale też nie jestem nią zainteresowana. Skojarzenie z Doktorowymi Silence jest dla mnie dość dobre – bo ja też co chwilę o nich zapominam, ale głównie ze znudzenia.

Byłam już znudzona kolejnymi powrotami Petera, ale trochę tęsknię za pierwszosezonowym przeciwnikiem – z charyzmą, z osobistą wendetą, z charakterem.

Fot. teen-wolf.tumblr

Fot. teen-wolf.tumblr

Mysza: Znów muszę się zgodzić z obiema paniami. Z jednej strony podoba mi się dalsze rozszerzanie mitologii serialu – nigdy nie była ona zbyt spójna, tak więc łączenie magii z nauką wcale mi nie przeszkadza. Tym bardziej, że wątek chimer czy w ogóle mieszania dwóch różnych ponadnaturalnych gatunków mimo wszystko, mam wrażenie, rzadko się w telewizji pojawia (nawet w serialu Grimm jest to wątek ledwie zarysowany). Sama idea chimer jest tym ciekawsza, że Ryan Kelley – aktor grający ujmującego zastępcę szeryfa, Jordana Parrisha, którego magiczna proweniencja nadal pozostaje tajemnicą – wspominał ostatnio w wywiadzie, że nadnaturalne pochodzenie jego postaci może mieć związek z greckimi mitami.

Widać więc, że tak jak w poprzednich sezonach mieliśmy główną oś mitologii celtyckiej, potem japońskiej, czy wreszcie południowoamerykańskiej (jaguarołak Kate), teraz twórcy zdają się skupiać na basenie morza Śródziemnego. Ja w każdym razie właśnie sekretu Parrisha jestem obecnie najbardziej ciekawa.
Z drugiej strony rację ma też Joanna. Choć Dread Doctors są upiorni z tym swoim steampunkowym wyglądem i makabrycznymi skłonnościami, to nie wiemy nic na temat ich motywacji. Te kilka hintów, tu i tam, które serial nam rzucił niczym okruszki z pańskiego stołu, to za mało, by zaangażować widza w Wielki Tajemniczy Plan „Tych Złych”.

Tym bardziej że jak na razie w bardzo niewielkim stopniu dotyczy on naszych bohaterów, czyli Scotta i jego paczki. Owszem, co chwila muszą stawać oko w oko z kolejnymi efektami chorych eksperymentów doktorów, ale dla nich samych trójka naukowców nie stanowi na razie bezpośredniego zagrożenia.

Gdy połączymy to wszystko w jedno – fakt, że bohaterowie nie mają konkretnego przeciwnika (wiemy, że Theo coś ukrywa, ale nadal nie wiemy do końca, jak się wpasowuje w plan Dread Doctors i stado Scotta), fakt, że nie wiemy, jaką rolę w planie naszych bad guyów odegrają chimery, wreszcie fakt, że nie znamy ostatecznego end game Doktorów… to wszystko sprawia, że sezon ten ma klimat, natomiast jego treść jest cokolwiek… rozlazła.
Oczywiście istnieje szansa, że na koniec wszystko się wyjaśni i ładnie zazębi, ale pod tym względem Teen Wolf nie raz nas już zawiódł.

Fot. MTV

Fot. MTV

Pirjo: Pogadajmy o bohaterach, starych i nowych. Scott znów przygarnia sierotki do swojej watahy, co jest urocze, choć docelowo może się okazać niebezpieczne. Miło patrzeć, jak ta postać dojrzała, jak fajnie sobie radzi jako alfa. Ale wszystkie nagrody za awesomeness zgarnia Stiles, który musi, musi zostać na zawsze człowiekiem, tak cudownie jest widzieć jego zmagania, i tak cudowna była scena z piątego odcinka, w nocnej szkole, walka Stilesa z chimerą, mrr.

Genialnie straumatyzowany Stiles to moja guilty pleasure, on tak cudownie gra, że mi brak przymiotników! Idąc dalej: Malia słodziak, wiadomo, ma cudowne teksty i bardzo ją lubię, ale z niebytu powrócił mój wymarzony pairing – Lydia i Stiles – i zaczynam znów wierzyć, że to się może wreszcie udać. Podobają mi się też nawiązania do wcześniejszych relacji, do pierwszych sezonów. Wzmianki o Dereku, zostawianie pamiątkowego znaczka A.A., albo scena w szpitalu psychiatrycznym, gdy Scott wspomina, jaka była Lydia na początku, i jak Stiles miał na jej tle obsesję. Tak, podoba mi się szacunek scenarzystów dla serialowej przeszłości, to, że dawne postacie i zdarzenia rezonują w teraźniejszości. I jeszcze podoba mi się, jak Scott troszczy się o Kirę! A Wy, co sądzicie o postaciach i dynamice między nimi?

Joanna: Te nawiązania do przeszłości są bardzo wybiórcze – Teen Wolf ma tendencję do zapominania o postaciach, jakby nie istniały. Jackson, Cora, Erica, Boyd, Isaac, Danny. Allison, która była ważną częścią grupy, zasłużyła sobie na jedno nawiązanie – jej najlepsza przyjaciółka Lydia nawet o niej nie wspomni. Zdaję sobie sprawę, że spora część zmian w obsadzie jest pozadiegetyczna – aktorzy rezygnują dla innych projektów czy też po prostu mają już dosyć – ale całkowite przekreślanie ich postaci jest dla mnie dość bolesne.

Lubię Malię i Kirę i budowane dla nich wątki zaczynają być dość interesujące, zwłaszcza eksploracja potencjału Kitsune w przypadku Kiry.

W tym sezonie dostaliśmy też ponowne znaczne rozszerzenie obsady – Liam, Mason, Hayden zaczynają mieć coraz bardziej znaczący czas ekranowy, chyba na wszelki wypadek, gdyby reszta starej obsady też zmęczyła się wilkołaczym życiem. Nie spodziewałam się, że będę nimi w ogóle zainteresowana, ale biorąc pod uwagę, że reszta postaci kręci się w narracyjne kółko, stanowią oni pewne przełamanie rutyny – zwłaszcza reakcje Masona na szaleństwa Beacon Hills są dość zabawne.

Fot. MTV

Fot. MTV

Mysza: Och, Teen Wolf ma straszne dziury w pamięci jeśli chodzi o występujące w nim postaci. Sama właściwie co odcinek głośno pytam się ekranu: „Gdzie. Jest. DANNY?!” Jak na razie, Davis nie zaszczycił mojego pytania odpowiedzią.

Warto przy okazji nowej obsady, która dołączyła w tym sezonie, wspomnieć dość istotny szczegół – jak sam Jeff Davis podkreśla, sezon piąty to senior year dla Scotta i jego paczki; co za tym idzie, wkrótce opuszczą mury Beacon Hills. Staniemy więc na fabularnym rozstaju, z którym niejeden młodzieżowy serial musiał się już zmierzyć, ale które to starcie, wcale nie tak dawno, sromotnie przegrało ukochane niegdyś przez wielu Glee. Ryan Murphy wprowadził do szkolnego chóru McKinley wiele nowych twarzy, ale ostatecznie bał się odciąć pępowinę „starej gwardii”. W efekcie dostaliśmy kilka końcowych, absurdalnych sezonów, podczas których serial nie mógł się zdecydować, czym chce być ani na której grupie się skupiać – na znanych, ale już nieco trącących myszką postaciach, czy na nowym, interesującym narybku.

Możliwe, że w przypadku Teen Wolf mamy do czynienia z podobnym zjawiskiem: Liam, Mason czy Hayden zdają się być stopniowo wprowadzaną „nową gwardią”, która ma zastąpić Scotta, Stilesa i Lydię, gdy ci odejdą w siną dal, w stronę uczelni i studiów. A przynajmniej ja mam nadzieję na taki, a nie inny rozwój wypadków. Wolałabym uniknąć sytuacji à la Glee, w której postaci stają się karykaturą samych siebie, a serial nie tyle zjadać będzie własny ogon, co chorobliwie go połykać. Poza tym, mimo ogromnej sympatii do Tylera Poseya czy Holland Roden, są to młodzi, zdolni aktorzy, przed którymi kariera stoi otworem. Szkoda byłoby, aby dusili się w produkcji, która nie ma już pomysłu na ich postaci; ba, szkoda byłoby także samych postaci, które, jak słusznie zauważyła Joanna, zdają się momentami kręcić w kółko. Pomijam już takiego chociażby Dylana O’Briena, któremu wróżę (i życzę) wielką karierę. Nie oszukujmy się: nawet jeśli Davis akurat da mu coś dobrego do grania – jak chociażby w odcinku piątym – O’Brien pod wieloma względami się w Teen Wolfie marnuje.

Tak więc osobiście jestem na tak, jeśli chodzi o nową obsadę. Jak na razie sceny Masona czy Liama to jasne punkty każdego odcinka i uśmiecham się za każdym razem, gdy pojawią się na ekranie. Także postać Hayden, mimo trochę sztucznie rozdmuchanego konfliktu między nią i Liamem, prezentuję się intrygująco.

Pirjo: Serial wkroczył w swój piąty sezon – jak sądzicie, oceniając po kilku odcinkach, czy to będzie nadal zwyżka, czy już może upadek? Wiem, że nie jesteście tak optymistycznie nastawione jak ja. Ja jednak w wakacyjnym trybie oglądania potrzebowałam dokładnie, precyzyjnie takiego contentu, nowej muzyki, świetnych sekwencji walk – z walczącymi dziewczynami! – i wystylizowanego, nowego Zła. Potrzebowałam Beacon Hills. A Wy? Jakie są największe minusy sezonu? Czy oglądacie już tylko z obowiązku?

Joanna: Obecny sezon oglądam chyba już tylko z przyzwyczajenia. Nowi bohaterowie nawet trochę mnie cieszą, ale nie ufam serialowi, który pozbywa się postaci bez mrugnięcia okiem, żeby potem nigdy już o nich nikt nie usłyszał. Nie przepadam za Stydią ani za Lydia/Parrish, więc ten sezon robi się dla mnie dość problematyczny, plus ogólne problemy z budowaniem narracji i wątkami głównego konfliktu nie przemawiają do mnie w ogóle.

Fot. MTV

Fot. MTV

Mysza: Nie jestem nastawiona tak negatywnie jak Joanna, choć brakuje mi też szczerego entuzjazmu Pirjo. Jestem gdzieś pośrodku. Głównie dlatego, że widzę w piątym sezonie – a przynajmniej w tym, co do tej pory z niego widziałam – elementy zarówno fantastycznego i jak do tej pory najlepszego sezonu Teen Wolfa, czyli 3B, jak i bodaj najgorszego (moim zdaniem) sezonu, czyli 3A. Z jednej strony mamy ciekawe konflikty między bohaterami i sporo intrygujących wątków związanych z rozwijaniem serialowej mitologii.

Z drugiej strony można odnieść wrażenie, że wątków tych – Dread Doctors, motywacje Theo, jego stłamszeni i zmanipulowani rodzice, przeszłość Malii, jej zainteresowanie Theo, nić love interest między Hayden i Liamem, dołączenie Masona do „kręgu wtajemniczonych”, cały wątek z chimerami, trauma Stilesa, rozwój relacji Lydii i Parrisha, mroczny sekret tegoż (co on robi z tymi zwłokami?), romans szeryfa Stilinskiego i mamy Lydii itd. – jest zwyczajnie za dużo. A sezon 3A zrujnowało, między innymi, zbytnie nagromadzenie wątków i fakt, że pod koniec sezonu zwyczajnie nie było jak ich wszystkich sensownie powiązać.

Chwilowo wciąż czerpię z Teen Wolfa na tyle dużo przyjemności, by oglądanie każdego kolejnego odcinka sprawiało mi więcej frajdy niż frustracji. Nie jest to jeszcze oglądanie z czystego obowiązku – jak ma w moim wypadku miejsce przy okazji Supernatural – ale jeśli Jeff Davis znów nie wyrobi się z zamknięciem wszystkich wątków w tym sezonie, nie wiem, czy będę w stanie z równie dużą sympatią podejść do kolejnego. Zobaczymy.

Fot. MTV

Fot. MTV

Pirjo: Żeby zakończyć na pozytywnej nutce, powiedzcie mi jeszcze, za co lubicie Teen Wolfa i jakie plusy dostrzegacie w sezonie numer pięć! Czy jest coś, na co czekacie? Na co macie nadzieję? Ulubiona postać, wątek, miejsce?

Joanna: Tęsknię za Derekiem. Nie spodziewałam się tego, ale tak jest. Na szczęście Derek może jeszcze się pojawi, nie tak jak na przykład Allison, po której nadal jestem w żałobie i chyba nigdy się z tym nie pogodzę (nawet nie z samą jej śmiercią, ale ze sposobem i z aftermath). Czekam więc może na Dereka.

Najlepsza rzecz w tym sezonie dla mnie to to, że większość bohaterów nie tylko wszystko wie o nadnaturalnej stronie Beacon Hills ale też dość dobrze komunikuje się ze sobą. Trzymanie bezsensownych tajemnic to numer jeden na mojej liście najgorszych kliszy serialowych. A jak pokazuje przykład Masona, wprowadzanie nowej osoby do kręgu poinformowanych też może być interesujące fabularnie.

Mysza: Rzeczywiście, to, jak w tym sezonie dogaduje się poszerzony „Scooby Gang” z Beacon Hills, przywołuje na moją twarz bezustanny uśmiech. Choć tu drobną rysą może się stać zachowanie Stilesa po śmierci Donovana.

Bardzo mnie też cieszy rozwój postaci Liama – z agresywnego, sfrustrowanego dupka wyrasta nam nieco rozbrykany, nieco nieogarnięty, ale współczujący, myślący chłopak. Pod tym względem szalenie przypomina mi Scotta z pierwszego sezonu. Tak więc tym bardziej wyczekuję i gdybam, czy Liam wkrótce zastąpi Scotta jako przywódca sfory z Beacon Hills.
Po cichu liczę też, że Davis wreszcie zagłębi się w przeszłość Malii, konkretnie w postać The Desert Wolf. Jeśli wizje dziewczyny o czymkolwiek świadczą, być może jeszcze w tym sezonie dowiemy się czegoś więcej o tajemniczej zabójczyni.

Jak na razie interakcje między postaciami oraz systematyczne, choć chaotyczne, rozwijanie mitologii serialu to najmocniejsze elementy Teen Wolfa. Jest też oczywiście muzyka – pod tym względem bycie produkcją MTV bardzo serialowi punktuje. No i jest Dylan O’Brien. He can do no wrong.

Fot. teen-wolf.tumblr

Fot. teen-wolf.tumblr

Teen Wolf
Teen drama, Supernatural drama
MTV, 2011–

Pirjo Lehtinen: człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Joanna Kucharska
Człowiek-katarynka, z opinią na każdy temat. Urodzona w Krakowie, żyje przed ekranem. Uzależniona od kawy, musicali i złych żartów słownych. Czasami pisze, częściej przeklina migający kursor. Porzuciła hatewatchowanie na rzecz hope-watchingu, bo zdrowiej dla psychiki.

Mysza
Fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)