Fot. HBO

W labiryncie (True Detective, S02)

Artykuł zawiera spoilery.

Pirjo: W podsumowaniu serialowego roku 2014 zdecydowana większość naszych autorów wymieniała pierwszy sezon True Detective jako najlepszą produkcję roku. Zachwytom nie było końca. Etykietka serialu doskonałego to coś, czemu trudno sprostać, z czym trudno się zmierzyć. Nagranie drugiej płyty po wystrzałowym debiucie jest zawsze stresem. Zacznijmy więc może ogólnie, hasłowo. Czy drugi sezon dorównał pierwszemu? Spełnił Wasze oczekiwania? Dał radę? Po której stronie dyskusji na ten temat się opowiadacie?

Piotr: Jestem rozczarowany drugim sezonem. Tak bardzo, że jestem bliski negatywnego zrewidowania opinii o pierwszym. Rok temu byłem bowiem przekonany, że wyjąwszy kilka minusów, mam do czynienia z czymś znakomitym. Tymczasem było najwyraźniej odwrotnie: Pizzolattiemu udało się przez przypadek, a w drugiej transzy zabrakło szczęścia i mamy to, co mamy. Tak sobie racjonalizuję dysonans poznawczy.

Fot. HBO

Fot. HBO

Jerry: Nie wiem, czy w ogóle jest sens porównywać sezon pierwszy i drugi, bo choć widzimy pewne elementy wspólne (świat jako istotny element budowania atmosfery, wykorzystanie muzyki i piosenek dla podkreślenia wymowy pewnych scen, skupienie się na postaciach i klimacie zamiast na klasycznej fabule), to mimo wszystko obie serie to skrajnie różne i autonomiczne dzieła.

I rozpatrując drugą odsłonę True Detective jako osobny produkt ja jestem zadowolony. I to pomimo tego, że widzę sporo mankamentów i problemów, które mogą rzutować na odbiór całości.

Katon: Widzę to jeszcze inaczej. Dla mnie drugi sezon był bardzo spójny z pierwszym. To nadal celowo przestylizowany, obsesyjnie nawiązujący do klasyki noir serial o popieprzonych ludziach, którzy z różnych dziwnych powodów postanawiają stać PO DOBREJ STRONIE. Podobało mi się.

Pirjo: Muszę się przyznać, że pierwszego sezonu nie dooglądałam do końca. Wszyscy mówili: zachwycisz się, to twoje klimaty, klimaty jak z Lovecrafta. A ja utknęłam w połowie piątego odcinka, rzecz wydała mi się pretensjonalna i przegadana, dotarłam tak daleko tylko w nadziei, że wreszcie jakaś postać, wątek, cokolwiek… poruszy mnie i zainteresuje. Niestety. Może to był zły moment, może kiedyś spróbuję ponownie, ale póki co nie zaiskrzyło. Natomiast właśnie zakończony drugi sezon wchłonęłam za jednym posiedzeniem i naprawdę mi się podobał. Bohaterowie, historia, wszystko. Dlatego chętnie posłucham, jakie plusy i minusy widzicie w tym sezonie, ocenianym jednak, z tego co słyszę, jako słabszy. Ocenianym w porównaniu z poprzednikiem.

Podobno wielu widzów rozczarował brak „nadnaturalnej” atmosfery i okultystycznych wątków. Czy rzeczywiście sezon numer dwa jest słaby? Szczególnie amerykańska część internetu ugina się pod ciężarem miażdżąco negatywnych recenzji.

Fot. HBO

Fot. HBO

Piotr: U nas jest Łukasz Najder, który na fejsbuku kręci nosem, że Polacy to naród scenarzystów telewizyjnych (tak jak sędziów piłkarskich i budowlańców) – czyli że znowu tłuszcza mądrzy się, zamiast bez protestu przyjmować wszystko do wiadomości.

Rozumiem, że mogła Ci się nie podobać pierwsza transza. Widzę coraz więcej jej wad – właśnie dzięki klęsce dwójki. Co ciekawe, Pizzolatto zapowiadał w pewnym momencie wątek okultystyczny, ogłaszając, że drugi sezon będzie opowiadać, cytuję: „tajemną okultystyczną historię transportu i handlu ludźmi w USA”. Okultyzm wyparował, dostaliśmy tajemnicze machlojki przy wytyczaniu nowej linii kolejowej. Co brzmi strasznie dziewiętnastowiecznie, bo, jak wiadomo, w wieku dwudziestym to raczej koncerny samochodowe ciągnęły za sznurki – przeciwko pojazdom szynowym.

Jerry: Od początku byłem nastawiony pozytywnie, właśnie ze względu na zapowiadaną, wręcz ostentacyjną odmienność od pierwszego sezonu. Tym bardziej, że Pizzolatto mówił o pójściu w kierunku noir, które bardzo lubi i którego również ja jestem wielkim fanem. Mało tego, krótko przed rozpoczęciem sezonu przeczytałem jego, utrzymany właśnie w klimatach noir, książkowy debiut zatytułowany Galveston i wiedziałem, że Pizzolatto czuje konwencję. I to jest właśnie moim zdaniem podstawowy plus.

Bardzo dobrze udało się oddać tak typową dla tego nurtu atmosferę zepsucia oraz walkę bohaterów ze skorumpowanym systemem, która musi doprowadzić do ich upadku. To się czuło niemal od samego początku i finał, który wzbudził przecież tyle kontrowersji, był w tym kontekście naturalnym zwieńczeniem opowieści. Niestety, jak wspomniałem, widzę także problemy tego sezonu. I podstawowym z nich był moim zdaniem pewien chaos. Po obu stronach barykady przewinęło się mnóstwo postaci i nie udało się twórcom uniknąć potknięć w budowaniu pewnych wątków. I nie wiem też, czy nie rozsądniejszym pomysłem byłoby ograniczenie ilości głównych bohaterów. Weźmy choćby Woodrugh. Ja czułem, po co twórcy tego bohatera tam umieścili, ale bądźmy szczerzy, jego wątek mógłby spokojnie być wykreślony, bez straty dla głównej osi fabularnej.

Katon: Fakt, czwórka bohaterów to było nieco zbyt wiele. Woodrugh był akurat kapitalną postacią, ale finalnie okazał się jakoś za słabo osadzony w całej historii. Także w historii Bezzerides czegoś zabrakło. Jedynie Ray i Frank „wybrzmiewają” w pełni. Nie mam jednak sumienia napisać o „niedociągniętych” postaciach niczego przesadnie złego – zabrakło raczej czasu niż pomysłu. Ale to nadal wina scenarzysty.

Piotr: O to, to! Bez Woodrugh byłoby więcej miejsca dla Bezzerides i Velcoro. Mogliby zostać pogłębieni, mogliby wejść w jakieś sensowne interakcje i wtedy finałowy seks miałby ręce i nogi.

Katon: Finałowy seks miał ręce i nogi. Dwoje ludzi bez nikogo na świecie zostaje samych w hostelu i może jutro zginąć. Co jeszcze było potrzebne, żeby świat był usatysfakcjonowany, że stało się to, co się stało?

Fot. HBO

Fot. HBO

Pirjo: Dobre pytanie! Mi się podobał rozwój tego związku, był logiczny i wszystkie emocje się zgadzały. A sama fabuła serii, zagadka? Czy ta opowieść się broni? Jeśli chodzi o mnie, jedyne czego byłam pewna od początku to fakt, że postać grana przez Jamesa Fraina (porucznik Kevin Burris) nie może być dobra, nawet jeśli nam go próbują zrazu sprzedać jako praworządnego policjanta.

Było dla mnie oczywiste, że okaże się geniuszem zła, ten aktor nie grywa innych postaci, więc w tym sensie część zaskoczenia zupełnie mi umknęła. Ale podobało mi się, jak precyzyjny był scenariusz, każdy z pobocznych wątków miał okazję wybrzmieć, każda choćby i trzecioplanowa postać znalazła w nim swoje miejsce. Jeśli ktoś się pojawiał na ekranie, pojawiał się po coś. Śledztwo przebiegało skokowo, lecz naturalnie. Odpowiadała mi dynamika serii. Trudno nawet oszacować, w którym momencie praca zawodowa stała się dla bohaterów krucjatą na rzecz ujawnienia prawdy, za wszelką cenę, bez względu na konsekwencje. Fascynująco mi się to oglądało. Postępujące uwikłanie. I podobało mi się zakończenie, trochę szkatułkowe, opowieść tej, która przetrwała. Dawanie świadectwa. Przekazywanie pałeczki. A Wam?

Piotr: To się wiąże ściśle z poprzednim wątkiem Wielogłosu. Co było bowiem główną wadą sezonu? Nadmiar. W pierwszym było dwóch detektywów i jedna, trudna, ale ostatecznie przejrzysta sprawa. Tym razem mamy trzech detektywów, jednego gangstera oraz zagmatwaną, wielowątkową intrygę. Wszystko w takim samym czasie antenowym. To znaczy przepraszam, finał dwójki był pół godziny dłuższy. Według mnie to było za mało czasu, żeby tak złożona sprawa mogła zostać satysfakcjonująco zamknięta.

Nic tu nie wybrzmiewa, dźwięk po wygraniu zaraz milknie, by ustąpić kolejnemu z listy. Dzieci ofiar napadu na jubilera – ich wątek jest na miarę nowego Chinatown, a serial załatwia go dosłownie w dwóch scenach. Zaginiona dziewczyna? Odbijają ją, jej się to nie podoba i zaraz znika. Rozprawa z Osipem? Kilka strzałów i koniec. I tak można o wszystkim.

Zakończenie rzeczywiście jest kilka klas lepsze, ale co z tego, skoro nie pasuje do wcześniejszych wydarzeń? Jakby scenarzysta wymyślił je w pierwszej kolejności i przepchnął, mimo że nie miał pojęcia, jak do niego doprowadzić. Szczytem jest nadajnik w samochodzie Velcoro. Nie dość, że świeci tak, że widać go w jasny dzień (pluskwy mają być tajne), to nie daje się odczepić, choć, jak widzimy, na założenie go bandyci/skorumpowani gliniarze mieli góra pięć minut. Bez sensu, ale jakoś trzeba było Colina odstrzelić.

Jerry: Fabuła mi się podobała i choć faktycznie można się było czasem trochę pogubić, nie wynikało to moim zdaniem z braku umiejętności scenarzystów, tylko ze stopnia skomplikowania. W drugim sezonie, jak w pełnokrwistym noir, zaczynamy od bulwersującej, ale wydaje się dość standardowej sprawy morderstwa, która okazuje się być puszką Pandory i odsłaniać rozkład i korupcję toczącą szczyty władzy.

Tu ośmielę się postawić nieco kontrowersyjną tezę. Zagadka i całe zawiłe śledztwo są elementem konwencji, ale to, co najistotniejsze dla Pizzolatto i co także mi się bardzo podobało to postacie i historie za nimi stojące. Jak wspomniałem wcześniej, możemy dyskutować, czy postaci pierwszoplanowych nie było za dużo, ale tak naprawdę każda była interesująca. I w zasadzie w przypadku każdej z nich mogliśmy obserwować z jednej strony drogę i zmiany jakie wymuszała na nich sytuacja, a z drugiej strony przeszłość, która doprowadziła ich do tego punktu, w którym się znaleźli. Która ich ukształtowała. To zresztą jest, podobnie jak to wyglądało w Galveston, jeden z nadrzędnych motywów tego sezonu.

Przeszłość jako czynnik sprawczy i odciskający piętno na teraźniejszości, coś, co nas kształtuje i od czego nie można uciec. I co najgorsze czynnik, który warunkuje, że nawet pozornie błahe kwestie (ostatni rzut oka na syna, niepotrzebnie spalona knajpa) mogą doprowadzić do poważnych konsekwencji.

Fot. HBO

Fot. HBO

Katon: Kuriozalne, chociaż przecież pozornie wierne tłumaczenie tytułu pogłębia nieustającą konfuzję. To nie jest serial o detektywach. Dla nas detektyw to taki pan, który swoim pomyślunkiem i metodami kryminalistycznymi rozwikłuje zagadki. W serialach o detektywach te zagadki są kluczowe dla konwencji. Tu „detective” to tytuł jakim określa się policjanta. To serial o glinach. Pytach. Pałach. I o tym, co konstytuuje prawdziwego glinę.

Inna rzecz, że intryga miała wszystko, co lubię. Była gęsta, wiarygodna i bardzo dobrze pokazywała, że świat opiera się mocno planom ludzkim, a entropia i inercja mieli po równo i złych, i dobrych. Nie mamy tu jednego geniusza zła, którego plan realizuje się punkt po punkcie. Przecież bardzo rzadko tak bywa. Jest raczej splot okoliczności i motywacji, który czasem działa tak, czasem inaczej. Źli goście zostali ujawnieni, policjanci okazali się bystrzy, dobrze sobie to wszystko rozkminili, tak. Ale przecież zawsze zostają niezawiązane nitki, nieprzemyślane decyzje, nierozważni koledzy. A czujność spada z czasem. Wielką ulgą był dla mnie serial o policjantach i bandytach pozbawiony jakiegoś niezwykłego masterminda. Tu plany robią ludzie i mylą się w nich, jak to ludzie.

Piotr: Zastanawiałem się nad tym i nawet tłumaczyłem znajomym, którzy zniechęcili się wcześniej ode mnie, że serial nazywa się „Detektyw”, a nie „Śledztwo” czy „Zbrodnia”. I to by było okej, gdyby scenarzysta powściągnął się z mnożeniem bohaterów. Co z tego, że każdy jest napisany szczegółowo i interesująco, skoro dostaje za mało czasu antenowego, żeby się pokazać widzowi.

Pirjo: Właśnie, porozmawiajmy o bohaterach tego rozdziału antologii. Jak dla mnie postacie są świetne. Dziewczynka z nożem, mroczniak z papierosem i angry kid. Ale właściwie oni wszyscy są gniewni, z przeszłością, z niepozałatwianymi sprawami. Trójka wkurzonych ludzi, niespokojnych. Polubiłam ich od momentu „powołania drużyny”, pod koniec pierwszego odcinka. Velcoro, Woodrugh, Bezzerides. A na czwartego jeszcze Frank, zakochany gangster. Co myślicie o nich i o dynamice między nimi? Mi podobała się też Kelly Reilly w roli żony Franka (bardzo ją lubiłam w szybko skasowanym Black Box). Co sądzicie o aktorstwie – czy obsada dobrze wywiązała się ze swoich obowiązków?

Piotr: Bohaterowie to parodia pierwszego sezonu. Tam było wszystko jasne: jest złamany tragedią i prochami Rusty oraz mieszczański hipokryta Marty. Tutaj gliniarze licytują się, które miało gorzej w życiu. Do tego ich popaprane życiorysy niczemu nie służą. Serial nic a nic nie zmieniłby się, gdyby w montażu wycięto Antygonie (co za pretensjonalne imię, Król w żółci brzmi przy tym godnie) ojca-hipisa i molestowanie seksualne?

Z kolei wątpliwe ojcostwo Velcoro i homoseksualizm Woodrugh istnieją tylko po to, żeby obu panów w decydującym momencie wystawić pod kule. Poza tym marnują czas antenowy. Porównajcie to z tym, jak w jedynce charaktery napędzają bohaterów.

No i interakcje. Nie widziałem bardziej wzajemnie obojętnej grupy postaci. Najpierw bohaterowie mieli się (na polecenie przełożonych) wzajemnie szpiegować, ale z niewiadomych przyczyn tego nie robili i fajny motyw przepadł. Potem, kiedy działali w drużynie, scenariusz z równie nieznanych przyczyn zagnał Antygonę i Velcoro do łóżka. To znaczy wiem z jakich: żeby było dziecko w finale.

Jedynym promykiem światła są Semyon i jego żona. Jeden poprawnie napisany związek na cały serial.

Fot. HBO

Fot. HBO

Jerry: O, jak bardzo się nie zgadzam z Piotrem! Po pierwsze złamanej przeszłości wymaga konwencja, ale co istotniejsze, właśnie te zaszłości były kluczowe dla całości opowieści. Bez pogmatwanej, czasem wspólnej historii postacie nie znalazłyby się w jednym punkcie, a na pewno nie podejmowałyby decyzji, na jakie się tutaj decydowały. Czasem decyzji, które wydają się głupie, nierozsądne czy wręcz niezrozumiałe.

Ale kiedy przyjrzymy się temu wszystkiemu, widać, że to było ze strony twórców przemyślane zagranie. Mało tego, przeszłość bohaterów ewidentnie wpływała na ich interakcje z otoczeniem i innymi postaciami.

Bez gwałtu na żonie Velcoro nie stałby się sprzedajnym gliną ze skłonnościami do przemocy i nie spotkałby się z Frankiem. Bez wyrodnego ojca i trudnego dzieciństwa Frank nie dążyłby tak obsesyjnie do bogactwa i uznania. Bez apodyktycznej i toksycznej  matki Woodrugh pewnie pogodziłby się ze swoją naturą. W końcu Bezzerides bez molestowania seksualnego nie byłaby tą postacią, którą widzimy. To właśnie ten fakt spowodował, że postanowiła, iż nikt jej więcej nie skrzywdzi, że będzie się umiała obronić, zamknęła się w sobie. Absolutnie to nie jest sztuka dla sztuki, tu każdy element służy budowaniu postaci i uwiarygodnieniu jej charakteru i decyzji, które podejmuje.

Piotr: Czy aby na pewno to tak wszystko do siebie pasuje? Weźmy Woodrugh – dla mnie najsłabszą postać – przecież oprócz homoseksualizmu mamy jeszcze wątek iracki. Warto spytać, co w końcu przymusza go do bezrozumnej szlachetności: ukrywana seksualność czy odium zbrodniarza wojennego? Jest wspomniana jakaś masakra cywili, są pieniądze w torbie (co sugeruje, że nie zostały zdobyte uczciwie, bo wtedy można by je wpłacić do banku, zamiast trzymać u mamy w przyczepie). Cały ten wątek gdzieś przepadł.

Jerry: Mi się wydaje, że nie tyle przepadł, co pozostał w niedopowiedzeniu. Twórcy uznali, że rzucą nam parę sugestii, a ich interpretację pozostawią widzowi. Mi się takie postawienie sprawy podoba, choć z zastrzeżeniami, które co do samej postaci wcześniej poczyniłem.

Fot. HBO

Fot. HBO

Katon: Wraca tu echo zarzutów wobec pierwszego sezonu – CO Z LALKAMI CÓREK MARTY’EGO? Wszystko i nic. Nie mam potrzeby otrzymania wszystkich wyjaśnień. Nie znaczy to oczywiście, że jestem zachwycony. Hipisowski ojciec Antygony (zgadzam się, trochę lol, ale przecież w sumie wiadomo czemu i ten lol pozostaje wewnątrz, a nie na zewnątrz świata przedstawionego) mógł okazać się nieco ważniejszy. Wątek sekciarskiej przeszłości guru, psychiatry i burmistrza trochę się marnuje jako klasyczny red herring, Woodrugh znalazł się jednak jakoś poza, gdy myśli się o całości.

Pirjo: Jak Wam się podobał serial – wizualnie? I emocjonalnie, to znaczy: czy trzymał w napięciu? Mojej opinii łatwo się domyślić, sposób podania zrobił na mnie wrażenie. Sekwencja strzelaniny zamykająca czwarty odcinek była genialna. Albo jak Colin Farrell sponiewierał tego szemranego psychiatrę w jego gabinecie, ta scena bolała mnie prawie fizycznie. O, albo jak sobie siedzieli Colin z Vincem nad czarną kawą w kuchni, a pod stołem, jak w westernie, każdy mierzył do tego drugiego z pistoletu. Pościg w lesie, w odcinku finałowym.

I te wszystkie małe detale. Dzielenie się papierosem, doskonały sposób, by pokazać rodzącą się bliskość, nie mówiąc ani słowa. Wrzucanie pierścionków do basenu, w złości i trosce. Brak zasięgu wi-fi, który nie pozwala wysłać tej ostatniej wiadomości. I muzyka towarzysząca serialowi, dobrana idealnie. Od starych hitów, przez skomponowaną dla Detektywa ścieżkę instrumentalną, po smętne piosenki na gitarę i głos, wygrywane przez szansonistkę w lokalnym barze.

Piotr: Znowu – wizualnie gorzej niż w pierwszym. Tu wiadomo dlaczego: poprzednio Fukunaga reżyserował osobiście, tym razem zadowolił się stołkiem producenta. Podobno zresztą przez konflikty z Pizzolatto, którego pomysłom trzeba było dorabiać ręce i nogi. Ale co tam plotki. Wystarczy porównać analizę z tego filmiku z dowolnym odcinkiem drugiego sezonu. Całe wizualne piękno gdzieś uleciało. Została standardowa narracja i standardowe zdjęcia telewizji jakościowej. Tak wygląda 99% seriali pozujących na coś więcej niż cotygodniowy procedural. Krajobrazy Kalifornii (te same zresztą) lepiej wygrywa ubiegłoroczny Bosch.

Z muzyki dobrze pamiętam tylko piosenkę Cohena – bo jest świetna. Z kolei piosenkarka z baru – skok to przez rekina i autoparodia.

Jerry: Faktycznie chyba brakło trochę Fukunagi, który kapitalnie poradził sobie ze zbudowaniem spójnej artystycznej wizji przez cały sezon. Czy to oznacza, że drugi sezon wypada źle? Moim zdaniem nie. Zmieniła się estetyka, z mrocznych bagien Luizjany trafiliśmy w sam środek miejskiego piekła (co zresztą było kapitalnie podkreślane przez analogiczne do pierwszego sezonu długie ujęcia lokalizacji), ale nadal mamy tę samą dbałość o szczegóły (weźmy choćby pierwszą wizytę w domu Caspere) i z pozoru nieistotne elementy, o których wspomina Pirjo.

Powiedziałem już na początku o muzyce, która nadal wypada znakomicie, a T Bone Burnett wyrasta wręcz na geniusza, który jak żaden inny muzyk w branży czuje, jak zilustrować dźwiękiem daną scenę. Zresztą jeżeli chodzi o poszczególne sceny, ich inscenizację i budowanie napięcia, to choć mieliśmy tu parę rzeczy nietrafionych (niepotrzebne poświęcenie Woodrugh), to całość bardzo mi się podobała.

Napięcie mieliśmy wiele razy i w pojedynczych scenach (Frank wracający do starych zwyczajów, jego rozmowa z Velcoro na temat gwałciciela, finałowa rozmowa Franka z żoną), jak i dawkowane przez cały sezon. Były oczywiście przyśpieszenia, jak choćby finał czwartego odcinka, niby podobny, a jak skrajnie inaczej zaprezentowany i rozgrywający zupełnie inne emocje, ale co ważne – twórcom udało się utrzymać napięcie niemal od pierwszej do ostatniej sceny.

Fot. HBO

Fot. HBO

Katon: Ten serial był i jest skrajnie stylizowany. I fakt – brakło Fukunagi. Było odrobinę gorzej, brakowało prowadzonej żelazną ręką spójności. I może faktycznie szalony Pizzolatto potrzebuje kogoś takiego obok siebie. Ale powiedziawszy to powiedzmy też, że nadal jest kapitalnie. Wszystko tonie w jakiejś piekielnej czerwieni, zamiast nieludzkiej i obcej przyrody mamy spełniający podobną funkcję fabularną zdehumanizowany krajobraz pełen fabryk, magazynów i autostrad. Wszystko się ze sobą klei.

Pirjo: Właśnie, miasto jako labirynt autostrad, pokazywany nam z lotu ptaka. Śledztwo jako poruszanie się w labiryncie. Detektyw, czyli wędrowiec przez labirynt, manewrujący na oślep, na czuja, między dobrem i złem. Te tematy, ważne już w pierwszym sezonie, powracają w drugim, w jego metaforyce, kadrowaniu, także w rozmowach. Czym jest prawda i jaka jest jej cena? Co pcha ludzi do ryzykowania życia? Jakim trzeba być człowiekiem, by być prawdziwym detektywem?

Czy widzicie w tej historii jakiś morał, myśl przewodnią, odpowiedź na zagadkę labiryntu? O czym jest ten serial, jeśli spojrzeć głębiej?

Piotr: O niczym. Być może miał być o czymś – o strukturalnym źle, które schwyciło w kleszcze świat – ale do tego potrzeba precyzyjnej, zegarkowej intrygi, a nie stosu motywów rzuconych w nadziei, że same się poskładają. Kto wytłumaczy, bez posiłkowania się internetem, o co chodziło w tych wszystkich przekrętach? Kto kogo szantażował, po co wielcy gracze włączyli gangstera średniej klasy do swoich interesów, żeby go potem oszukać, kto wreszcie grał przeciw komu w stanowej i miejskiej policji? Może ktoś da radę, lecz mnie nie chciało się zwracać uwagi na intrygę już po trzecim odcinku. Dawno nie widziałem, żeby tak banalną historię tak niepotrzebnie zagmatwano.

Jerry:  Jak w prawdziwym noir ta seria opowiada o zmaganiu się jednostki ze skorumpowanym system i o walce, której nie można wygrać. O tym, czy starczy nam sił, aby w kryzysowej sytuacji zachować się przyzwoicie. I co tak naprawdę znaczy przyzwoicie, co zrobić, gdy okaże się, że świat jest dużo mroczniejszy niż się nam wydawało (na marginesie motyw z odkrywaniem prawdziwej natury świata, ukrytej pod pozorami zwyczajności, jest niemal żywcem przeniesiony z pierwszego sezonu).

Czy to jest coś odkrywczego? Nie, i ja mam świadomość, że mamy tu do czynienia z mnóstwem klisz, ale wbrew pozorom pierwszy sezon też rozgrywał klasyczne motywy. Natomiast to, co według mnie Pizzolatto dodał od siebie, to motyw przeszłości jako siły sprawczej, która wraca często wtedy, kiedy najmniej się jej spodziewamy. Znów, pozornie nic odkrywczego, ale moim zdaniem bardzo fajnie udało się połączyć budowanie postaci i rozwój tej szkatułkowej intrygi.

Katon: Sezon pierwszy i drugi na poziomie przesłania są absolutnie spójne i nieprzesadnie oryginalne. To po prostu klasyczne noir w nowej odsłonie. Zło istnieje, jest potężne i dotyka wszystkich. Z jakiegoś powodu niektórzy, mimo że są pod jego wpływem może nawet mocniej niż inni, nie poddają się mu do końca i w wyniku splotu dziwnych okoliczności i jeszcze dziwniejszych motywacji zostają bohaterami. Tylko tyle, aż tyle.

Fot. HBO

Fot. HBO

Pirjo: I na koniec, czy w pomyśle na True Detective widzicie jeszcze potencjał? Będziecie oglądać kolejne sezony? Trzeci jest już przecież zamówiony. Czy w dobie naddatku procedurali i pewnego przesytu staroświecką, ale na swój sposób uniwersalną konwencją noir, jest miejsce na taką pogłębioną dekonstrukcję, na format z tak dużą ilością tekstu? Co będzie dalej?

Piotr: Z drugiego sezonu zapamiętam bardzo dobrą grę Farrella, ciekawy wątek Vaughna oraz nieustanne poczucie zmarnowanego potencjału – do ostatniego odcinka powtarzałem sobie, że oho, jest potencjał, za tydzień się rozkręci.

Po niesamowitym sukcesie pierwszej serii Nic Pizzolatto mówił, że może wszystko. Że formuła antologii oraz celowo ogólnikowy tytuł pozwalają mu na dowolne kształtowanie fabuł. Podobno są widoki na trzeci sezon. Jeśli będzie – dam mu szansę. Ale nie oczekuję za wiele.

Za to mogę postawić dwie tezy robocze. Po pierwsze, wraz z ostatnimi wtopami Pizzy i Moffata upada mit genialnego showrunnera. Po drugie zaś rodzi nam się nurt seriali przekombinowanych, symulujących mądrość i artyzm przez natłok. Razem z True Detective awangardą nurtu byłoby katastrofalne brytyjskie Fortitude.

Jerry: Znów pozwolę się nie zgodzić z Piotrem. I nie chodzi o samą ocenę drugiego sezonu, którą jak widać mamy skrajnie odmienną, ale o fakt jakoby True Detective był „przekombinowanym i artystycznym serialem, symulującym mądrość”. Moim zdaniem to właśnie mit pierwszego sezonu jako artystycznego, mądrego i genialnego zaważył na tak niskich ocenach drugiej odsłony. A moim zdaniem pierwszy sezon nie silił się na artyzm i nie popisywał erudycją. Podobnie zresztą jak drugi. Był autorską próbą zmierzenia się z nieco zapomnianym gatunkiem. Wtedy to było weird fiction. Teraz noir. I wszystko, zarówno wtedy, jak i teraz było podporządkowane konwencji.

Po prostu w przypadku pierwszej odsłony serialu mieliśmy do czynienia z motywami mniej ogranymi w popkulturze, a teraz Pizzolatto zdecydował się na gatunek, w którym czuje się dobrze, ale który nie ukrywajmy jest mocno wyeksploatowany. Ciekawi mnie w jakim kierunku twórcy pójdą w ewentualnym trzecim sezonie i myślę, że wyciągną także wnioski z potknięć, których się teraz nie ustrzegli. Reasumując, trzymam kciuki za kontynuację, bo myślę, że Pizzolatto nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.

Katon: Trzecia seria to też będzie noir, jak dwie poprzednie. Było już weird-fiction-noir, noir-kwadrat, obstawiam teraz Nową Anglię albo jakieś drwalskie stany przy Kanadzie. I myślę, że będzie fajnie.

Piotr: Pierwszy sezon rzeczywiście zaburza nam odbiór dwójki. Ale czy broniłaby się jako samodzielna całość? Pewnie zapamiętalibyśmy ją jako przeciętniaka z maleńkim błyskiem czegoś więcej. Ponieważ tym razem jestem adwokatem diabła, wyliczę moje zarzuty: nadmiar bohaterów (co najmniej o jednego Woodrugh za dużo), nadmiar wątków, które biją się o dostęp do świeżego powietrza, jak w przeładowanym pociągu; brak interakcji między bohaterami, czerstwe bon moty zamiast dialogów. Więcej tu widzę fascynacji Cormakiem MacCarthym niż czarnym kinem.

Jerry: Myślę, że bardzo dużo będzie zależało od indywidualnego podejścia, tego, czy historię i postacie kupimy, czy nie. Choć sam wskazywałem na to, że serial mógłby zyskać, gdyby ograniczyć liczbę postaci oraz na pewien chaos wynikający z dużej ilości wątków i stopnia ich skomplikowania, to oba te elementy nie popsuły mi zabawy. Podobnie zresztą jak dialogi, które szczególnie w wątku Franka wydały mi się celowo stylizowane na stare kino gangsterskie, a przez to dość mocno nieprzystające do dzisiejszej rzeczywistości. Każdy będzie to musiał sprawdzić samodzielnie, a przewrotnie powiem, że szczególnie ci, którym pierwszy sezon się nie spodobał. Może jak w przypadku Pirjo, kolejna odsłona True Detective okaże się czymś dla nich.

Pirjo: Szczerze mówiąc, jako entuzjastka drugiego sezonu, na to liczę! I dziękuję Wam za tak emocjonującą dyskusję!

Fot. HBO

Fot. HBO

True Detective
crime drama
HBO, USA, 2014–

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Katon
W ucieczce przed realiami własnego zawodu zajmuje się muzyką, filozofią, religią, kulturą i popkulturą. Ma niezasłużoną opinię prowokatora. Nagrywa, bloguje, spamuje, zbliża się do trzydziestki.

Piotr Górski
Krakowianin, nowohucianin. Urodził się i na tym właściwie kończą się dramatyczne momenty jego biografii. Dużo czyta. Ma eklektyczne gusta. Puścili mu opowiadanie w Nowej Fantastyce.

Michał Rakowicz

Michał „Jerry” Rakowicz – miłośnik horroru, kryminału i fantastyki w niemal każdej postaci, nieustannie walczący z pokusą dokupienia kolejnej książki, komiksu czy filmu do systematycznie puchnącej kolekcji. Na co dzień pisze na swoim blogu Jerry’s Tales (jerrystales.blogspot.com), udziela się w licznych projektach podcastowych i jest redaktorem serwisu Carpe Noctem.

 

 

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)