Wibbly-wobbly, timey-wimey, czyli czas w Doctorze Who. Część 1

Wibbly-wobbly, timey-wimey, czyli czas w Doctorze Who. Część 1

Jak funkcjonuje czas w Doctorze Who? Postaram się wam o tym krótko opowiedzieć – przede wszystkim w oparciu o New Who. Uwaga na spoilery.

Czas – podróże w nim – to oczywiście podstawowa materia serialu, jakkolwiek często zepchnięta zostaje na drugi plan, niknie pod niezwykłymi opowieściami o przygodach Doktora i jego przyjaciół. A jednak, choć zwykle stanowi dla tychże przygód jedynie punkt zaczepienia, konstytuując za każdym razem na nowo ich pozycję wyjściową, zdążyła przez ostatnie pięćdziesiąt lat z hakiem potężnie się rozrosnąć; otworzyć na wielorakie interpretacje swych praw, zrodzić paradoksy, obudować piętrowymi niuansami…

Nie zamierzam rzecz jasna dokonywać całościowej analizy funkcjonowania tego wymiaru, czy to od początku serialu, czy choćby i tylko w nowych seriach – takie zadanie wymagałoby ogromnego nakładu pracy i miejsca, a jego efekt zapewne zanudziłby was na śmierć zanim jeszcze doszłoby do wskazania pierwszych punktów zaczepienia, na których została oparta serialowa wizja czasu. Ten esej i tak nie należy do najkrótszych, nie ma więc sensu rozbudowywać go jeszcze bardziej. Postaram się pokazać w nim wybrane (przede wszystkim podstawowe dla ery New Who) aspekty czasu i ich funkcjonowanie w Doctorze Who, od kwestii najprostszych do takich, które wymagają wcześniejszego zgłębienia konstruktów, na jakich oparte są mechanizmy czwartego wymiaru w literaturze, kinie, telewizji itd.

Tak, czas w Doctorze Who nie jest bytem osobnym, charakterystycznym tylko dla tego serialu o podróżującym w czasie i przestrzeni Szaleńcu z Budką. Co nie powinno stanowić zaskoczenia, skoro właściwie wszystkie teksty fantastyki naukowej (czy to literackie, czy to posługujące się innymi środkami wyrazu) są ze sobą w jakiś sposób powiązane – nie mówiąc już o fantastyce w ogóle, ani tym bardziej innych środkach wyrazu, jakie wykorzystuje kultura; czy to niska, czy to wysoka, czy też plasująca się gdzieś w szerokim paśmie pomiędzy tymi dwoma biegunami.

1. Mimesis, baśń, utopia, sen

Fot. BBC

Fot. BBC

Jako że Doctor Who to fantastyka naukowa, właściwie z definicji zachodzą tu powiązania z naukami ścisłymi, których spojrzenie na czas ulega nieustannym zmianom, za którymi s-f musi (a w każdym razie powinna) podążać, by móc umiejętnie sprawiać wrażenie, że tak naprawdę je wyprzedza (i być może nawet faktycznie jakiś element naszego przyszłego cyfrowego świata przewidzieć). Jeśli zrobi to dobrze, jeszcze przez długie lata, przynajmniej we fragmentach będzie z sobą nieść dla kolejnych odbiorców (czytelników, widzów, słuchaczy[1]) poczucie aktualności: spójrzcie choćby na Wehikuł Czasu Wellsa[2]. Czy Doctor Who robi to dobrze? Pięćdziesiąt lat trwania i wciąż oddane rzesze starszych i nowszych fanów świadczą za tym, że owszem, jak najbardziej. Można się rzecz jasna spierać, czy jest bardziej, czy mniej zgodny z nauką, ale też musimy pamiętać, że wszechświat Doktora tak naprawdę nie jest naszym wszechświatem. Choć stara się go jak najlepiej naśladować, działają tam nieco inne prawa fizyki, funkcjonuje nieco inna chemia czy biologia. Niekoniecznie są one całkowicie spójne, ale też nie możemy powiedzieć, żeby wszystkie fakty naukowe naszego świata były z sobą całkowicie spójne. Inaczej w nich samych nie dokonywałaby się żadna zmiana, poza przyrostem nowych informacji, niedezaktualizujących jednak wcześniej posiadanej wiedzy, rzucających nań nowe światło jedynie o tyle, o ile pokazywałyby nam większy obraz świata, w którym żyjemy. Ale takie komplementarne fakty nie przebudowywałyby samego obrazu. Tak i w Doctorze Who mamy pewien mniej lub bardziej niecałkiem spójny obraz świata, który jednak w każdej chwili może ulec zmianie, zostać skorygowany. Jest to więc mimesis – naśladowanie – ale nie mimesis w skali 1:1.

Powtarza się wręcz, że to serial tak żywotny dzięki oparciu na zmianie, a czymże innym jest podróż w czasie, jeśli nie zmianą właśnie? Taki właśnie wiecznie zmienny serial ma największe szanse ciągle się aktualizować względem nowych naukowych teorii, choć – wiemy to dobrze – więcej w nim baśni niż suchej opowieści o tym „jak to wszystko działa”. Moglibyśmy zresztą przyjąć, że i czas jest tu baśniowy, ale to chyba jednak zły, zwodniczy trop. Oszukujący swą prostotą, gdy faktyczny obraz przedstawia się w sposób dużo bardziej złożony. Bo to może i jest baśń, mniej lub bardziej w pierwiastki baśniowe obudowana (zależnie od tego, jaka fala zmian się przezeń właśnie przetacza), ale oparty na zdecydowanie niebaśniowym kośćcu. Wells mógł swoje opowiadanie o podróży w kraj Elojów i Morloków wywodzić z utopii, ale już on był na tyle bystry, by stworzyć ten kraj antyutopijnym i taki fundament postawić pod całą późniejszą fantastykę naukową. Dziś elementy utopii i antyutopii wciąż są w gatunku widoczne (i Doctor Who nie ucieka od nich całkowicie), niemniej zmieniło się tu zbyt wiele, by w ich analizowaniu iść tylko i wyłącznie tak podstawowymi skojarzeniami. Czy sam Doctor Who jest bardziej utopią, czy jednak bardziej antyutopią, to temat na osobny felieton[3], warto w tym miejscu jednak wspomnieć o motywie przenoszącego w czasie snu, na którym przedfantastycznonaukowe utopie się w ogromnej mierze opierały. Nie można w nich było mieć pewności, że te podróże były czymś więcej niż snem „podróżnika”, w przeciwieństwie do science fiction (czyli także i Doctora Who), gdzie jak najbardziej taka oniryczna podróż jest realna nie tylko na tyle, na ile realny może być sen. Chociaż więc w Doctorze Who stanowi koncept raczej marginalny, to na tyle ciekawy, by poświęcić mu tutaj kilka słów.

Dzięki mechanizmowi dzielonego umysłu – jak mówi madame Vastra – „Podróżowanie w czasie zawsze było możliwe w snach”. Sen może być więc – przy spełnieniu odpowiednich warunków – współdzielony. Stanowi on swoistą przestrzeń upłynnienia świadomości, jej wyjścia poza ograniczenia ciał bohaterów, pozwalając im porozumiewać się na poziomie telepatycznym. To jedno z wielu użyć konceptu umysłu-ula, jakie się w Doctorze Who pojawiają. Czyli podróż w śnie korzysta z istniejącego już i mocno zakorzenionego w mitologii serialu mechanizmu. Kiedyś – za czasów Pytii – dużo bardziej rozpowszechnionego, jednak i obecnie, w nowych seriach, raz po raz ujawniającego się w mniejszym bądź większym stopniu. To stąd telepatyczne moce Doktora, prekognicja Gwyneth i Jemmy, Archanioł Mistrza z trzeciej serii, czy wreszcie sieć przesyłowa Daleków, do której włamuje się Oswin, wymazując z niej Doktora.

Jednakże co to znaczy: współdzielony? Jak można z kimś innym dzielić umysł czy sen? Jeszcze gdyby ten ktoś był tuż obok, dałoby się to wyjaśnić swego rodzaju przeciekaniem myśli – choć to już jest poziom fikcji, w realnym świecie nasze myśli są szczelnie zamknięte w naszych głowach i nie zostaną odczytane przez innych[4] – ale gdy taki ktoś jest bardzo daleko tak w przestrzeni, jak i w czasie? Czy w Doctorze Who istnieje pole telepatyczne nieograniczane przez czas, w którym jest zanurzone wszystko we wszechświecie? Pole pozwalające na komunikację poprzez siebie szczególnie czułym na jego drgania jednostkom i całym rasom? Gdyby założyć jego istnienie – a jakkolwiek nie zdaje mi się,[5] żeby jego istnienie zostało postulowane albo nawet jednoznacznie potwierdzone w samym serialu, uważam, że to sensowna hipoteza – do udziału w takim przenoszącym w czasie współdzielonym śnie potrzebna byłaby wola przynajmniej jednego z jego uczestników, zdolnego przesłać przez nie odpowiedni impuls. Poinformowanie interlokutorów (zaproszenie do spotkania) wydaje mi się gestem nie tyle niezbędnym, co jedynie grzecznościowym. Spójrzmy choćby na odcinek Imię Doktora, gdzie madame Vastra zaprasza Clarę na spotkanie w śnie, ale ta nie wydaje się chętna do kooperacji. Ba. Zostaje wręcz podstępnie uśpiona wbrew własnej woli i tym samym zmuszona do udziału w spotkaniu. A jednak – choć wyraźnie wcale nie ma zamiaru pojawić się w śnie Vastry, nie ma zbyt wiele do powiedzenia w tej kwestii. Wystarczy więc, że Vastra sięga do umysłu Clary swoim umysłem, by dokonało się ich połączenie. Oczywiście Clara, będąc już we wspomnianym śnie, może w każdej chwili go opuścić, postanawia jednak zostać. Widzimy tu również, że śniący w trakcie takiej podróży do pewnego stopnia może odczuwać, co dzieje się z nim i wokół niego na jawie. Jest to więc z pewnością forma świadomego śnienia, w której (niewielka) część świadomości pozostaje skierowana na zewnątrz.

Ale. Miało być o aspektach czasu podstawowych, a nie marginalnych dla New Who. Przejdę więc do nich, jakkolwiek muszę zaznaczyć, że w ich opisie i rozważaniach nie będę ograniczać się tylko i wyłącznie do tego, co pokazano i powiedziano nam w nowych seriach.

2. Wibbly-wobbly, timey-wimey?

Fot. BBC. Źródło: tumblr

Fot. BBC. Źródło: tumblr

Wielu z nas te cztery słowa dawno się przejadły, spowszedniały za sprawą naszego ulubionego scenarzysty, stając się synonimem prowizoryczności konstrukcji całych serii. Za tym określeniem kryje się jednak dużo więcej niż prosta niechęć do objaśniania, jak to wszystko działa. To tylko skrót myślowy, który można rozciągnąć daleko poza erę Moffata: na cały serial.

Czas, który można przepisać? Owszem. To jedno z wielu przedstawień czasu kołowego – a podróże w czasie stanowią jego specyficzną, zależnie od utworu mniej lub bardziej wibbly-wobbly, realizację. Zacznijmy od tego, że Władcy Czasu, wymyśliwszy i opracowawszy praktyczne metody podróżowania w nim, uznali, że czas linearny, wszechświat z jedną historią, z jedną uznawaną przez nich za słuszną linią wydarzeń, jest lepszy niż wszechświat nieporządny (przepisujący się wciąż na nowo), w jakim dane było im funkcjonować. W związku z czym zaczęli „sprzątać” w myśl zasady nieingerencji w wydarzenia. Eee… Czyli ingerowali czy nie? Możemy chyba przyjąć, że bywało z tym różnie (a już renegaccy Władcy Czasu, o których za chwilę, to zupełnie inna bajka), ale generalnie nie mieszali się do wydarzeń, co najwyżej przycinając zbędne ich zdaniem odgałęzienia czasoprzestrzeni i ściśle monitorując podróże w czasie innych kosmicznych ras. A w każdym razie próbowali działać w ten sposób, bo w praktyce wychodziło im to różnie, a i od renegatów – ingerujących nieustannie – nie odcinali się znów tak bardzo, jak chcieliby, żebyśmy wierzyli. Twierdzili, rzecz jasna, że ich porządki są tylko dla dobra wszechświata, ale właściwie można tu postawić śmiałą tezę, że po prostu byli sztywnymi dupkami bez poczucia humoru większymi biurokratami niż Voogoni. Ciekawe, czy ich poezja, jest równie okropna. Niemniej jakieś ziarno racji mieli, ostatecznie, jak napisano w Tardis Data Core: „Czas ma holistyczną strukturę, podobną do balonu. Jeśli nieudana próba podróży przekłułaby w nim dziurę, wszechświat umarłby w przeciągu wieków”. Czas nie jest więc zrobiony z rozciągliwej w nieskończoność gumy i ostrożność podczas manewrowania w nim jest czymś wysoce wskazanym. Ale, jak dowodzą przygody Doktora, jest też wystarczająco elastyczny, by znieść całkiem sporo zmian. Historia się dopasowuje. Historia umie zadbać o siebie samą. I oczywiście byli Władcy Czasu o odmiennych poglądach, Władcy Czasu, którzy z tej elastyczności historii korzystali – renegaci, którzy często stawiali się na Gallifrey persona non grata, przestawali używać swoich prawdziwych imion i wyruszali po przygodę. Doktor. Mistrz. Korsarz. Inni, których imion-przydomków nie znamy. Zdarzało się, że wracali do domu i czasem (jakkolwiek bardzo rzadko) nawet gallifreyański rząd korzystał z ich pomocy, ale przede wszystkim wykorzystywali możliwości, jakie dawało im posiadanie machiny do podróży w czasie.

Linearność, kołowość. Jak pokazuje powyższy ustęp, czas w Doctorze Who jest prymarnie kołowy i tylko wtórnie może zostać w nim podjęta próba osiągnięcia linearności – podążania zgodnie ze strzałką czasu, z jaką do czynienia mamy w naszym codziennym życiu, skierowaną tylko i wyłącznie od przeszłości ku przyszłości. Ale – powiecie – Władców Czasu, już nie ma, są tylko Doktor i Mistrz, a oni nigdy nie byli zainteresowani utrzymywaniem wszechświata w stanie jak największej linearności. Owszem, jednakże Gallifrey może w każdej chwili powrócić, a wtedy serialowy wszechświat stanie się trochę… sztywniejszy? A wróci zapewne (?) wciąż zamknięta w blokadzie Rassilona zwanej barierą transdukcyjną, o której w Posłuchaj najwyraźniej zapomniał Steven Moffat. Czym jest ta blokada? Otóż – jak można się było domyślić – Rassilon zabronił podróżowania po linii czasu Gallifrey i założył blokadę uniemożliwiającą tego typu manewry. Zamknął planetę w czasie linearnym, sprawiając, że po jej powierzchni można podróżować jedynie w przestrzeni i od przeszłości do przyszłości, sekunda za sekundą. Co oznacza, że wyprawiając się z niej dokądkolwiek, można na nią wrócić tylko w każdym momencie po ostatniej bytności na niej. Stąd w Posłuchaj Clara nie powinna móc zabrać TARDIS z Doktorem na pokładzie w jego dzieciństwo. I nie robi tu większej różnicy fakt, że Doktor nie widział siebie samego – choć nie wyszedł z TARDIS, znalazł się na swojej planecie w przeszłości. Sugeruje to wyraźnie, że Gallifrey będzie gdzieś tam w przyszłości znów możliwa do odwiedzenia – zamknięta w osobnym wszechświecie jest niedostępna w żadnym momencie swojego istnienia – ale takie złamanie blokady Rassilona można wyjaśnić tylko w jeden sposób: została ona w przyszłości zniesiona (a może sama pękła). Choć jeszcze w trakcie Wojny Czasu tę blokadę przekroczył Dalek Caan (przez co zresztą oszalał), co znaczy, że możemy najprawdopodobniej przyjąć, że jakkolwiek zwykła TARDIS[6] nie powinna móc jej przekroczyć, od początku nie była stuprocentowo niemożliwa do ominięcia. Chyba że w trakcie Wojny Czasu zaczęła pękać, a nikt nie miał głowy ani możliwości, żeby ją na bieżąco naprawiać.

I ostatecznie w czas linearny wpisuje Gallifreyan ich długowieczność, którą Władcy Czasu przełamują/wzmacniają cyklami regeneracyjnymi. Wszyscy mieszkańcy Gallifrey są długowieczni – na Gallifey jest się wciąż dzieckiem mając dziewięćdziesiąt lat – a Władcy Czasu zdają się wręcz nieśmiertelni. Regenerować właściwie też mogliby w nieskończoność, jednak zwykle wystarcza im przypisane przez Rassilona trzynaście odrodzeń. Mają więc niezwykle długie życia, a potem umierają na zawsze. Jakże Mistrz musi bać się śmierci, skoro tych trzynaście żyć to dla niego o wiele za mało. A Doktor? Czy on boi się umrzeć? Śmierć z pewnością za nim kroczy – zawsze gdzieś tam jest, immanentnie wpisana w kołowość podróży w czasie. Doktor chyba jednak trochę by się kłócił, że nie chce, że to jeszcze nie jego czas,[7], ale na koniec przywitałby ją jak starą przyjaciółkę, dobitnie świadom, że zbyt długie życie męczy. I tylko my – widzowie – bylibyśmy niepocieszeni, że musiał odejść, w związku z czym jednak niedane mu było poprzestać na trzynastu regeneracjach. Jakkolwiek by ich nie liczyć. Z pewnością wiele o zbyt długim życiu i wiecznym odradzaniu się wie też kapitan Jack. Wizja śmierci, którą w Torchwood rysuje Russell T Davies, jest jednak kontrastowo niepokojąca – już lepiej chyba żyć, nawet, kiedy życie boli za bardzo. A Jackowi tych złych momentów scenarzyści nie szczędzili. Regeneracje jednak to już kołowość – wieczność powrotów. A Jack? Jack powraca, ale niezmieniony samym faktem odrodzenia. Jego zmiany są powolne, zdecydowanie bardziej linearne niż kołowe. To wręcz nie tyle odrodzenie, co wymuszona kontynuacja egzystencji.

Więc co z tym wibbly-wobbly? Czas faktycznie jest przepisywany po wielokroć, zwłaszcza odkąd odeszli Władcy Czasu, ale i wcześniej takie przepisywanie miało miejsce, czy to dokonywane przez renegackich Władców, niezgadzających się z polityką nieingerencji, czy to przez innych podróżników w czasie i przestrzeni. Jak jednak rozumieć ten cytat, w którym Doktor mówi, że: „Ludzie zakładają, że czas to prosty postęp od przyczyny do skutku, ale tak naprawdę, z nielinearnego, niesubiektywnego punktu widzenia – jest bardziej jak wielka kula galaretowato-kisielowatego… czaso-maso… czegoś”? Wyobraźcie sobie splątany kłębek wielobarwnej włóczki, którym nieustannie bawi się stado kociaków. Gdybyście spróbowali go rozplątać, żeby porządnie go zwinąć, prędko natknęlibyście się na węzły niemożliwe do rozsupłania, fałszywe końce nitek, czy nitki dowiązane do tej „głównej”, którą właśnie śledzicie. Strzałka czasu jest tu powyginana, poplątana, często wręcz wielokrotnie się powtarza. To oczywiście wciąż mocno uproszczony obraz, niemniej wystarczająco dobrze oddaje trudność prześledzenia i opisania, jak to wszystko działa.

Są więc wydarzenia, które można zmienić, o których – z trudem – będą pamiętać tylko ci, którzy „stali w oku cyklonu”, którzy stanowili punkt zwrotny zmiany. Jak mówi Doktor w miniodcinku Good Night, wszyscy pamiętają sprzeczne wersje przeszłości, bo czas działa w ten sposób. Jest wciąż i wciąż zmieniany i nic – poza, nomen omen, stałymi punktami w czasoprzestrzeni – nie jest w nim stałe. To, co dla nas jest oszustwami pamięci, w Doctorze Who stanowi prawdziwy obraz świata, którego mieszkańcy w dużej mierze nie wiedzą, że to nie są oszustwa ich pamięci. W tej wizji wszyscy mamy lepszą pamięć, niż nam się wydaje, a tego, co się wydarzyło, nie da się całkiem wymazać. Nawet jeśli sobie o tym nie przypomnisz – tak jak Donna nie będzie pamiętać Doktora – będzie tkwiło ukryte w twojej podświadomości. Nie da się całkowicie zapomnieć. Kiedy Doktor twierdzi, że wymazał Donnie pamięć, to tylko uproszczenie. On niczego tu nie wymazał, a tylko zamknął wspomnienia o sobie w jej umyśle, poza dostępem jej świadomości. Ale, jak widzimy w odcinkach specjalnych po czwartej serii, Donna wciąż te wspomnienia w sobie ma, skoro może je sobie przypomnieć i stanowi to dla jej życia realną groźbę.

Ta możliwość zmiany jest swoją drogą porażająca, bo skoro nic nie jest stałe, jeśli wszystko, co wydarzyło się w naszym życiu, można zmienić – jednego dnia wielki adwersarz może je zniszczyć, zabijając nas w każdym momencie życia, wciąż i wciąż na nowo, drugiego nasza towarzyszka wskoczy w strumień tego samego życia i pozwoli nam nie wpaść w zastawiane wciąż i wciąż na nowo pułapki wielkiego adwersarza, ratując nasze życie poświęceniem swojego – to jaką wartość ma to, co pamiętamy jako ostatnio zaszłą wersję przeszłości? Skoro nawet śmierć można odwrócić? A jednak widzimy tu przekaz o wielkiej wartości życia. O tym, że każdy jest ważny. O radości z przygody. O bólu po utracie bliskich. O dążeniu do ich odzyskania za wszelką cenę. Jednak choć czas się powtarza, nie wszystko powtarza się wraz z nim. I zwykle – choć nie zawsze – tego, co raz umarło, i tych, którzy raz umarli, nie da się już ożywić. Zwykle cena jest zbyt wysoka, by ją zapłacić.

A w centrum tego wibbly-wobbly: Doktor. Postać o wielu imionach, które tym mocniej wpisują ją w paradygmat kołowy, im więcej ich się pojawia. Nadchodząca Burza, Valeyard, Szaleniec z Budką, Trickster, Pierwszy, Drugi, Trzeci, Czwarty, Piąty, Szósty, Siódmy, Ósmy, Dziewiąty, Dziesiąty, Jedenasty, Dwunasty. Pijana Żyrafa, Kustosz, Obdarciuch, John Smith. Doktor Wojny, Predator, Bestia, Theta Sigma. Przydomki, mówiące o nim o wiele więcej niż prawdziwe imię, które znają nieliczni. On sam twierdzi, że jest nieistotne – to najwyraźniej tylko zlepek sylab, który niewiele znaczy – i przecież ma rację. Kimkolwiek by go ono nie czyniło (czy to samym Rassilonem, Innym albo Omegą, jak chcieliby niektórzy, czy zwykłym mieszkańcem Gallifrey, który z trudem i tylko dzięki pomocy przyjaciół ukończył Akademię Władców Czasu), najważniejsze, że jest Doktorem – obcym o wielu przydomkach, immanentnie złączonym z czasem kołowym. Z czasem zmian.

3. Fixed/Flux

Fot. BBC. Źródło: tumblr

Fot. BBC. Źródło: tumblr

Stały i płynny. Jak pokazałam w poprzednim punkcie, czas w Doctorze Who składa się z płynnych momentów, które można zmienić, ale w których Władca Czasu wie, co się może wydarzyć i może wybrać, jakiej zmiany dokonać (albo czy w ogóle weń ingerować). Zwykle istnieje tylko kilka potencjalnych wariantów danego wydarzenia, jakie mogą zajść, są jednak momenty o jeszcze większej płynności. Tak twierdzi Doktor w swej dwunastej inkarnacji, gdy Księżyc okazuje się być smoczym jajem. I w inkarnacji dziesiątej, odnosząc się do możliwej śmierci Agathy Christie w roku 1926 czy zniszczenia Ziemi w początkach XX wieku albo w erze elżbietańskiej. To momenty, w których Doktor nie wie, co się stanie, ponieważ może stać się wszystko. Nie ma kilku możliwych scenariuszy – nic nie jest pewne. Te momenty stanowią przeciwwagę dla stałych punktów w czasie (czasoprzestrzeni) i są równie ważkie dla dalszych losów wszechświata. To momenty prawdziwej wolności, których struktura nigdy nie będzie zdeterminowana, tak jak absolutnie zdeterminowana jest struktura stałych momentów, których z kolei nie wolno zmieniać. A jeśli się spróbuje, należy być gotowym na konsekwencje. Zmiana stałego momentu to wbicie szpilki w balonik czasu. Przekłuj go i patrz, jak wszechświat ginie. Jak rozplata się czas. Te wydarzenia jednak silnie podlegają imperatywowi historycznemu, nie tak łatwo wypaczyć ich tor. Może uda się zmiana części towarzyszących im okoliczności, ale już nie zmiana ich sedna. To węzły konstytuujące czas – spajają go; splata się w nich cała przeszłość i przyszłość, które prowadzą do ich wydarzenia się, i od ich wydarzenia się biorą swój początek. Bez nich pozostałyby same luźne końce, których nie byłoby z czym powiązać. Bez nich nie byłoby na czym oprzeć kolejnych przepisywań niestałych momentów.

Władcy Czasu en masse zapewne potrafiliby taki stały moment zmienić, ale zwykle nie są, nie byli jako zbiorowość na tyle szaleni, by takich rzeczy próbować (nawet najbardziej szaleni Dalekowie nie ingerują w tego typu punkty). Co innego jednostki. W New Who taką jednostką jest River, która ponad wszechświat ceni życie Doktora i dla jego uratowania jest w stanie potężnie zaingerować w strukturę stałego punktu czasoprzestrzeni. Ona widocznie też boi się śmierci – lecz nie swojej. Wzruszająca jest scena, w której mówi Doktorowi o odpowiedzi na wezwanie do przyjaciół, by przybyli go ratować. Ale, mimo rozpaczy River, nic to nie pomoże. Śmierć kosmosu (a bez kosmosu jakże mógłby istnieć i Doktor) jest w stanie powstrzymać tylko śmierć Doktora. Zasupłanie węzła czasu na nowo. I oszukanie… nie, nie czasu, stały punkt przecież zaszedł. To tylko Cisze madame Kovarian nie miały pełnej informacji o tym, co naprawdę wydarzyło się na plaży nad Milczącym Jeziorem. A wydarzyło się dokładnie to, co stać się musiało.

Co więc można zmienić, a czego nie? Co decyduje o tym, że dana chwila jest bardziej lub mniej stała? Dlaczego to właśnie te, a nie inne punkty w czasoprzestrzeni muszą zajść? W jaki sposób Władcy Czasu rozpoznają, które sploty wydarzeń są tak ważne, że albo nie można ich nigdy zmienić, albo zawsze można w nich zmienić wszystko? Wiemy o nawigatorze czasoprzestrzennym, ale samo źródło wiedzy to nie odpowiedź na jej mechanizm. Jaki jest wzór na harmonię czasu w Doctorze Who? Nie mamy na te pytania odpowiedzi i może nigdy ich nie dostaniemy, choć dobrze byłoby móc posłuchać opowieści Rassilona czy Omegi o tym, jak właściwie to wszystko działa. Ale i tak przecież, wbrew pozorom, całkiem sporo o tym całym wibbly-wobbly wiemy.

Ciąg dalszy – w części drugiej

[1] Niekoniecznie w tej kolejności.

[2] Zestarzał się, ale jeśli chodzi o czas: nadal działa. Tamte pytania zdążono postawić po nim wiele razy, a jednak także w samym Wehikule czasu wciąż mają w sobie całkiem sporą siłę.

[3] Czy może nawet prelekcję albo panel szeroko otwarty na dyskusję ze strony słuchaczy.

[4] A w każdym razie nie na zasadzie umysł-do-umysłu. „Oklumencja” za pomocą technologii (jakkolwiek wciąż chyba jeszcze jest pieśnią przyszłości) może jednak te bariery pewnego dnia skutecznie przekroczyć.

[5] Nie znam całego serialu, więc oczywiście mogę się tu mylić. Pojawiają się w nim, co prawda pola metapsychiczne, jednakże są to pola wytwarzane przez konkretne osoby, czy rasy. Stanowią nie niezależny system podobny np. do grawitacji, a punktowe skutki wykorzystywania mocy telepatycznych, które gasną w momencie wygasania komunikacji na tym poziomie.

[6] A TARDIS Doktora, to dodatkowo mocno przestarzały model.

[7] Może niekoniecznie w tak dramatyczny sposób jak Dziesiąty w Do końca wszechświata („The End of Time”), ale jednak.

Ginny N.

Istota żywiąca się absurdem, fantastyką, serialami i muzyką alternatywną. Uwielbia książki w każdej postaci. Korektorzy z zamiłowaniem, choć przecinki czasem odmawiają jej współpracy. Pisze m.in. dla Gallifrey.pl, na blogu ziemniak i Dinozarły i współtworzonych z koleżanką (Ułomnych) recenzjach ziemniaka.