Wszystko zostaje w rodzinie (Mr. Robot, FINAŁ: S01E06–10)

Wszystko zostaje w rodzinie (Mr. Robot, FINAŁ: S01E06–10)

Tekst zawiera spoilery.

Pirjo: Zacznijmy od zwrotu akcji z odcinka ósmego. Hej, ja wiem, że to miało być niesamowicie zaskakujące, ale nie było. Zastosowane rozwiązanie jest oczywiste, a dla mnie to nawet nieco rozczarowujące. Trik pod tytułem „I am your father” kojarzy mi się bardziej z telenowelą niż ze starymi dobrymi Gwiezdnymi Wojnami, a tu na dodatek mamy jeszcze „jestem twoją siostrą”. O roli Pana Robota (jako „złego ojca”) rozmawiałyśmy już wcześniej, starając się rozpracować psychoanalityczo-psychiatryczną otoczkę serialu, więc napiszę może na obronę Mr. Robot tyle, że jedynym, co ratuje podane nam rozwiązanie fabularne, jest właśnie podkreślana od pierwszego odcinka warstwa freudowsko-jungowska oraz eksponowane nachalnie zaburzenia głównego bohatera.

Muszę jednak dodać, że choć sam twist raczej mnie zniesmaczył, to już jego rozegranie, reakcja Elliota, wszystko, co działo się później – jest mistrzowskie. Cudowna, pełna napięcia scena rozpoczynająca odcinek dziewiąty, w mieszkaniu bohatera, rozmawiającego z „cudem odnalezionym ojcem”. Krzyk, emocje, stłumione dźwięki w tle, czyniące z tego dramatu istny thriller. A potem scena w odcinku dziewiątym, na cmentarzu, pokazująca nam kawa na ławę to, co było dość jasne od początku sezonu i co delikatnie sugerowałyśmy w poprzedniej naszej rozmowie – że Pan Robot to tylko iluzja. Co o tym myślisz, Myszo? Choć Ty to pewnie byś chciała mieć Christana Slatera za ojca…

Fot. USA Network

Fot. USA Network

Mysza: Czy ja wiem, czy za ojca? Biorąc pod uwagę, że kocham się w nim niemal od dziecka, byłoby to mocno niezręczne. Ale ponieważ jesteśmy w klimatach Freuda, uznajmy, że moja sympatia do Slatera jakoś przejdzie ;)
Osobiście przyznaję, że nie wpadłam na to, iż Darlene jest siostrą Elliota i twist ten nie tylko mnie zaskoczył, ale także bardzo mi się spodobał. Myślę za to, że większość widzów zdążyła przewidzieć rozwiązanie wątku tytułowego Mr. Robota. Ale czy rzeczywiście?

Owszem, dowiadujemy się, że postać grana przez Slatera jest ojcem Elliota – podejrzewaliśmy to od początku i nie sądzę, by kogokolwiek ten wątek rzeczywiście zaskoczył. Równie przewidywalnym twistem była odpowiedź na pytanie, czy postać ta jest realna, czy jest jedynie wytworem wyobraźni Elliota, lub, bo taką opcję chyba też brałyśmy pod uwagę, czy jest odłamem jego osobowości.
Gdy się nad tym zastanowić, Sam Esmail zrobił w gruncie rzeczy rzecz niespotykaną – zamiast uparcie zacierać tropy, od początku dość wyraźnie sugeruje nam, że z postacią Mr. Robota jest coś nie tak. Owszem, nie mówi tego wprost, ale gra w otwarte karty z widzem – nie ma sztucznego rozdmuchiwania zabawy w kotka i myszkę. Zgadłeś, że Mr. Robot to ojciec Elliota i że jest częścią jego zwichrowanej psychiki? Super, możemy iść dalej. Nie zgadłeś? Ale miałeś niespodziankę, co?

Mnie przewidywalność tego motywu nie zdenerwowała tak bardzo, jak się tego początkowo obawiałam, gdy po obejrzeniu pierwszych odcinków wraz z Lubym spekulowaliśmy na temat kierunku, w którym serial może się potoczyć. Fakt, że nie odebrałam rozwiązania tego wątku jako lenistwa scenarzysty wynika z tego, o czym wspomniałaś. Reveal, że Mr. Robot jest zjawą ojca Elliota, nie jest rozgrywany jako moment „Aha, mam Was!”, tylko jako bardzo poruszająca, emocjonalna, istotna dla rozwoju Elliota scena. Widz ma być poruszony nie twistem fabularnym, a jego konsekwencjami dla uczuć i psychiki bohatera.
Zresztą, jak wspomniałam wcześniej, czy rzeczywiście Esmail zdradził nam kim jest tytułowy Mr. Robot? Wszak dowiadujemy się z finału, że to Elliot tak naprawdę jest Mr. Robotem; że wraz z Darlene stworzył fsociety. A o Elliocie, mimo wszystko, wciąż wiemy niewiele. Zakładam, że to właśnie w psychikę i przeszłość bohatera zagłębimy się, gdy serial powróci z kolejnym sezonem.

Fot. USA Network

Fot. USA Network

Pirjo: Z drugiej strony serialowej opozycji ying-yang, mój ulubieniec Tyrell został postawiony pod murem, w naprawdę dramatycznej, zaostrzającej się sytuacji, która zrobiła na mnie wrażenie, ponieważ nie oparto jej na tak taniej sztuczce jak w przypadku Elliota. Tutaj łatwiej jest mi uwierzyć w spiętrzone przeciwności, nacisk psychiczny na tę postać zarówno w domu, jak i w pracy, rosnące lawinowo stawki. Kiedy człowiek o lodowatym sposobie bycia staje się desperatem… nie wiadomo, co z tego wyniknie. Może wyniknąć nawet koniec świata. Bałam się Tyrella i bałam się o Tyrella. Czy powinnam się bać o mordercę? A przy tym wszystkim jest jeszcze Angela, która wykręciła naprawdę imponujący numer, na marginesie tych ambitnych, sekretnych, męskich planów, w które jej nikt nie wtajemniczał. Przyznam, że empatyzowałam z nią, była underdogiem serii. Choć koniec końców wylądowała w miejscu bardzo niebezpiecznym. Co sądzisz o tych postaciach i ich rozwoju, z perspektywy całego sezonu? A może masz jakichś innych ulubieńców?

Mysza: Och, moją ulubienicą jest z pewnością żona Tyrella, Joanna. Nijak nie mogę tej postaci rozgryźć i jestem nią absolutnie zafascynowana. Śmiem twierdzić, że do tej pory nie mieliśmy jeszcze na ekranach tak specyficznej postaci kobiecej, bo choć wyczuwam w niej odrobinę Amy z Gone Girl czy Claire z House of Cards, Joanna Wellick jest jedyna w swoim rodzaju.
Jestem też bardzo ciekawa, jak w dalszą fabułę wpasuje się Gideon, szef Elliota. Rozmawiałyśmy o nim przy okazji poprzedniego Wielogłosu, doszukując się paraleli z postacią ojcowską w życiu Elliota. Chciałabym, aby mimo pewnego odsunięcia od głównego wątku, Gideon w przyszłości odegrał większą rolę. Jego interesy stoją wszak w sprzeczności do planów Elliota – może na tej linii mogłyby się pojawić jakieś interesujące konflikty?

Fot. USA Network

Fot. USA Network

Zgadzam się natomiast, że Angela i Tyrell dzielnie zawalczyli o swój czas ekranowy. Pod wieloma względami to właśnie ich losy oglądam chętniej niż zmagania Elliota. Może wynika to stąd, że Elliot, mając problemy psychiczne – zwłaszcza z pamięcią – jest poniekąd białą kartą, nie tylko dla nas, widzów, ale także dla samego siebie. Z kolei Angela i Tyrell to postacie „kompletne”, które poznajemy na początku serialu, by w finale zobaczyć je w zupełnie innym, całkowicie niespodziewanym miejscu. Ta nieprzewidywalność, której zabrakło w wątku Elliota, wypłynęła właśnie w wątkach postaci drugoplanowych.
Osobiście nie mam wielkich problemów z kibicowaniem Tyrellowi. Rozbestwiły mnie te wszystkie seriale o antybohaterach, w stylu Dextera, więc z upiorną łatwością przymykam oko na zbrodnie, których Tyrell się dopuścił. Jego gwałtowny, widowiskowy spadek z piedestału – a także cała korporacyjna, wymuskana otoczka – mocno kojarzą mi się z filmem American Psycho. Zresztą mam wrażenie, że to celowy ukłon Esmaila w stronę tego kultowego filmu.
Co do Angeli… nadal mam wątpliwości odnośnie tej postaci i niestety w dużej mierze wynikają one z mojego stosunku do odgrywającej postać aktorki. Portia Doubleday gra przyzwoicie, ale jest coś w jej ogromnych, błękitnych oczach co sprawia, że nijak jej nie widzę w tym okrutnym, bezdusznym korpo-świecie. Być może dokładnie o taki efekt twórcom chodziło, niemniej Angela wydaje mi się w tym momencie fabuły postacią na tyle „nie na miejscu”, że nie mogę jej scen oglądać z pełnym zaangażowaniem.

Fot. USA Network

Fot. USA Network

Pirjo: Mi się raczej jej niewinność i bezbronność podobają, a dobre serce jest skutecznym orężem przeciw zinstytucjonalizowanemu Złu. Muszę też przyznać, że patrząc z perspektywy sezonu całkiem podobała mi się hakersko-korporacyjna intryga, jej zawikłanie, wielopoziomowość, tempo, czynnik ludzki i czynnik mechaniczny czy też zdigitalizowany. Epicka spirala, wyrywająca się spod kontroli architektów. Obfitująca w dramatyczne i w wyraziste momenty, z których najmocniej zapadło mi w pamięć samobójstwo na wizji jednego z szefów Evil Corp. i smażenie dysków w psim krematorium. Oraz scena po napisach końcowych! Niepokojąca, ale będąca kolejną przewidywalną kliszą – sugestią, że akt anarchii został starannie zaprojektowany przez najwyższych przedstawicieli korpo, a przynajmniej przeprowadzony za ich wiedzą i pod ich kontrolą.

Śledzenie tej warstwy opowieści było dla mnie jednak o wiele bardziej satysfakcjonujące niż freudowski tatuś deus ex machina, niż cały ten przewidywalny psycho-Fight Club. A relacja Elliot – Tyrell nadal wydaje mi się znacznie ciekawsza niż wyimaginowany papa i chory psychicznie syn. Jestem strasznie ciekawa, co stało się z Tyrellem. Jak myślisz? I jak podobał Ci się anarchistyczno-korporacyjno-hakerski wątek?

Mysza: Szczere, dla mnie wszystkie te wątki tak się nawzajem przeplatają i zazębiają, że trudno je od siebie oddzielić i indywidualnie ocenić.
Jak wspomniałam wcześniej, przewidywalność twistu związanego z ojcem Elliota wcale nie zadziałała mi na nerwy, bo została moim zdaniem bardzo umiejętnie przeprowadzona. Esmail miał i wciąż ma świadomość, że serial ten oglądają ludzie inteligentni i że nie ma sensu pewnych rzeczy przed nimi ukrywać. Lepiej je w swoim czasie ujawnić – wyłożyć niczym kawę na ławę, a potem znów „zhakować” widza, przyciągnąć go do kolejnych odcinków następną tajemnicą, dalszymi pytaniami. To dość znany motyw – odpowiedzieć na ważne pytanie tak, by widzowie zadali sobie siedem kolejnych – ale Esmail go świetnie wykorzystuje.

Fot. USA Network

Fot. USA Network

Poza tym dzięki takiemu podejściu dostaliśmy intrygujący cliffhanger związany z Tyrellem. Co prawda słyszałam już głosy, że sporo osób zawiodło się finałem serialu, ale mnie takie zakończenie cieszy. Pasuje do powolnego, nieoczywistego biegu wydarzeń, jakie się w Mr. Robot rozgrywają. Nie wiemy, co się stało z Tyrellem po tym, jak wyraził chęć współpracowania z Elliotem. Nie wiemy też, gdzie zniknął Elliot podczas tych trzech dni, które wyparowały z jego pamięci. Gdzie jest Tyrell? Czy to on ukrywał się pod maską fsociety w komunikacie oznajmiającym ich sukces w wymazaniu społecznego długu? Dlaczego Joanna podczas przypadkowego spotkania z Elliotem odezwała się do niego po duńsku? A co jeśli Tyrell i Elliot to jedna osoba i jest w istocie manifestacją powolnej spirali mentalnego upadku Tyrella?
Sama widzisz: więcej pytań niż odpowiedzi! Intrygująca jest też coda po napisach, w której widzimy White Rose udającą mężczyznę. Sam Esmail potwierdził, że postać ta to transkobieta, która w finałowej scenie pierwszego sezonu udaje mężczyznę. Pytanie tylko: dlaczego? Again, nie wiadomo. Możemy mieć nadzieję, że drugi sezon odpowie chociaż na parę z nich, ale jeśli wywiady z twórcą Mr. Robot na cokolwiek wskazują to na to, że Esmail dokładnie wie, jak chce tę historię poprowadzić. I będzie to robił powoli, meandrując ile wlezie. Ja w każdym razie czekam na drugi sezon z dużym zainteresowaniem i sympatią.
Tym bardziej, że skoro już mówimy o pamiętnych scenach, na długo zapamiętam końcówkę dziewiątego odcinka, gdzie pod rozmową Tyrella i Elliota słyszymy instrumentalną wersję Where Is My Mind The Pixies, co jest oczywistym i absolutnie przecudownym nawiązaniem do Fight Clubu. Ogromnie mi się podoba, że Esmail wie, iż widzowie serialu wyłapali podobieństwa między Mr. Robot i Fight Clubem i w ten sposób subtelnie składa tym powiązaniom ukłon. Przyznaję bez bicia – znalazłam na YouTube 30-minutową wersję tego instrumentalnego coveru i słucham go od paru dni niemal w kółko.

Fot. USA Network

Fot. USA Network

Pirjo: Przyszedł czas na podsumowanie. Obiektywnie Mr. Robot jest jednym z najlepszych seriali, jakie ukazały się jak dotąd w tym roku. Subiektywnie – nie jest to tak do końca serial dla mnie. Doceniam go, ale nie przeżywałam go zbyt mocno emocjonalnie. Nie trafił do mnie. To jeden z tych seriali, przy których już oglądając zadaję sobie pytanie, o czym to właściwie było i odpowiedź brzmi: o niczym. O niczym, do czego bym się mogła odnieść, w co bym się naprawdę wczuła. Jasne, postacie wiarygodne, muzyka genialna, kadrowanie, fabuła ma sens, logika jest na swoim miejscu. Wystawiam serialowi dobrą ocenę. Wszystko super, po prostu nie jest to rzecz pisana „pode mnie”.

Tak jakby występowało niewielkie przesunięcie w fazie między mną a tym serialem, nie pozwalające się nam w pełni zestroić. W tym roku niestety nie trafiłam jeszcze na nowy tytuł, który zachwyciłby mnie tak, jak zachwyciło mnie jakiś czas temu choćby Peaky Blinders. W przypadku tamtego tytułu porwanie emocjonalne i estetyczne szło ze sobą w parze i miałam wręcz wrażenie, że twórcy popisywali się przede mną, starając się na wyścigi sprostać wszelkim moim wymogom i fantazjom. Tu oglądam doskonałą rzecz, ale szytą na miarę kogoś innego, nie na moją. Niemniej jednak jestem ciekawa dalszego ciągu, oglądanie Mr. Robot jest ogromną przyjemnością, serial nie uwłacza intelektowi widza i stoi za nim mocny, całościowy pomysł.

Mysza: To w sumie ciekawe co mówisz, bo dla mnie Mr. Robot też nie jest serialem skrojonym na moją miarę, ale… kurczę, będę się starała do tej miary dorosnąć. Bo właśnie w ten sposób podchodzę do Mr. Robot – jako do serialu, który stawia przede mną wyzwania. Tak wiele z seriali obecnie przeze mnie oglądanych to produkcje, które choć wzbudzają emocje, rzadko kiedy są wysiłkiem intelektualnym – znam te postacie, ich charaktery, to, jak się zachowają. Znam świat danego serialu, wiem, jakie prawa nim rządzą, co się w nim może wydarzyć i jak te wydarzenia wpłyną na działania bohaterów. Nie chodzi nawet o to, że wszystko co teraz oglądam jest przewidywalne. Broń Boże! Wciąż jestem zaskakiwana, wciąż daje się porwać emocjom, nadal żyję losami moich ulubionych bohaterów. Ale nie czuję się intelektualnie połechtana.
Między innymi dlatego śmieję się, że Mr. Robot jest takim moim True Detective. Tamten serial nie był w stanie mnie porwać, choć rozumiem, co inni w nim widzieli. Ot, po prostu – nie moja para butów. A Mr. Robot jest pod wieloma względami podobny do True Detective – specyficzna, przemyślana oprawa wizualna, zawiła fabuła, dużo egzystencjalnych przemyśleń i zagłębiania się w ludzkiej psychice, niekoniecznie sympatyczni, ale intrygujący bohaterowie, etc.

Są widzowie, których True Detective zachwycił; mnie nie zdołał. Ale rozumiem chęć oglądania serialu, który stawia przed nami wyzwania, który nie daje nam spocząć na intelektualnych laurach. I tak, jak niektórzy szukają relaksu w okazjonalnym seansie bezmyślnej komedii, tak ja szukam w Mr. Robot ucieczki od telewizji, którą znam.

Jeśli za pewien czas okaże się, że – podobnie jak w przypadku True DetectiveMr. Robot zadaje więcej pytań niż oferuje odpowiedzi i że, jak sama piszesz, jest to serial o niczym, wówczas prawdopodobnie go porzucę. Nadal jednak będę zdania, że to jeden z najlepszych seriali, jakie nam się w tym roku trafiły.

Mr. Robot
cyber thriller
USA Network, 2015–

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Mysza
Fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)