Nieuchwytna tak samo jak sekretne prawdy wszechświata. Wywiad z Philipem Sandiferem

Nieuchwytna tak samo jak sekretne prawdy wszechświata. Wywiad z Philipem Sandiferem

(Click here for the English version.)

Philip Sandifer jest pisarzem blogującym i publikującym pod szyldem Eruditorum Press. Wśród jego projektów znajdują się serie TARDIS Eruditorum – obszerna analiza Doctora Who wraz z jego kontekstem kulturowym; The Last War in Albion opisujący historię brytyjskich komiksów oraz The Super Nintendo Project – zbiór recenzji gier na konsolę SNES. Philip zgodził się porozmawiać ze mną o swojej pracy, roli okultyzmu w krytyce literackiej i Doctorze Who.

Twoje teksty ukazują się pod szyldem Eruditorum Press. Do tej pory wydawnictwo to składało się tylko z ciebie, ale niedawno rozszerzyło działalność i będzie teraz publikować także teksty innych blogerów. Jak narodził się ten projekt i jaka jest jego misja?

Już od jakiegoś czasu chciałem wykorzystać nazwę Eruditorum Press, aby móc publikować czasem teksty ludzi, którzy nie są mną – kilka razy rozmawiałem z Jackiem Grahamem [autorem bloga Shabogan Graffitti] o tym, że mógłbym puścić jakiś jego tekst. Wiedziałem, że Jane [Campbell] planuje stworzyć miejsce do publikacji swoich prac. Rozmawiałem też z Kevinem i Jamesem [gospodarzami podcastu Pex Lives] o hostingu i reklamach i uznałem, że chyba już najwyższa pora spróbować.

Misja projektu jest ogólnie bardzo prosta – publikowanie interesujących, przemyślanych tekstów związanych z kulturą w nadziei, że spodobają się czytelnikom. I że przy okazji opłacą nam czynsz.

Po tekstach pozostałych autorów, które czytałem, widać, że różnicie się bardzo pod względem zainteresowań i poglądów – to na pewno wpłynie na różnorodność materiału, ale zastanawiam się, czy są jakieś wspólne elementy, które będą was łączyć?

Nie jestem pewien, czy mogę z całą pewnością stwierdzić, że istnieje jakiś szerszy element wspólny, ale myślę, że łączy nas pewna wrażliwość, że tak użyję tego prostego słowa, by przynajmniej dać jakieś ogólnikowe wrażenie. Wszyscy interesujemy się science fiction i fantasy, wszystkich nas zajmują szczególnie brytyjskie media, wszyscy jesteśmy otwarcie lewicowi i ciekawi nas, w jaki sposób science fiction i fantasy pozwalają na eksplorację tematu radykalizmu, no i wszyscy interesujemy się długą formą. Dlatego też sądzę, że jeśli ktoś lubi czytać jedno z nas, to doceni i resztę pomimo tego, że tak się od siebie różnimy.

Przejdźmy teraz do TARDIS Eruditorum, twojej krytycznej analizy Doctora Who i jego szerszego kontekstu kulturowego: wydaje mi się, że często bronisz odcinków, które ogólnie uznawane są za zwyczajnie kiepskie, że starasz się je zrehabilitować, znaleźć w nich coś, co stawia je w lepszym świetle. Czy uważasz takie podejście za istotne w twojej pracy krytyka?

Tak. To znaczy: w negatywnych recenzjach jest coś bardzo przyjemnego – po części właśnie dlatego uwielbiam teksty Jacka, który potrafi być absolutnie, bezlitośnie brutalny. Ale na świecie jest tyle sztuki, że większość z nas nie potrzebuje pomocy, żeby stwierdzić, co jest badziewne. Dlatego też, chociaż pisanie i czytanie naprawdę złośliwych recenzji to świetna zabawa, uważam, że pozytywne recenzje są prawdopodobnie ważniejsze i bardziej wartościowe.

Ale to nie wszystko: myślę, że jedną z najlepszych rzeczy, które możemy uczynić jako ludzie, jest większe docenianie i lepsze rozumienie tego, co dla nas nowe. Sztuka to nauka empatii. I moim zdaniem o to właśnie chodzi w dobrej recenzji, pomijając oczywistą funkcję rekomendacji – dobra recenzja uczy nas, jak smakować nowe rzeczy.

No i bądźmy szczerzy – żarliwa obrona niedocenianego klasyka i okrutne zrównanie z ziemią stoją ramię w ramię w panteonie autentycznie dających radość postaw krytycznych.

Twoje eseje bywają skomplikowane formalnie – mam na myśli na przykład esej o odcinku Human Nature/The Family of Blood z wykreślonymi i przepisanymi fragmentami eseju o powieści; esej o Bad Wolf/The Parting of the Ways z dwoma równoległymi kolumnami tekstu; czy wreszcie spektakularny esej o Logopolis, napisany w stylu gry paragrafowej prowadzącej czytelnika po kabalistycznym Drzewie Życia. Dlaczego forma ma dla ciebie tak duże znaczenie?

Uważam, że forma pomaga w znalezieniu nowych pomysłów. Zmienia pytania, które zadajesz – z „Jaki będzie następny akapit?” na „No dobrze, jak mogę napisać o Bad Wolf, wykorzystując te same koncepcje czy frazy, których przed chwilą użyłem, pisząc o The Parting of the Ways?” W niektórych przypadkach to wiele ułatwia – tak samo jak „Który odcinek Doctora jest twój?” to bardzo trudne pytanie, ale „Jaka jest twoja ulubiona historia z Patrickiem Troughtonem?” jest już dużo prostsze, a „Co lubisz bardziej: Power of the Daleks czy Evil of the Daleks?” to zupełna łatwizna.

Forma pomaga też wyjść poza najbardziej oczywiste idee. Jeśli weźmiemy na przykład Human Nature i zadamy sobie pytanie: „OK, co można o tym powiedzieć?”, to natkniemy się na kilka rzeczy. Można napisać o aktorstwie Tennanta albo o uczłowieczeniu Doktora, albo o krytyce moralnej, albo o porównaniu obu wersji. I nie chodzi o to, że żaden z tych tematów nie jest ciekawy, tylko o to, że o obu wersjach napisano już to samo dziesiątki razy, bo każdy, patrząc na nie, widzi to samo. Więc zmuszając się, by spojrzeć na tę historię z nowej perspektywy, zmuszasz się, by znaleźć nowe rzeczy do powiedzenia.

Wydałeś książkę pod tytułem Recursive Occlusion, która przerabia wspomniany wyżej esej o Logopolis na relację o tym, jak zachodnia tradycja okultystyczna przejawia się w Doctorze Who, czasem, w moim odczuciu, wykraczając poza bezpośrednie wpływy (chociaż Wojenny Doktor świetnie się sprawdza jako manifestacja piątej sefiry w kabalistycznym Drzewie Życia, to niekoniecznie do tego zmierzał Steven Moffat, tworząc go). To prowokuje do postawienia szerszego pytania: dlaczego okultyzm jest przydatny w interpretacji sztuki?

Nauki humanistyczne mają długą tradycję bycia ostatnim bastionem zdyskredytowanych gdzie indziej ideologii. W literaturoznawstwie, którym zajmowałem się naukowo, Marksa i Freuda ciągle traktuje się poważnie w sposób niepraktykowany nigdzie indziej. I myślę, że okultyzm jest ostatnim krokiem na tej drodze – dyscypliną badawczą zdyskredytowaną do tego stopnia, że nawet humaniści nie biorą jej serio.

I szczerze mówiąc, wydaje mi się to ważne. Jak wspomniałem wcześniej, moim zdaniem krytyka powinna pokazywać rzeczy niekoniecznie oczywiste. I chociaż te podejścia nie sprawdzają się na gruncie empirycznym, sądzę, że nadal są bardzo atrakcyjne. Nie jestem pewien, czy Freudowi udało się zrozumieć wielu rzeczywistych ludzi, ale rany, jak on rozumiał Hamleta! Mimo wszystkich porażek rządów marksistowskich – a polscy czytelnicy mają oczywiście o wiele głębszą ich świadomość niż ja – myślę, że Marks jak nikt inny opisał, jak to jest być relatywnie ubogim pracownikiem w systemie kapitalistycznym. Więc perspektywy te świetnie się sprawdzają, jeśli chodzi o znajdowanie nowych sposobów patrzenia, zwłaszcza na sztukę, która przecież nie jest ograniczona empiryzmem.

Do okultyzmu jako metody interpretacji ciągnie mnie w większości z tych samych powodów. Myśl o istnieniu jakiegoś zagubionego, ukrytego porządku rzeczy jest niesamowicie atrakcyjna. Nawet jeśli to tylko ludzki instynkt znajdowania wzorców rzucający się na ślepo na przypadkowy szum nic nieznaczącego wszechświata – czego nie wykluczam – wrażenie obecności jakiejś prawdy, która wymyka ci się z rąk, gdy tylko po nią sięgasz, jest fundamentalnie pociągająca. Stanowi więc użyteczny sposób odczytywania opowieści; zwłaszcza że sztuka bywa nieuchwytna w dokładnie taki sposób, jak sekretne prawdy wszechświata.

Skoro mowa o okultyzmie: prowadzisz jeszcze jeden cykl blogowy – serię recenzji gier na Super Nintendo, będącą jednocześnie zaklęciem, które ma zniszczyć Gamergate. Gdyby TARDIS Eduritorum było zaklęciem, jaka byłaby jego funkcja?

Cóż, przede wszystkim nie chciałbym sugerować, że „magiczny rytuał mający zniszczyć Gamergate” to fraza, którą wypowiadam bez pewnej świadomości tego, jak absurdalnie ona brzmi.

Natomiast jeśli chodzi o TARDIS Eruditorum, to, przynajmniej w sensie praktycznym, chodziło o stanie się wiarygodnym pisarzem z bazą fanów chcących wspierać moją pracę na tyle, bym mógł się z niej utrzymać. Taką zmianę przyniósł ten projekt w moim życiu i pod tym względem zawsze będę go traktował poważnie.

Oczywiście drugą stroną medalu jest to, że TARDIS Eruditorum stało się listem miłosnym do progresywnej tradycji w brytyjskiej polityce i tożsamości zakończonym na trzy miesiące przed wyborem większościowego rządu torysów, więc wiesz. Pokora.

Jedną z najistotniejszych koncepcji w twoim odczytaniu Doctora Who jest alchemia, rozumiana jako – jeśli jednozdaniowa definicja może chociaż trochę przybliżyć istotę sprawy – dążenie do oświecenia poprzez transformację tego, co niskie i nieczyste w to, co czyste i święte. Jednocześnie droga do tego zasadniczo duchowego celu wiedzie przez coś, co nazwałeś „materialnym społecznym postępem”. Ciekawi mnie, jaka zachodzi między nimi relacja i jaką w tym wszystkim rolę pełni Doctor Who?

Cóż, na pewnym poziomie funkcją Doctora Who jest trzymać to wszystko razem. Alchemia to specyficznie wyrazisty motyw w Doctorze Who, głównie dlatego, że David Whitaker, pierwszy script editor serialu, sięgał po nią, gdy tylko potrzebował technobełkotu. A później w The Brain of Morbius pojawia się kwestia, która, gdy pisałem o tej historii, doprowadziła mnie do postawienia tezy, że w Doctorze Who sekretem alchemii jest materialny społeczny postęp. Co wydawało mi się zgrabnym sposobem na powiązanie elementów komentarza społecznego w serialu z jego dziwacznym mistycznym skrzywieniem.

Jeśli chodzi o to, dlaczego historia i alchemia tak dobrze się razem łączą, to kusi mnie, by zażartować, że historia to kolejna zdyskredytowana ideologia. Natomiast bardziej na poważnie, alchemia ma dwie podstawowe zasady: „jako w górze, tak i w dole” oraz „solve et coagula”, czyli dziel i łącz. Pierwsza, mówiąc krótko, oznacza, że to, co dzieje się w dużej skali, dzieje się też w małej, zaś druga to po prostu idea rozkładania rzeczy na czynniki pierwsze i łączenia ich w całość. I wydaje mi się, że obie to bliscy krewni procesu historycznego. Jeśli się w to zagłębić, to cały ten pomysł, że historia to proces wiodący do duchowego oświecenia, ściągnąłem po cichu z Hegla.

Skoro mówimy o relacji Doctora Who i procesów historycznych, to warto wspomnieć też o polityce. Na tyle, na ile można w serialu mówić o spójnym zestawie wartości politycznych, jak byś je scharakteryzował?

Cóż, tak naprawdę są to bezbarwne, wspierające status quo wartości spod znaku „wszystko dla wszystkich”, charakterystyczne dla BBC. Tylko że BBC ma pewną szlachetną tradycję traktowania kontrkultury i awangardy poważnie, w ramach podejścia „wszystko dla wszystkich”. I myślę, że Doctor Who ze swoją estetyką zestawiania „zwyczajnych londyńskich nauczycieli z obcymi światami” zawsze był jednym z narzędzi, dzięki którym BBC mogło z największą łatwością eksplorować awangardę i dziwność. Więc chociaż serial stanowi typowy przykład burżuazyjnego liberalizmu, to żywi też ciągłą sympatię do myśli, że może najlepiej byłoby dla zabawy spalić cały świat. Tak jak żywi ją, oczywiście, burżuazyjny liberalizm.

Z różnych powodów media okołodoktorowe (powieści, słuchowiska Big Finish itp.) nie są zbyt popularne wśród polskich fanów – ostatnio nawet część fandomu dyskutowała o tym, jak namówić ich, by otwarli się na komiksy, powieści czy słuchowiska. Z mojego punktu widzenia jedną z najważniejszych kwestii jest to, czy expanded universe ma do opowiedzenia autentycznie ciekawe i istotne historie o Doktorze, czy jest to tylko produkt promocyjny towarzyszący serialowi. Jak oceniasz związek serialu i innych produktów medialnych związanych z Doctorem Who?

Ech. Chyba rozczaruję wiele osób, ale szczerze mówiąc, najlepszy Doctor Who to serial, a cała reszta to rodzaj leku przeciwbólowego na ten trudny czas, kiedy nie ma go na antenie. A że okres ten to praktycznie cały rok minus 12 godzin, to my, hardkorowi nałogowcy, potrzebujemy takiego środka. Więc raczej nie, nie uważam, że to reklama. Jakby to powiedzieć: raczej mało kto trafia na serial przez Big Finish.

Niestety jednak cały rozszerzony wszechświat Doktora nie podlega takiej kontroli jakości jak serial. Oczywiście można tam znaleźć rzeczy genialne – na przykład powieść Davida Whitakera na podstawie The Daleks, która jest chyba nawet trochę lepsza niż oryginał. Ale można też znaleźć rzeczy średnie, zwłaszcza jeśli chodzi o Big Finish, które, bądźmy szczerzy, wypuszcza dużo więcej rzeczy, niż nakazuje rozsądek.

Jesteś wielkim fanem twórczości Stevena Moffata. Co twoim zdaniem jest jego najmocniejszą i – żeby nie obyło się chociaż bez niewielkiego wyzwania – najsłabszą stroną w roli scenarzysty?

Myślę, że określenie jego największej słabości jest w pewien sposób łatwiejsze, ponieważ, tak, jestem jego ogromnym fanem i uważam go za jednego z najlepszych scenarzystów telewizyjnych – na równi z [Dennisem] Pottterem, [Jossem] Whedonem czy [Davidem] Simonem. Ale, jakby nie było, jest tylko człowiekiem z pewnym określonym zestawem zainteresowań i inspiracji. Więc nawet w przypadku odcinka takiego jak Posłuchaj, który był według mnie genialny, człowiek patrzy i myśli, „taa, cały Steven Moffat”. Scenarzysta nigdy nie jest w stanie wyjść z pewnej szufladki, ale myślę, że można spokojnie stwierdzić, że niektórzy scenarzyści są lepsi niż Moffat w nieeksponowaniu tej szufladki.

Ale człowieku, mocne strony! W tej chwili, zwłaszcza tuż po sezonie ósmym, to przede wszystkim to, że Doctor Who wciąż wydaje się świeży. Tak, zawdzięczamy to niewiarygodnie świetnym Capaldiemu i Coleman oraz reżyserom należącym do najlepszych, jacy mogli się im trafić. Ale to i tak niesamowite. Sprawienie, że twój piąty rok przy programie budzi taką samą ekscytację jak pierwszy, to naprawdę oznaka geniuszu. W Sherlocku Moffat także starał się i próbował nowych rzeczy. Chyba nie ma takiego odcinka autorstwa Moffata, w którym nie znalazłby się choćby jeden moment, kiedy myśli się „No, to jest naprawdę interesujące”.

I ostatnie pytanie – już niedługo rozpocznie się drugi sezon z Peterem Capaldim. Jego gra jest oceniania głównie pozytywnie, chociaż wydaje mi się, że zdania są podzielone, głównie z powodu wyraźnej zmiany tonu i trudnej osobowości nowego Doktora. Ty twardo zajmujesz pozycję w pierwszym obozie, pisząc nawet w swojej recenzji odcinka Zabić Księżyc, że „Mogę teraz już stwierdzić, że nawet jeśli ostatnie pięć odcinków będzie tak złe jak Kto się jej boi, to i tak jest mój ulubiony sezon Doctora Who.” Dalej tak uważasz? A jeśli tak, to dlaczego?

Dalej tak uważam. Teraz oczywiście tym bardziej, dlatego że do ostatnich pięciu odcinków należały Mumia w Orient Expressie, Ciemna woda i Śmierć w niebie, które były genialne, oraz niepozbawione braków, ale i tak wspaniałe i inteligentne Trzeci wymiar i W lesie nocy. Sam widzisz, moje oddanie na szczęście nie zostało poddane próbie pięciu tygodni z Kto się jej boi.

Ale po czterech latach pisania tysięcy słów o Doctorze Who tygodniowo wszystkim, czego oczekuję od tego programu, jest coś nowego. Coś innego niż wszystko, co widziałem do tej pory – tak jak The Web Planet, Power of the Daleks, Terror of the Autons, The Ark in Space, City of Death, Kinda, Paradise Towers czy Rose w momencie ich emisji. I tak jak każdy tydzień sezonu ósmego. Niektóre elementy wyszły lepiej, inne gorzej, zarówno na poziomie poszczególnych scen, jak i kolejnych odcinków. Ale myślę, że w obu aspektach nawet słabsze fragmenty były całkiem dobre, a te lepsze – po prostu doskonałe. To znaczy… to musi być naprawdę wyjątkowy sezon, skoro nawet lamerski odcinek z historycznym celebrytą okazał się fajny.

Tłumaczenie z angielskiego: Martyna Szczepaniak i Artur Nowrot

Artur Nowrot

Czło­wiek-i­ma­gi­na­cja! U­ro­dził się na Gór­nym Śląs­ku, miesz­ka w Kra­ko­wie – cho­ciaż lu­bi czys­te po­wie­trze. Chło­nie książ­ki, ko­mik­sy i se­ria­le, a wra­że­nia­mi dzie­li się tu­taj i na blogu Wysznupane. Re­da­gu­je i tłu­ma­czy. Jed­no ży­cie mu nie wys­tar­cza, więc naj­chęt­niej wy­myś­la his­to­rie (do ich spi­sy­wa­nia już się mu­si zmu­szać).