Czapki z głów (Face Off)

Czapki z głów (Face Off)

Artykuł nie zawiera spoilerów.

Pirjo: Mówiąc najprościej, Face Off to amerykański talent show (reality television game show, jak rzecze Wikipedia), utrzymany w formule konkursowej – w każdym odcinku odpada jedna osoba, aż do finału i wyłonienia zwycięzcy. Jest to też show wyróżniający się na plus na tle innych, taśmowo generowanych produkcji. Przynajmniej takie zdanie, to znaczy bardzo pozytywne, dzielimy wspólnie ja i Mysza i przymierzałyśmy się do tego tekstu już od dobrych kilku miesięcy. Bo warto zwrócić uwagę na program pokazujący niezwykłe i godne podziwu umiejętności, a do tego poruszający w sercu widza struny geekowsko-nerdowskie. Prawda? Z zapałem i ciągłym uczuciem niedosytu oglądamy już dziewiąty cykl!

W skrócie, Face Off to rywalizacja aspirujących adeptów sztuki charakteryzatorskiej, którzy wymodelują i odleją z silikonu czy gumy maskę, błyskawicznie zmontują do tego perukę, skrzydła, rogi czy co tam jeszcze trzeba i w ciągu kilkunastu godzin zmienią człowieka w owada, kosmitę lub bestię.

Fot. SyFy

Fot. SyFy

W tym sezonie zawodnicy musieli już na przykład przygotować swoją własną wersję syrenki – takiej, żeby była troszkę niebezpieczna, ale niezaprzeczalnie piękna; wystroić pary małżeńskie na ślub w konwencji horroru i zaprojektować makijaże oraz kostiumy dla postaci literackich, ale z mash-upowym twistem, patrz: Duma i uprzedzenie i zombie. W zeszłych sezonach mieliśmy między innymi steampunk, różne podejścia do kosmitów i realizacje oparte o karty do gry, utrzymane w stylistyce Tima Burtona.

Pamiętam też kreowanie postaci, do których jedyną inspiracją była podana uczestnikom ścieżka dźwiękowa, mająca im towarzyszyć. O, i trolle rezydujące pod mostem, i wymyślanie reprezentantek różnych odległych, kosmicznych miejsc na wybory intergalaktycznej miss. I jeszcze kreowanie postaci na podstawie przydzielonego… kapelusza. Takich, do których ten kapelusz będzie pasować. Czyż to nie jest cool? Uśmiecham się na samą myśl, przypominają mi się kolejne archiwalne odcinki. I zawsze z niecierpliwością czekam na nowe epizody i stawiane uczestnikom wyzwania. Zresztą, to seria emitowana na SyFy, a to coś znaczy! No właśnie. Znaczy dla mnie. A co Ciebie przyciąga do Face Off? Jakie są największe atuty serii i komu ją polecasz? I wreszcie, które odcinki zapadły Ci w pamięć?

Fot. SyFy

Fot. SyFy

Mysza: Zacznę od końca, bo z moją pamięcią i zatrważającą ilością seriali, które pochłaniam na co dzień, niestety prędzej czy później wszystko zlewa się w jedno. Najmocniej zapadły mi w pamięć pierwsze sezony, a zwłaszcza odcinek, w którym zawodnicy bazując na zwykłym zawodzie (np. boy hotelowy, hydraulik, piekarz, wiolonczelistka etc.) musieli stworzyć postać inspirowaną stylem Tima Burtona. Boy hotelowy przygotowany przez RJa to do dziś jeden z moich ulubionych makijaży, podobnie jak postapokaliptyczna wersja Czerwonego Kapturka z finału pierwszego sezonu. Prawda jest taka, że przez lata – i 9 sezonów – trwania Face Off miał wręcz niezliczoną liczbę fantastycznych makijaży. I chyba na tym polega jego największa zaleta – każdy odcinek ma coś do zaoferowania, czy to w postaci świetnych charakteryzacji, interesujących, działających na wyobraźnię wyzwań, czy podpatrzonych u uczestników makijażowych tricków.

Osobiście, do Face Off przyciąga mnie właśnie sama tematyka, czyli szeroko pojęta charakteryzacja filmowa. W mniejszym lub większym stopniu interesuję się tym od lat – Halloween to moje ulubione święto i co roku staram się wymyślić i stworzyć nowy fajny make-up, choć przyznaję, że mam zarówno bardziej ograniczone fundusze, jak i możliwości; daleko mi do tego poziomu, który na scenie programu prezentują zawodnicy.

Sądzę więc, że Face Off to program dla każdego, kto kiedykolwiek interesował się tym, jak powstają wszelkie filmowe monstra i piękności. Ewentualnie, jeśli sami przyłapujecie się na tym, że wymyślacie dziwne, ciekawe postaci albo maczacie palce w cosplay’u (lub chcielibyście się w te klimaty wkręcić), program SyFy będzie jak znalazł. Tym bardziej, że wzorem kilku innych programów typu reality game show/competition (jak np. The Voice) służy przede wszystkim jako platforma do zrobienia kariery – zwycięzcy poprzednich edycji pracują przy kasowych filmach i mają możliwość zarabiać dzięki swojej pasji, a także spełniać się artystycznie. Sędziowie Face Off sami są specjalistami w tej dziedzinie i choć czasem bywają bardzo krytyczni, chcą przede wszystkim stawiać zawodnikom wyzwania i pielęgnować ich talent. To program, który owszem, czasem łamie serduszko – kilka razy autentycznie się popłakałam, gdy odpadł mój faworyt – ale przede wszystkim zostawia widza z silnym przekonaniem, że przy odrobinie talentu, pasji i wytrwałości każdy jest w stanie spełnić swoje marzenia. Z tego co wiem, wszyscy uczestnicy programu, nawet ci, którzy odpadli, wciąż profesjonalnie zajmują się makijażem i wspominają udział w Face Off jako pozytywne doświadczenie.

Fot. SyFy

Fot. SyFy

Pirjo: Z jednej strony, jest to show operujący sztywną formułą, sędziowie czy prowadząca zawsze wypowiadają dokładnie te same zdania, każdy epizod i cały cykl (ostatnio był setny odcinek!) mają identyczny przebieg. Ale jako że powtarzalność dotyczy pewnego szkieletu, schematu, w obrębie którego oglądamy rzeczy niesamowite, eksplozje kreatywności, realizacje zapierające dech jak i efektowne wpadki („piękna katastrofa” to tutaj coś więcej, niż frazes…), to „konwenans” moim zdaniem nie przeszkadza, raczej trzyma wszystko w ryzach.

Formuła jest podobna do Top Model, a już całkowicie bliźniacza do polegającego wszak na pracy ręcznej Project Runway, z tym samym wieńczącym odcinek „spakuj swoje zabawki i idź do domu”, z mentorem odwiedzającym uczestników podczas ślęczenia nad zadaniem, no i z okraszoną dramatyczną muzyką ceremonią eliminacji osób znajdujących się „na dnie”. Diabeł, jak zawsze, tkwi w szczegółach. Tutaj sędziowie są wyraziści i budzą respekt, szczególnie ponury i mroczny Glenn Hetrick – jego uśmiechy można chyba policzyć na palcach jednej ręki, a i tak rzadko docierają na wysokość oczu! Pewną sympatię budzi klan Westmore, ojciec pełniący rolę mentora i jego córka McKenzie, prowadząca show, zawsze elegancka, uprzejma, nienagannie ubrana i uczesana, tak perfekcyjna, że sama kojarzy mi się z kosmitką. Ale też ze staroświeckim glamour Hollywoodu.

Fot. SyFy

Fot. SyFy

Gwiazdorscy goście, wspomagający jury, to topowe nazwiska, a równocześnie warstwa Krainy Snów, o której nie mówi się tak dużo, jak o aktorach czy reżyserach. A przecież efekty specjalne, makijaż, kostiumy to kluczowy element każdego dobrego, przykuwającego uwagę filmu. Szczególnie w fantastyce czy horrorze wizualne kreowanie postaci jest równie ważne jak scenariusz, jak sama historia, i musi z nią współgrać. A Twoim zdaniem, czy zestandaryzowana formuła pomaga czy przeszkadza oryginalności? Czy to działa?

Mysza: Zaraz odpowiem na Twoje pytanie, ale chciałam jeszcze na moment wrócić do sędziów, którzy są równie wielką zaletą programu, co występujący w nim zawodnicy i prezentowane tam makijaże. Nie wiem jak Ty, ale ja zawsze z ciekawością wyczekuję ich komentarzy – dzięki temu mam choć niewielki wgląd w kulisy profesjonalnej charakteryzacji filmowej. Zwłaszcza, gdy stałemu trio towarzyszą gościnni sędziowie, często zza lub sprzed kamery – odcinek z Dougiem Jonesem to jeden z moich ulubionych w historii całego serialu.

Fot. SyFy

Fot. SyFy

Osobiście zwracam też ogromną uwagę na miny sędziowskiego jury – Glenn, owszem, uśmiecha się rzadko, ale gdy już to zrobi, wiadomo, że makijaż jest naprawdę świetny. Z kolei Ve Neill – której dorobek (nawet nieświadomie) zna każdy, bo to ona stworzyła m.in. kultową postać pani Doubtfire – to taka pełna ciepła osoba, że za każdym razem, gdy się uśmiecha, widzę radosnego chochlika albo dobrotliwą wróżkę; jest sercem tego programu, choć potrafi również być bardzo krytyczna. No i jest jeszcze Neville, czyli czołowy specjalista od wszelkiego sci-fi; zawsze dystyngowany, ale niepozbawiony poczucia humoru. Tak szczerze, to nie wyobrażam sobie tego programu bez nich – przez te lata równie mocno związałam się z nimi, co z kolejnymi transzami zawodników.

A wracając do Twojego pytania, moim zdaniem zestandaryzowana formuła to nieodłączna część telewizyjnego „show” – ten typ programu po prostu już tak ma. I szczerze, nie widzę w tym nic złego. Jasne, czasem bywa to nużące, gdy po raz setny słyszymy te same formułki, a jednak rzadko kiedy mam wrażenie, że są to wyłącznie puste frazesy – nawet nienaganna, posągowa McKenzie każde pożegnanie z odpadającym z programu zawodnikiem jest w stanie natchnąć szczerymi emocjami. Face Off to komercyjny i krytyczny sukces dla stacji SyFy, ale np. fakt, że przez lata nie zmienił się panel sędziów każe mi myśleć, że jest to przede wszystkim produkcja, która powstaje z autentycznej pasji do zawodu charakteryzatora.

Fot. SyFy

Fot. SyFy

Warto też zauważyć, że chętnych do wzięcia udziału w programie wciąż nie brakuje – a weźmy pod uwagę, że nie jest to łatwa rywalizacja: zawodnicy często pracują po kilkanaście godzin na dobę, po kilku dni z rzędu, w wielkim stresie. Muszą popisać się kreatywnością, wizją i wytrwałością, a także umiejętnością zarządzania czasem czy nawet tężyzną fizyczną, bo przecież niektóre z odlewów, które wykonują, ważą po kilkadziesiąt kilogramów. Co więcej zawodnicy przez okres kręcenia programu są odseparowani od bliskich i mieszkają we wspólnym domu, niczym zawodnicy Big Brothera, mamy więc dodatkowe napięcia między uczestnikami.

Tu drobna dygresja: nie wiem czy zauważyłaś, ale w pierwszych sezonach Face Off próbował podkręcić dramatyzm programu, nieco zbyt mocno skupiając się właśnie na osobistych relacjach między zawodnikami, bardzo w stylu wspomnianego Big Brothera. Na szczęście szybko zorientowali się, że widzowie nie oglądają programu dla taniej dramy, a dla dobrze zrealizowanych, twórczych makijaży i dość szybko skupili się na technicznych aspektach programu, jedynie okazjonalnie okraszając odcinki szczegółami z życia zawodników. Z perspektywy czasu, ta formuła programu sprawdza się najlepiej – okruchy backstory pomagają nam przywiązać się do zawodników, wybrać swoich faworytów i związać się z nimi emocjonalnie. Co za tym idzie, niemal każde odpadnięcie z programu wzbudza silne emocje. A jak wiemy, to właśnie silne emocje najczęściej trzymają nas przykutych do ekranu.

Powiem szczerze: jako wieloletnia fanka programu nauczyłam się już bezbłędnie wyczuwać, które fragmenty mogę przewinąć. Zawsze omijam intro programu, w którym z jakiegoś idiotycznego powodu pokazuje się skrót odcinka, który ­przecież właśnie zamierzam obejrzeć. Przewijam też obowiązkową pauzę „for dramatic effect”, którą Glenn robi pod koniec każdego odcinka, zanim ogłosi zwycięzcę (normalnie wypada tam przerwa reklamowa). Ale jednak, mimo tej znajomości formuły, wciąż czerpię z kolejnych odcinków Face Off tyle samo radości, co podczas jego skromnych początków.

vlcsnap-2015-08-19-16h57m30s252

Pirjo: I jeszcze może na koniec od formy przejdźmy do treści. Skille, zawodnicy, talent, piękno. W Face Off oglądamy cały kreatywny proces, od przydzielenia zadania, pracy koncepcyjnej nad rysunkiem/projektem, realizacji tego projektu, co często wymaga ciężkiej pracy fizycznej – wszak wykonuje się odlewy! – albo zmiany pomysłu już w trakcie, jeśli oryginalny okazuje się jednak niewypałem, po ubranie i umalowanie modela, dopracowanie szczegółów. A wszystko to pod presją czasu. Wykonanie musi być idealne, a dodatkowo za każdą propozycją uczestników stać ma historia, opowieść, którą będą umieli sprzedać. Jeśli się im uda, to zaraz po chwili oddechu, jaką daje zwycięstwo, dostaną nowe zadanie i znów trzeba wysilać szare komórki i gimnastykować mięśnie, a nerwy trzymać na wodzy. Trzeba cały czas działać na najwyższych obrotach.

To, co oglądamy na ekranie jest wirtuozerią niesamowitych umiejętności, fascynująco się patrzy na powstawanie „czegoś z niczego”, proces twórczy uchwycony został przecież w każdym pojedynczym odcinku i oglądamy go z bardzo bliska! A jako że tematyka zwykle jest fantastyczna, geekowska, nadnaturalna; jako że przygotowane protezy mają niesamowite kształty i wiele detali, nie do poznania zmieniają ludzkie twarze, głowy i korpusy, to możemy się spodziewać olśnień, zaskoczeń, a także poczucia, że wyobraźnia ma nieograniczoną moc i że można na niej nieźle zarobić!

Zawodnicy, gdy – jak to w reality show – wypowiadają się do kamery, mówią zwykle o swojej pracy, ewentualnie o stresie, pomyłkach, marzeniach. Nie ma dramatów, intryg, romansów. To nie ten typ programu. Format, jak już wspominałam, jest tylko wygodną ramą. Nagrody też nie są, w porównaniu z innymi tego typu konkursami, duże. Wygrana oznacza jednak rozgłos i zawodowe szanse. A emocje i tak są silne, zżywamy się z zawodnikami i poznajemy ich całkiem nieźle. Materiał jest tak zmontowany, że czasem siedzę na brzeżku krzesła i zagryzam paznokcie. A Ty, Myszo? Jak na Ciebie działa zawartość merytoryczna show, niezwykłe umiejętności adeptów? Masz ochotę łapać za silikon i farbki? A może kręci Cię wiedza „jak to jest zrobione”? Niezwykłe technologie, rzemiosło i artyzm połączone w jedność, bo to przecież sztuka użytkowa?

Fot. SyFy

Fot. SyFy

Mysza: Z ust (spod klawiatury?) mi te słowa wyjęłaś. Aspekty techniczne – od rozrysowania projektu, przez wykonywanie odlewów w silikonie, aż po malowanie, dobór stroju i fryzury – to, moim zdaniem, największa zaleta Face Off i szalenie mnie cieszy, że taki program w ogóle istnieje. Nie tylko dlatego, że dzięki temu mam dostęp do behind the scenes tego, jak powstają fascynujące mnie od lat makijaże. Przede wszystkim cenię Face Off za to, że dzięki niemu kształcą się i rozwijają kolejne pokolenia makijażystów i charakteryzatorów, o których za kilka(naście) lat będzie głośno. Wszak już teraz sporo z poprzednich zwycięzców Face Off pracuje przy wysokobudżetowych filmach (kilkoro z nich np. pomaga Ve Neill na planie serii filmów The Hunger Games); często też powracają gościnnie do programu, by służyć słowem wsparcia i radą aktualnym zawodnikom, pokazując tym samym, że mając dużo wytrwałości i mnóstwo pasji, da się ze swojego zamiłowania uczynić źródło utrzymania i powód do dumy. Nie wiem jak Ty, ale ja uśmiecham się za każdym razem, gdy widzę w napisach do filmu znajome nazwisko z Face Offa.

Być może nie biegnę po każdym odcinku prosto do sklepu z przyborami do charakteryzacji, ale na pewno oglądanie programu ogromnie mnie inspiruje, i to nie tylko w kwestii kolejnych przebrań na Halloween. Myślę, że podobnie kreatywnych programów powinno być więcej. SyFy nawet robiło kroki w tym kierunku, puszczając jeden sezon programu Heroes of Cosplay, ale niestety na chwilę obecną na ma sygnałów odnośnie kontynuowania serii. A szkoda, bo świat cosplay’u również jest ciekawym wycinkiem nerdowsko-geekowskiego świata, zwłaszcza jego strona kuluarowa. Myślę jednak, że tu w dużej mierze nad porażką programu przeważyły kwestie ludzkie – Heroes of Cosplay nieco zbyt mocno podkreślało dramy i scysje między zawodnikami.

Fot. SyFy

Fot. SyFy

Pod tym względem tym większe uznanie należy się ekipie Face Off. Można odnieść wrażenie, że zawodnicy każdej kolejnej edycji coraz bardziej zapominają o tym, że biorą udział w, było nie było, zawodach. Z biegiem kolejnych sezonów ważniejsze od wygranej stało się cenne zawodowe doświadczenie zdobywane na planie; równie cenne jest wzajemne wsparcie zawodników i swoisty networking, który się podczas programu dokonuje – przyjaźnie zawarte podczas Face Off wielokrotnie procentują przy późniejszych zleceniach. Innymi słowy, Face Off pokazuje nam jak, w idealnych warunkach, wygląda współpraca kreatywnych ludzi w filmowym showbiznesie. A mimo wszystko mam wrażenie, że nie jest to obraz, który się często widzi.

Reasumując, program SyFy to doskonały przykład na to, ile dobrego można zdziałać wytrwałością, pasją i dobrym podejściem do ludzi. I myślę, że oprócz pięknych, inspirujących makijaży, właśnie to należałoby wynieść z jego seansu. Jak na trzymający się sztywnej formuły program rozrywkowy o paćkaniu się farbami i klejem, to wcale mądre przesłanie :)

Fot. SyFy

Fot. SyFy

Face Off
Reality television game show
SyFy, 2011–

Pirjo Lehtinen
Człowiek-inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.

Mysza
Fangirl pełną gębą. Geek z przypadku. Nerdette z wyboru. Bezwstydnie dwujęzyczna. Uzależniona od seriali – regularnie ogląda ich ponad 70, a wciąż dochodzą nowe. Chora na słomiany zapał i krótki okres koncentracji, godny Golden Retrievera z ADHD. Leniwiec to jej sekretne zwierzę totemowe. Łatwo kochliwa fandomowo i aktorsko – najchętniej weszłaby w poliandryczny związek z połową mężczyzn (i kobiet) w Hollywood. Cierpi na zaawansowane „gustus eclecticus”, które pozwala jej pochłaniać całą popkulturę bez względu na jej domniemaną jakość. Swoje przemyślenia spisuje na blogu MyszaMovie.

Wielogłos

Kolektywny głos Pulpozaur.pl!

Latest posts by Wielogłos (see all)