Fot. Netflix

Bandyta, Wizjoner, Prawie Prezydent (Narcos, S01)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Pablo Escobar, narkotykowy baron z Kolumbii, swego czasu figurował w pierwszej dziesiątce najbogatszych ludzi świata według „Forbesa”. Hajsu miał tak nieziemsko dużo, że kupował do swoich ośmiuset hacjend rozrzuconych po całym kraju rajskie ptaki i zebry, a resztę forsy zakopywał w dżungli. Choć nie udało mu się zostać prezydentem kraju (parlamentarzystą nie był nawet dzień), to wzniecając rebelie komunistów i prowadząc kampanię terrorystyczną przeciwko rządowi trzymał w szachu cały kraj. Wszystko to brzmi tak nieprawdopodobnie, że aż się prosi o serial.

Wrzucając do swojej oferty całą serię House of Cards za jednym zamachem, Netflix przekroczył medialny Rubikon. Odkąd bowiem pojawiły się te paskudne produkcje w stylu 24 godziny czy Lost, widzowie umierali z ciekawości, co też się dalej zdarzy. Oczekiwanie na kolejny epizod paraliżowało cały tydzień, jaki upływał w niemalże histerycznym oczekiwaniu. Niektórzy, mniej lub bardziej naiwnie wierząc, że uda im się uratować od wszechogarniających spoilerów, brali się na sposób – czekali aż skończy się serial i uskuteczniali nałogowe oglądanie całej serii, najlepiej w ciągu jednej doby. Co w przypadku wspomnianych 24 godzin budziło pewne problemy z prowadzeniem świadomego i szczęśliwego życia następnego dnia.

Cwaniaków oglądających treści z mniej legalnych źródeł przybywało i tutaj Netflix doskonale wpisał się w trendy. Macie wszystko od razu, w obłędnie dobrej jakości, ale na legalu. Był wszakże w całym zamyśle oczywiście jeden kruczek – seriale musiały być dalej wciągające. I tak dostaliśmy polityczną przypowieść z Białego Domu o demonicznym i chorobliwie ambitnym wiceprezydencie, która nie była może najbardziej uzależniającą produkcją telewizyjną na świecie, ale i tak ciężko się było oderwać. Zresztą była to pierwsza oryginalna produkcja działającego już od 1997 r. Netflixa. Niezły start.

Skoro już przy House of Cards jesteśmy. Główny bohater Narcos jest również sukinsynem jakich mało. Ma jasno określony cel, nie przebiera w środkach, sztukę manipulacji i zastraszania opanował do perfekcji. Wie, kiedy walczyć, a kiedy odpuścić; gdy trzeba – zabije i to własnymi rękami, nawet najbliższych współpracowników. Pablo Escobar i Frank Underwood działają w różnych środowiskach – skorumpowanej Kolumbii i dojrzałej północnoamerykańskiej demokracji, ale w gruncie rzeczy mają podobną filozofię. I choć obaj są przestępcami, to z wizją i ambicją, bo jak Underwood stara się dokonać pozytywnej zmiany (przede wszystkim w trzeciej serii House of Cards, gdzie mniej jest politics, a więcej policy making), tak Escobar miał społecznikowskie ciągoty (więcej w temacie niżej). Choć jest między nimi jedna zasadnicza różnica – Pablo był postacią realnie istniejącą, a fabuła Narcos jest przesycona faktami z jego życia.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Doskonały jest cytat otwierający całą serię. O realizmie magicznym. Że to takie okoliczności, gdzie wszystko przebiega zgodnie z porządkiem świata realnego, ale nagle wkrada się w to coś, co jest zbyt dziwne, by w to wszystko uwierzyć. Magia. I że jest powód, dla którego ten gatunek literacki narodził się właśnie w Kolumbii (która zresztą promowała się hasłem „kraj magicznego realizmu”, ale lepszym, z krztynką czarnego humoru i autoironii: „Kolumbia – jedyne ryzyko, jakie ci grozi, to że nie będziesz chciał wyjechać”).

Choć – zaznaczam – byłbym bardzo ostrożny w łączeniu Narcos z literaturą Marqueza. Sensacyjnością i akcją bliżej produkcji Netflixa do partyzanckich dokumentów w stylu Ambasadora, gdzie momentami ciężko jest uwierzyć, że mamy do czynienia z faktami. Moja teoria jest bowiem taka – gdyby ktoś napisał fikcyjny scenariusz z akcjami, jakie wyczyniał Pablo Escobar, a które ukazane zostały w Narcos, to każdy sensowny producent wysłałby scenarzystę na księżyc.

Bo umówmy się – to, kim stał się w Kolumbii Pablo Escobar, trochę ciężko ogarnąć. Bo bandytę się ściga. Tym bezwzględniej, im większe zło czyni. Tym bardziej, jeśli zabija policjantów, korumpuje władzę, narkotyzuje młodzież. Porywa, przemyca, nasyła czołgi na Sąd Najwyższy. No ale – co wielokrotnie jest przypominane w trakcie serialu – to właśnie Kolumbia, gdzie dzieją się cuda, o jakich filozofom się nie śniło. Escobar osiąga tak ogromną władzę, wpływy i bogactwo, a przy tym jest tak cholernie sprytny i hojny, że w społecznej wyobraźni staje się wręcz bogiem. Jak to podsumowali jego współpracownicy, widząc portret Escobara stylizowanego na świętego w mieszkaniu – o ironio! – jednej z ofiar: – Pablo stał się świętym? – Pewnie – przytakuje kolega. – Patrz, ilu ludzi wysyła do nieba.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Choć ponury żarcik ukazuje to, o czym wiemy, to pamiętać przecież należy, że Escobar stał się ZUS-em, Caritasem i największym pracodawcą Kolumbii w jednym. Don Pablo, jak nazywała go biedota, był bowiem Robin Hoodem, jakiego świat nie widział. Hojnym dla biednych i arcyokrutnym dla przeciwników. Frankiem Underwoodem, który przejmuje biznes Waltera White’a. Dochody Escobara i cała jego działalność stanowiły pokaźną część PKB Kolumbii, w końcu wpompował weń solidną ilość swojej gotówki (fakt, część zakopał). Kartel wrósł w tkankę kraju, paraliżując działanie wszystkich tych, którym zależało, by Kolumbia stała się normalnym krajem. A pamiętajmy o biedzie, korupcji, partyzantach maści różnej, żeby wymienić tylko kilka wyzwań. Kartel narkotykowy pod wodzą narkogeniusza spiął je w jedno, umiejętnie wykorzystując realia i sprawnie odnajdując się w nich, stając się częścią aparatu społeczno-państwowego kraju. Kasa z narkotyków rozdawana była biednym oraz policjantom, którym płacono za przymykanie oka. Partyzanci przydawali się, żeby zastraszyć władzę, a ta sparaliżowana była tym, że macki kartelu oplotły cały kraj.

Mimo to Kolumbijczykom udało się rozprawić z nowotworem narkobiznesu. Choć głównym bohaterem jest demiurg zła, Pablo, narratorem jest reprezentant tych, którym najbardziej zaszedł za skórę, czyli USA. Historię opowiada bowiem agent amerykańskiej agencji antynarkotykowej (pamiętacie Schradera z Breaking Bad? To ta sama firma). Policjant siedzący w ambasadzie USA w Bogocie działa ściśle z lokalnym agentem CIA i tak powstaje duet, próbujący dorwać bossa. Wyzwania są ogromne: od skorumpowanych policjantów i polityków, po ograniczenia techniczne, sprzętowe; konflikty wewnątrz ambasady (głównie z wojskiem, dla którego najważniejszym problemem była walka z lewicową partyzantką), na własnych słabościach skończywszy.

No i zaczyna się gra w kotka i myszkę. Escobar ma fantastyczną siatkę wywiadowczą, jest zawsze dwa kroki przed śledczymi. O przybyciu amerykańskiego policjanta wie już w momencie, gdy ten ląduje w Bogocie. Odpowiedź na pytanie, dlaczego nie wyeliminował jankeskiego cwaniaka natychmiast się pojawia. Niemniej pomimo wysoce niesprzyjających warunków, policjantom – dzięki mniej lub bardziej legalnym metodom, własnej kreatywności i gotowości do podjęcia najwyższego ryzyka – udaje się coraz bardziej osaczyć Escobara, który przyciśnięty do muru gotowy jest na wywołanie wojny domowej. „Wojna jest potrzebna, by osiągnąć pokój” mówi kolumbijski Sun Tze i zaczyna się.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Oprócz najważniejszego motywu, jakim jest fenomanalna postać Pabla Escobara, człowieka, który swój talent oddał na służbę złu i występkowi, najciekawszym i najbardziej aktualnym jest odkrycie utajnionych procesów, połączonych kropek, dzięki którym świat ten wygląda tak, jak wygląda. Zdecydowanie za długo zajmuje Pentagonowi zrozumienie, że partyzantka komunistyczna i działalność kartelu narkotykowego to efekt tego samego procesu. Świetna nauczka dla wszystkich, którzy skonfundowani są skomplikowanymi zjawiskami zachodzącymi we współczesnym świecie. Bo kto i ilu wie, że sycylijska mafia nieźle zarabia na tym, co wyprawia ISIS?

Serial jest zmontowany rewelacyjnie. Dzięki retrospekcjom, spowolnieniom akcji, niedopowiedzeniom, doskonałej dynamice, licznym zaskoczeniom i zwrotom akcji otrzymujemy pasjonujące widowisko. Obecność narratora wykorzystuje się w pełni, jest źródłem humoru i sposobem budowania napięcia, gdy w pewnym momencie jego głos znika. Przez większość czasu bohaterowie mówią po hiszpańsku, w tle sączy się południowoamerykańska nuta i tak otrzymujemy ucztę dla uszu i oczu.

Do mankamentów można natomiast zaliczyć samą postać narratora. Kariera aktorska Boyda Holbrooka niewątpliwie nabierze rozpędu, jednak nie wróżę mu większych sukcesów. Kreowany na nieco sztywnego, ślepo zapatrzonego w osiągniecie celu jankesa Steve Murphy, fakt, ma być twardy, ale balansuje na krawędzi naszej sympatii wobec niego. Chemii między nim a żoną nie ma za grosz. Co do reszty ekipy aktorskiej: Escobar w wykonaniu Wagnera Moury jest niemal kamienny. Nie wyraża prawie żadnych emocji, zawsze patrzy jakby w przestrzeń. Nawet gdy płacze, są to łzy ściekające po pomniku twardego jak skała wyjadacza. Kreacja brazylijskiego aktora jest świetna, ale najbardziej krwistą postacią serialu staje się partner Steve’a, Javier Peña (Pablo Pascal), stacjonujący w Kolumbii agent CIA. Peña zna miasto na wylot, gada po hiszpańsku (w przeciwieństwie do Steve’a, kolejny minus dla Amerykanina), lubi dziewczyny („lokalne kontakty”), w mordę zawsze może dać i pomimo że jest też dość poważną postacią, to jednak niewątpliwie wydaje się być najciekawszą. I z całej ekipy to właśnie chilijski aktor chyba najbardziej lśni. Zresztą dał się już poznać szerszej publiczności w czwartym sezonie Gry o Tron.

Fot. Netflix

Fot. Netflix

Oczywiście, niemal każda postać jest dość barwna, jednak – drugi kamyczek do ogródka – mało w tym wszystkim kobiet. Nawet żona Steve’a, Connie (Joanna Christie) raczej pałęta się w tle, nie mówiąc o kobietach wokół Escobara. Fakt, wszystko to z pożytkiem dla odwzorowania realiów lat 80. w Kolumbii i Ameryce, ale chyba w XXI w. można by było trochę mniej oszczędzać na kreacjach damskich. Ale umówmy się, że z tym to już się czepiam.

Ale wracając do Kolumbii – Narcos to kawał świetnej rozrywki, którą pochłania się momentalnie. A przy tym solidna dawka współczesnej historii politycznej i doskonała biografia jednego z najbarwniejszych przestępców XX w., któremu prawie udało się zostać prezydentem. I choć od jego śmierci minęło ponad 20 lat, nadal wywiera on niemały wpływ na życie kraju. Jak choćby taki, że jego wille stają się atrakcją turystyczną, a populacja hipopotamów w Kolumbii wzrosła z 4 do 28.

Narcos pojawił się w ofercie Netflixa 28 sierpnia 2015 r., 18 lat i dzień po założeniu firmy przez Reeda Hastingsa, który na pomysł nowego przedsięwzięcia wpadł po tym, jak musiał uiścić 40 dolarów kary w wypożyczalni za przetrzymanie kasety z filmem Apollo 13. 3 września 2015 r. Netflix ogłosił, że powstanie drugi sezon kolejnej produkcji telewizyjnej, która przekonuje, że przyszłość rozrywki tkwi w serialach i dokumentach.

Hasta la vista!

 

Narcos
political drama
Netflix, 2015–

Paweł Słoń

Współautor at dobryfilmzlyfilm
Politolog z wykształcenia i powołania. Jako Współautor tworzy wraz z Karoliną Rybicką połowę duetu bloga DobryFilmZłyFilm. Publikował m.in. w „Znaku” i „Vice Polska”. Strefę komfortu opuszcza rysując komiksy, spisując wspomnienia z Malezji i bawiąc się w DJ-a.