Surowe kadry (The Bastard Executioner, Premiera: S01E01–04)

Surowe kadry (The Bastard Executioner, Premiera: S01E01–04)

Artykuł zawiera niewielkie spoilery.

Kurt Sutter ma swój styl. Potrafi opowiadać o rzeczach głębokich, archetypicznych i mocnych, wciskając widza w fotel i zmuszając do łez – a to wszystko przy użyciu popkulturowej formy, dość przystępnej i atrakcyjnej dla współczesnego odbiorcy. Ma też wyczucie estetyki, wie co robi.

Umie rozpisać Hamleta na motocyklowe gangi i nie raz złamać nam serce w toku kolejnych, trzymających w napięciu, mówiących prawdę o człowieku, a czasem przypominających okrutną baśń sezonów. Dlatego z ogromnym zaciekawieniem przystąpiłam do oglądania The Bastard Executioner, czyli jego najnowszego dzieła. Średniowiecze, rycerze, tajemniczy bohater? Colour me intrigued.

Fot. FX

Fot. FX

Obecność twórcy czuć już w starannie przygotowanej czołówce i towarzyszącej jej muzyce, która z odcinka na odcinek podoba mi się coraz bardziej, uzależnia, nie pozwala, żeby ten początek przewijać. Sutter ma cudowne wyczucie tego, jak zilustrować swoje opowieści, jak przy użyciu piosenek dodać im mocy.

Na poziomie wizualnym jest… dziwnie. Stylistyka, w jakiej to nasze „dawno, dawno temu” zostało sfilmowane jest daleka o eony od poetyckich, pocztówkowych kadrów z takiego choćby Outlandera. Mieliśmy już w serialach Szkocję i Irlandię, teraz oglądamy Walię i dzielnych, zbuntowanych Walijczyków walczących o wolność. Ale jest to Walia mało atrakcyjna, pochmurna, bez horyzontu, bez rozległych plenerów, bez pięknych kolorów i ładnych ludzi.

Wszystko jest filmowane blisko bohaterów, montaż jest szybki, czasem trochę nawet przypomina to narrację z telewizyjnych newsów albo z gier wideo. Kolory są przydymione, zlewające się. Efekty specjalne, jeśli coś czasem się takiego pojawia, wizje lub sny – wyglądają na mocno niskobudżetowe. Kadry też nie grzeszą urodą. Wizualny aspekt początkowo odrzucał moje oko przyzwyczajone do zgoła innego pokazywania „mitycznych wieków średnich” we współczesnej telewizji. Ale stopniowo kupiłam tę perspektywę. Jest zaskakująco nowoczesna i gdy się już do niej przyzwyczai sprawia, że o wiele mocniej wczuwamy się w akcję. A jest się w co wczuwać.

Fot. FX

Fot. FX

Nie, to nie jest łatwa historia, czy może raczej – trwa chwilę, zanim dotrzemy do sedna. Z pozoru bowiem mamy tu sztampową, niedbale sfilmowaną opowieść opartą o zgrany do bólu motyw Wędrówki Bohatera.

Jest więc heros, silnego ciała i szlachetnego serca, któremu w premierowym odcinku palą wioskę, zabijają żonę i nienarodzonego potomka, dając pierwszy impuls do działania. Heros ten niegdyś był szlachetnym rycerzem, a jeszcze wcześniej dzieckiem, które nie zna swoich rodziców, zostaje przygarnięte i wychowane przez obcych. Jego narodziny są więc niezwykłe, rodzice nieznani. Wszyscy wiemy, że taki „podrzutek” może się jeszcze okazać królem całej krainy! Tym bardziej, że to jego pojawienia się dotyczą celtycko-słowiańskie przepowiednie, tatuowane na ciałach kapłanów i przekazywane pod osłoną nocy z ust do ust. Tak, nasz dzielny rycerz-incognito jest wybrańcem, beneficjentem przepowiedni, którą musi spełnić i której spróbuje sprostać. A jakby tego było mało, po stracie dobytku i rodziny staje się bezimiennym – przejmuje tożsamość lokalnego kata i oprawcy, tytułowego Executionera, podejmując się pracy dla tych, co mu wioskę spalili. Sami powiedzcie, czyż to nie jest banał, klisza, schemat na sto sposobów opowiedziany w stu różnych filmach i serialach?

No właśnie, jest. Cały szkopuł polega jednak na tym, że Sutter wykłada przed nami Campbellowską Wędrówkę Bohatera kawa na ławę, jako truizm, nad którym nie warto się zastanawiać, więc trzeba go położyć na widoku i mieć z głowy – i sięga głębiej, do sedna najmocniejszych archetypów. Z odcinka na odcinek te wyświechtane motywy ulegają pogłębieniu, a cała historia skomplikowaniu. Tak, serial z każdym odcinkiem podoba mi się bardziej, bohaterowie oblekają się, można powiedzieć, i ciałem, i symbolem. Tradycyjnych tropów jest wiele, ale najlepszy jest moment, gdy nagle zdajemy sobie sprawę z przyczyn, dla których trwają jako część tradycji.

Fot. FX

Fot. FX

Jakie tropy jeszcze dostrzegłam? Otóż serial ma cudowny, robinhoodowy podtekst. Towarzysze bohatera, ci, którym wioskę spalono, zmuszeni są ukrywać się w lesie, tworząc „wesołą drużynę” i pomagając naszemu dzielnemu Maddiemu (imię zastępcze, jak już wiemy). W lesie ciągle pada albo jest mgliście, więc jest to po trosze dorosła, obdarta z naiwnego romantyzmu wariacja na temat kultowego i u nas serialu.

Lokalny lord i jego „szeryf”, czyli szambelan, są dokładnie tak „bezmyślne źli” jak oponenci z historii o zakapturzonym Robinie. A pani na włościach, młoda wdowa, silna, piękna, kobieca i szlachetna – to wariacja na temat Ginewry i Marion. Grająca postać Lady Love Flora Spencer-Longhurst była już muzą Leonarda da Vinci w Leonardo i dysponuje niedzisiejszą urodą, jak z renesansowych obrazów. Okrągła buzia, mały nosek i maleńkie usteczka, duże oczy, loki nad czołem, drobna postać doskonale wyglądająca w wystawnych sukniach. Dla mnie ta bohaterka jest pewnym objawieniem, idealnie pasuje do konwencji i łatwo ją pokochać. Nic też dziwnego, że w świecie pełnym (jak się szybko przekonujemy) zła, przemocy, występku i cierpienia, dzielny heros zaczyna swoją nową panią darzyć sporym oddaniem i szacunkiem. Choć udaje prostego kata, staje się „wiernym rycerzem pięknej damy”. To też widzieliśmy setki razy i czytaliśmy o tym w rycerskich eposach i przedchrześcijańskich mitach. Tu dzieje się w świecie stylizowanym na prawdziwy. Ale tak naprawdę oglądamy mroczną baśń. Mamy schematy, ale one są jak powierzchnia czarnej wody – w środku jest głębia, kompleksowość. Tam drzemie moc!

Fot. FX

Fot. FX

Dodatkowym atutem powoli się rozkręcającego serialu są aktorzy osadzeni w nietypowych dla nich rolach, co musiało się im naprawdę podobać. Absolutnym zaskoczeniem jest Katey Sagal wcielająca się w kapłankę. Ma długie, białe włosy, nosi powłóczyste szaty i choć ma swoje prywatne cele, to ogólnie jest dobra dla innych, przyjazna, troskliwa i czuła. A także wzniosła! Dostała rolę, w jakiej wcześniej nie umiałabym jej sobie wyobrazić. Wampir Bill z True Blood, czyli Stephen Moyer gra tu najgorszą możliwą wersję siebie, bufoniastego, głodnego władzy, biseksualnego szambelana. Taki Guy of Gisbourne, if you will. I gra naprawdę nieźle. Jeden z moich ulubieńców, Darren Evans (kucharz z Galavanta) został obsadzony w roli „wioskowego głupka” czy może „bożego prostaczka”, ale nie jest to postać komediowa. To naprawdę niezwykłe, widzieć Darrena w roli, która nie służy jako comic relief, tylko wzrusza, daje do myślenia. Jest inna, zupełnie inna. Timothy Murphy gra, zamiast mistrza zła i niegodziwości, szlachetnego księdza. A na dokładkę w serialu rolę gorliwego ucznia jednego z konkurencyjnych „badaczy przepowiedni” (a badanie to polega na obdzieraniu ze skóry celtyckich kapłanów, by w spokoju czytać wytatuowane słowa) odgrywa nie kto inny a Ed Sheeran, naprawdę niezły jak na osobnika, który z aktorstwem nie miał wcześniej wiele wspólnego.

No i wreszcie sam główny bohater, nieznany wcześniej, przynajmniej ja go nie znałam, kreowany przez krytyków na „nowego Jaxa” Lee Jones. Nie ma urody Charliego Hunnama, hej, nie ma nawet swojej strony na angielskiej Wikipedii! To raczej taki mrukliwy, ponury miś, nie poraża urodą, ale intryguje, jak to potrafią ludzie, którzy odzywają się rzadko i z namysłem, i jego też stopniowo zaczynam lubić.

Fot. FX

Fot. FX

Stopniowo jest tu słowem-kluczem. Zajęło mi cztery odcinki, by naprawdę złapać styl narracji, tempo prowadzenia akcji, by się nie nudzić, oglądając. Wsłuchiwać się w rozmowy, doceniać detale.

Bo nie jest to serial widowiskowy. Jak już pisałam, jest raczej brzydki. I dlatego, gdy się nagle pojawi ładniejszy kadr, gdy na twarz bladej służki padnie promień słońca i jesteśmy urzeczeni uśmiechem Isabel, gdy Lady Love rzuci wraz z końcem odcinka ciętą ripostę nieprzyjemnemu doradcy króla… zaczynamy czuć gatunkowy ciężar pokazywanej nam dramy.

Kurt Sutter snuje opowieść tak, jak potrafi najlepiej. Niby nic się nie dzieje, niby nuda z domieszką tortur… niby zamglone lasy i klaustrofobiczne komnaty… a tu nagle podchodzi nam do gardła strach i zaczynamy te postacie czuć, rozumieć, empatyzować, sprzyjać… Nagle to wszystko, to całe zimne, mroczne średniowiecze staje się nad wyraz prawdziwe. Niby nie ma tu magii, ale są wizje, sny, pewna nadnaturalność. Przypomina to sposób, w jaki swoje literackie opowieści snuje Bernard Cornwell, nie potwierdzając istnienia bóstw i tajemniczych mocy, ale także im nie zaprzeczając. W serialowym świecie podobnie postępuje opowieść o Ragnarze, czyli Wikingowie.

W świecie Executionera kapłani są widzącymi, skutecznie przepowiadają przyszłość, znają przeszłość, nie można z nich drwić, nie da się wyjaśnić racjonalnie niektórych spośród ich zdolności.

Fot. FX

Fot. FX

Podsumujmy więc. W serialu mamy brzydkie filmowanie historii czy może raczej – udającej historię baśni. Oglądamy nowoczesny, prawie newsowy, niedbały montaż, sceny tortur, defekacji, seksu. Nie ma żadnych pieszczących oczy krajobrazów, rozwijających się przed oczami majestatycznych i powłóczystych ujęć. To może widza odrzucić. Może się wydać nudne albo wręcz nieznośnie. Wymaga skupienia, a nie wszyscy lubią albo umieją się skupiać. Lecz na końcu tej drogi czeka nagroda – mnie czekała ona już po kilku odcinkach, a od premiery czułam, że oglądam coś trudnego, ale wyjątkowego, przygotowanego z pomysłem.

Dla mnie to jest jak na razie najlepszy z nowych seriali. Ciąży na nim wyraźnie osobowość twórcy, wbrew pozorom jest dopracowany i w autorski sposób korzysta z potężnego narzędzia, jakim pozostaje, mimo popkulturowego wyświechtania, mechanika „Questu”.

The Bastard Executioner
historical fiction
FX, 2015–

 

Pirjo Lehtinen

Człowiek–inspiracja! Pir­jo uro­dzi­ła się w Hel­sin­kach, lecz o­bec­nie miesz­ka w Kra­ko­wie. W pew­nym sen­sie jest naj­słyn­niej­szą z zu­peł­nie nie­zna­nych au­to­rek. Jej a­wan­gar­do­we o­po­wia­da­nia prze­czy­tać moż­na na Krypnych Opowieściach, a o­prócz te­go w za­sa­dzie nie­wie­le o niej wia­do­mo. Mo­że tyl­ko ty­le, że spo­ro cza­su po­świę­ca na wni­kli­wą wi­wi­sek­cję o­glą­da­nych se­ria­li. Nie­któ­rzy twier­dzą, że jest sza­lo­na. Inni – że słodka.